Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


Prof. Paweł Bożyk. CZY STREFA EURO OBRONI SIĘ PRZED KRYZYSEM FINANSOWYM.
Artykuł jest rozszerzoną wersją wykładu p. t. "CZY EURO GROZI KATASTOFA?" wygłoszonego na spotkaniu klubowym 2012-02-21.


SPIS ROZDZIAŁÓW



1. Nieprzypadkowa zbieżność.

Zbieżność kryzysu strefy euro ze światowym kryzysem finansowym jest nieprzypadkowa; oba mają miejsce w sferze finansowej, w mniejszym stopniu w serze realnej.

Jeszcze pięć lat temu wejście do strefy euro było marzeniem wszystkich członków Unii Europejskiej, nie należało to przy tym do łatwych przedsięwzięć, bo poprzeczka ustawiona została wysoko. Niestety, gdy wybuchł kryzys sytuacja uległa zasadniczej zmianie, część członków strefy euro zaczęła wręcz przebąkiwać o możliwości powrotu do swych walut narodowych.

Co stało się w międzyczasie? Dlaczego priorytety uległy odwróceniu? Odpowiedź na te pytania wymaga sięgnięcia do korzeni obu tych kryzysów, zarówno kryzysu finansowego, jak też kryzysu euro; nie są one identyczne, choć tkwią w sferze finansów i pieniądza.



2. Korzenie światowego kryzysu finansowego.

Na światowy kryzys finansowy „zapracowało” wiele grup opiniotwórczych: finansistów, biznesmenów, ekonomistów i polityków. Pierwsze opinie na ten temat pojawiły się jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych, a więc bez mała pół wieku temu. Powodem był wielokrotny wzrost cen ropy naftowej i pochodnych, który miał miejsce po roku 1974. W jego efekcie na światowym rynku finansowym pojawiły się dodatkowe setki miliardów dolarów (zwanych petrodolarami), ulokowane przez kraje naftowe (głównie OPEC) w czołowych amerykańskich, brytyjskich i zachodnioeuropejskich bankach.

Wszelkimi sposobami zachęcały one potencjalnych inwestorów do zaciągania kredytów; nie pomogły jednak nawet drastyczne obniżki stóp procentowych. Banki miały coraz większe kłopoty z zagospodarowaniem narastających lawinowo kwot petrodolarów; zwłaszcza, że po pierwszym kryzysie naftowym wkrótce wybuchł drugi kryzys.

Prowadzona wówczas polityka ekonomiczna oparta na zasadach wypracowanych i wprowadzonych w życie jeszcze w latach trzydziestych przez brytyjskiego ekonomistę J.M. Keynesa nie stwarzała zbyt wielkich możliwości rozwiązania powstających dylematów. Zgodnie z nimi pieniądz potrzebny był w gospodarce głównie do finansowania sfery realnej, a więc produkcji, budownictwa, handlu i konsumpcji. Kapitał spekulacyjny nie należał w tym czasie do priorytetów w działalności banków. Istniał wprawdzie już tzw. rynek eurodolarowy, ale obroty na tym rynku nie były znaczące, a pożyczki zaciągane przez państwa służyły głównie równoważeniu bilansu płatniczego, zaś przez przedsiębiorstwa – do finansowania produkcji i inwestycji.



3. Zapotrzebowanie na nową rolę finansów.

Szybko pojawili się ekonomiści-teoretycy, którzy pomogli finansistom pozbyć się ciasnego gorsetu nałożonego przez J.M. Keynesa na politykę gospodarczą. Czołową rolę odegrał tu Milton Friedman, który obalenie polityki postkeynesowskiej uznał za warunek niezbędny dla dalszego rozwoju kapitalizmu. Friedman był tak przekonujący w swej argumentacji, że zjednał sobie wkrótce przychylność nie tylko szerokich rzesz ekonomistów lecz także czołowych polityków.

Wśród nich na czele prekursorów nowej polityki ekonomicznej stanęła Margaret Thatcher, która już w 1979 r. postanowiła w Wielkiej Brytanii zastosować w praktyce zasady „nowej ekonomii”. W roku 1980 w jej ślady poszedł Ronald Reagan, a w 1982 roku usiłował to również uczynić Helmut Kohl, choć Niemcy okazały się w tej dziedzinie o wiele bardziej oporne niż pierwsze dwa kraje.

W nowej polityce ekonomicznej szczególnie ważną rolę odegrać miała polityka finansowa. Wymagała ona jednak wyraźnego dowartościowania sektora finansów. Obok roli służalczej wobec sektora realnego, a więc ułatwiającej funkcjonowanie produkcji, handlu, inwestycji i konsumpcji, pieniądz powinien – w myśl tego podejścia – autonomicznie zwiększać dochód narodowy. Tradycyjnie pojmowaną rolę pieniądza porównywano niekiedy z rolą oleju używanego do silników samochodowych oraz innych maszyn i urządzeń. Jego produkcję określało zużycie.

W przeciwieństwie do oleju – argumentowano – ilości pieniądza w gospodarce nie może limitować wyłącznie zapotrzebowanie sektora realnego. Obok tego pieniądz powinien być wykorzystywany szerzej w wielu innych sektorach. Tego domagały się szybko rozbudowywane instytucje finansowe, w tym różnego typu banki komercyjne, a także towarzystwa ubezpieczeniowe, instytucje powiernictwa inwestycyjnego, fundusze emerytalne itp.

Co więcej, niedługo potem wzrosło zainteresowanie międzynarodowymi przepływami kapitału; rynki narodowe stawały się bowiem zbyt ciasne dla pełnienia przez kapitał wszystkich jego nowych funkcji. Szybko też narodowe instytucje finansowe nabrały charakteru międzynarodowego, a nawet globalnego tworząc swe filie w świecie, często kupując banki zagraniczne, a także fundusze i towarzystwa ubezpieczeniowe oraz emerytalne.



4. Nowa ideologia ekonomiczna.

Nowa polityka ekonomiczna stała się wkrótce nową ideologią, zyskującą szerokie poparcie nie tylko profesjonalnych finansistów lecz także tzw. „zwykłych zjadaczy chleba”. W przeciwieństwie do poprzedniej polityki gospodarczej opartej na keynesizmie, nowa polityka ekonomiczna nazwana neoliberalizmem, okazała się ława do zrozumienia. Takie jej elementy, jak: pełna swoboda działalności gospodarczej, prymat własności prywatnej, minimalizacja podatków, ograniczenie do minimum ingerencji państwa w gospodarkę szybko zdobyły poklask nie tylko prywatnych przedsiębiorców lecz także środków masowego przekazu. Co więcej, oparciu na tej doktrynie polityki ekonomicznej towarzyszyła istna rewolucja w ośrodkach akademickich niemal całego świata, które zgodnym chórem poparły ją jako jedynie słuszną. Francis Fukuyama ogłosił ją nawet jako doktrynę wszechczasów.[1]

W 1988 roku w Waszyngtonie przyjęto tzw. „konsensus waszyngtoński” kodyfikujący zasady nowej ideologii gospodarczej[2]. Po pierwsze, uznał on zasady nowej polityki ekonomicznej za uniwersalne, zgodnie z jego rekomendacją wprowadzić je powinny wszystkie kraje i to zarówno rozwinięte gospodarczo jak też słabo rozwinięte. Po drugie, powinna to być polityka znosząca wszelkie ograniczenia wewnętrze i zewnętrzne, zwłaszcza w przepływie towarów, usług i kapitału. Wreszcie, po trzecie, rola państwa powinna być ograniczona do minimum, odpowiadać powinno ono jedynie za kształtowanie parametrów polityki makroekonomicznej, w tym za równowagę budżetową, dług publiczny i równowagę płatniczą z zagranicą. W przeciwieństwie do tych elementów polityki makroekonomicznej, państwo powinno całkowicie zrezygnować z prowadzenia polityki mikroekonomicznej, w tym przemysłowej, rolnej, inwestycyjnej, handlu zagranicznego, polityki bankowej itp.

Konsensus waszyngtoński umożliwił Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu zażądanie od wszystkich dłużników międzynarodowych przestrzegania zasad nowej polityki ekonomicznej. Dotyczyło to w pierwszej kolejności krajów słabo rozwiniętych, a następnie krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

Tym zmianom w polityce ekonomicznej towarzyszyła tendencja do niespotykanej w przeszłości, rozbudowy sektora bankowego i nadania bankom centralnym statusu niezależności. Wyjęte zostały one spod kontroli rządów, choć z formalnego punktu widzenia rządy nie zostały zwolnione z odpowiedzialności za funkcjonowanie systemu bankowego. Jednocześnie ograniczona została w praktyce kuratela banków centralnych nad bankami komercyjnymi, choć zgodnie z obowiązującym prawem banki centralne nadal odpowiedzialne były za politykę finansową państwa. Przyznał to oficjalnie szef amerykańskiego banku centralnego Allan Greenspan zeznając przed kongresową Komisją Nadzoru Bankowego. Zwiększając w poważny stopniu bakom komercyjnym samodzielność Greenspan przyjął, jako obowiązujący paradygmat, iż są one podmiotami gospodarczymi doskonale znającymi reguły rynku, potrafią więc podejmować optymalne decyzje z korzyścią dla siebie i gospodarki. W tym rozumieniu każda ingerencja z zewnątrz, a więc ze strony banku centralnego bądź władz administracji państwowej może tylko utrudnić podejmowanie najkorzystniejszych decyzji, zakłócając dobrze funkcjonujący rynek.



5. Przejawy kryzysu finansowego.

Szybko się jednak okazało, że banki komercyjne maksymalizację zysku przedkładają ponad interes społeczny. Czynią to przy tym wykorzystując wszelkie metody, w tym także z pogranicza prawa, a niekiedy wręcz nielegalnie. Przykładem były banki amerykańskie emitujące papiery wartościowe nie w oparciu o lokaty bankowe, a w oparciu o niespłacone kredyty hipoteczne. Z założenia więc sprzedawały swoim klientom „śmiecie” kredytowe bez jakiejkolwiek wartości. Co gorsze, czyniono to na masową skalę.

Dla banków emitujących te papiery była to jednak działalność niezwykle korzystna pomnażająca ich zyski, w tym także zyski zarządów banków, rad nadzorczych i akcjonariuszy.

W pierwszej kolejności dotknęło to amerykańskiego systemu bankowego, w następnej – systemów bankowych krajów europejskich. Rząd amerykański miał do wyboru dwa alternatywne rozwiązania; pierwsze w postaci doprowadzenia do bankructwa wszystkich banków, gdzie skala tego typu przekrętów wymknęła się spod kontroli zarządów i rad nadzorczych, i drugie rozwiązanie w postaci dofinansowania banków pieniędzmi podatników poprzez wykup „lewych” papierów wartościowych.

Rząd wybrał drugie rozwiązanie, obawiając się, że bankructwo olbrzymich banków finansujących przemysł, handel i inne sektory gospodarki może doprowadzić do kryzysu w sferze realnej. Kosztowało go to jednak parę bilionów dolarów i odbiło się negatywnie na kondycji gospodarki (w postaci wzrostu inflacji i bezrobocia).

Banki nie wyciągnęły z tego jednak konstruktywnych wniosków. Po paru latach patologie ponownie więc dały o sobie znać. Zarobki banków zaczęły wzrastać w postępie geometrycznym, a premie zarządów i rad nadzorczych powróciły do niebotycznych rozmiarów. Dokonane zmiany w systemie bankowym miały bowiem charakter kosmetyczny i sprowadzały się do przywrócenia obowiązujących zasad w postaci odpowiedzialności państwa za system finansowy, w tym bankowy oraz odpowiedzialności banków centralnych za nadzór bankowy.



6. „Otwieranie” się Unii Europejskiej na kryzys finansowy.

Po ponad pół wieku istnienia, strategia integracji gospodarczej w Europie Zachodniej uległa zasadniczym przeobrażeniom. Stało się to pod wpływem wielu czynników, wśród których do najważniejszych zaliczyć należy stopniowe podporządkowywanie się krajów członkowskich Unii Europejskiej nowej ideologii ekonomicznej.

Zanim do tego doszło Unia Europejska (a przed jej powstaniem – Europejska Wspólnota Gospodarcza) była postrzegana jak ugrupowanie gospodarcze wyodrębnione z kontekstu gospodarki światowej, zorientowane na rozwój wzajemnej współpracy gospodarczej. Zamierzano w ten sposób stworzyć komplementarny organizm gospodarczy zabezpieczony przed kryzysowymi tendencjami powstającymi w gospodarce światowej. Służyła temu z jednej strony polityka ekonomiczna preferująca rozwój stosunków wzajemnych, z drugiej strony polityka trzymająca na dystans kraje spoza ugrupowania integracyjnego.

Doświadczenia pierwszego ćwierćwiecza istnienia Unii Europejskiej potwierdziły słuszność tej strategii, czego wyrazem był stały wzrost liczby jej członków.

Z początkiem lat osiemdziesiątych rozpoczęła się jednak w Unii Europejskiej erozja zasad, które stanowiły podstawę strategiczne jej istnienia. Przyczyny były dwojakie; część członków Unii zaczęła bowiem podporządkowywać swe systemy gospodarcze zasadom neoliberalizmu, jednocześnie członkami Unii zostawały kraje z gospodarką neoliberalną. Efektem była rezygnacja Unii Europejskiej ze stosowania narzędzi preferujących rozwój współpracy wzajemnej, a także likwidacja ograniczeń między Unią a krajami spoza Unii.

Tym samym Unia Europejska „otworzyła” swe gospodarki także dla tzw. „rynków finansowych”, a w efekcie – dla kryzysu finansowego. Rynki finansowe tworzy „wolny” kapitał niezaangażowany produkcyjnie, handlowo bądź też w inną działalność realną. Podstawowym rynkiem finansowym jest rynek eurodolarowy „operujący” dolarem amerykańskim nie tylko zresztą w Europie lecz także na wielu innych kontynentach (poza Stanami Zjednoczonymi). Rynek finansowy stanowią też rynki w innych walutach wymienialnych, w tym we frankach szwajcarskich, funtach angielskich, jenach japońskich itp.

Co ciekawe, kapitał rynków finansowych tworzą również spekulanci finansowi z terenu Unii Europejskiej, obejmujący fundusze inwestycyjne, emerytalne, ubezpieczeniowe zarządzane przez banki komercyjne. Maklerzy tych banków pod presją inwestorów bez skrupułów uczestniczą w agonii finansowej każdego przedsiębiorstwa, banku a nawet państwa, o ile przyniesie to im korzyści. Oczywiście spekulacyjny kapitał finansowy z terenu Unii Europejskiej nie decyduje o wielkości rynków finansowych. Podstawową rolę odgrywa tu kapitał amerykański, chiński, hinduski, japoński, brazylijski, rosyjski i z wielu innych krajów.

Nie brakuje też kapitału polskiego w postaci funduszy ulokowanych przez różne instytucje finansowe (emerytalne, ubezpieczeniowe, inwestycyjne itp.)

Innymi słowy, spekulacyjny kapitał finansowy to także kapitał unijny, penetrujący obok innych ryków, również rynki Unii Europejskiej.



7. Jak działa kapitał spekulacyjny (także na terenie Unii Europejskiej).

Głównymi podmiotami (spekulantami) międzynarodowego rynku walutowego są: banki komercyjne, fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne, inwestorzy giełdowi, korporacje transnarodowe, niekiedy też banki centralne a także osoby fizyczne. Ich narzędziami są dealerzy, brokerzy, agencje ratingowe i inni. Wszyscy oni mają do dyspozycji kapitał, który wykorzystują w celu jego pomnożenia. Musi być on wolny, żeby go można było w każdej chwili wykorzystać.

Rozmiary tego kapitału osiągają kwoty niebotyczne; jednodniowe obroty zbliżają się do rocznej wartości światowego handlu towarami i usługami. Każdego dnia podejmuje się tysiące bieżących decyzji o charakterze spekulacyjnym, decyzje strategiczne wymagają nieco dłuższego przygotowania; gdy w grę wchodzi upadek wielkiego banku bądź niewypłacalność kraju, doraźne decyzje spekulacyjne ustępują decyzjom strategicznym.

Ataki kapitału spekulacyjnego na różne podmioty sfery realnej porównywane są niekiedy do ataków szarańczy, która, gdy namierzy cel pojawia się nagle, jakby znikąd, atakując zwartą łatwą, aż do całkowitego unicestwienia ofiary. Namierzanie celu wymaga jednak czasu. Przyszła „ofiara” podejmuje często kroki obronne, starając się zabezpieczyć przed atakami kapitału spekulacyjnego. Przedsiębiorstwa usiłują uzyskać kredyty, banki dokapitalizować się, a rządy zwiększyć dochody i zmniejszyć wydatki budżetowe zaciskając pas społeczeństwu.

Kapitał spekulacyjny wykorzystuje często do swych celów agencja ratingowe pogrążając przyszłe ofiary w kłopotach. Nękanie tych ofiar ma na ogół charakter długofalowy. Po pierwszych próbach obniżających ich wiarygodność finansową przychodzą następne i tak bez końca, aż do całkowitego ubezwłasnowolnienia. W przypadku państw, przedmiotem zainteresowania agencji ratingowych jest przede wszystkim deficyt budżetowy i dług publiczny; ich narastanie świadczy o „chorej” polityce finansowej. Do wiadomości publicznej dociera to wtedy, gdy agencja ratingowa obniża ocenę kraju. W ślad za tym rośnie cena kredytu i spada oprocentowanie emitowanych obligacji. W ten sposób kapitał spekulacyjny stara się nie dopuścić, by przyszła ofiara wymknęła się z jego sieci.

Dla pojedynczego kraju jest to sygnał, że powinien zwrócić się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który na ogół uzależnia udzielenie jej od szeregu reform dyscyplinujących gospodarkę finansową, w tym od zmniejszenia zatrudnienia w sferze publicznej, obniżki płac itp. Fundusz Walutowy rzadko obciąża pracodawców kosztami równoważenia gospodarki.

Klasycznym przykładem takiego postępowania jest w Unii Europejskiej Grecja, która zmaga się z protestami ludności broniącej się przed programem oszczędnościowym narzuconym rządowi przez zagranicznych kredytodawców.

Często ostatnią deską ratunku dla państw unijnych znajdujących się w kłopotach finansowych jest pomoc kredytowa członków i banków Unii Europejskiej, która jest obwarowana podobnymi żądaniami jak pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego.



8. Proponowane drogi obrony Unii Europejskiej przed kryzysem finansowym.

Zarówno w Parlamencie Europejskim, jak też w Komisji Unii Europejskiej nie ma jasno określonej drogi wyjścia z kryzysu w jakim znajduje się obecna Unia. Ścierają się tam różne punkty widzenia, będące pochodną polityki ekonomicznej prowadzonej przez kraj, z którego wywodzą się dyskutanci.

W najogólniejszym zarysie można wyróżnić trzy proponowane drogi wyjścia, przy czym różnice między nimi są w wielu przypadkach enigmatyczne.

Najczęściej proponuje się konsekwentne trzymanie się zasad gospodarki neoliberalnej. Żądają tego ortodoksyjni neoliberałowie; ich zdaniem przyczyną kryzysu finansowego w Unii Europejskiej jest wciąż zbyt duża ingerencja państwa w funkcjonowanie gospodarki, co zakłóca działania mechanizmów rynkowych i rodzi zjawiska negatywne. Gospodarka całkowicie i wyłącznie podporządkowana mechanizmom wolnorynkowym sama „oczyści” się z bankrutów i pozwoli lepiej wykorzystać kapitał, pracę i technologię niż to mogą zrobić upadające przedsiębiorstwa. Tym samym zniknie „pożywka” dla kapitału spekulacyjnego i jego zainteresowanie Unią Europejską.

Zwolennicy tego poglądu mylą skutki kryzysu finansowego z jego przyczynami. Neoliberalizm jest przyczyną kryzysu finansowego; radykalizacja jego założeń może więc kryzys tylko zaostrzyć, nie zapobiegając mu. Z pewnością mechanizmy wolnorynkowe nie zapewniają równowagi gospodarczej w makroskali, a często także są nieskuteczne w mikroskali.

Drugą drogą wyjścia Unii Europejskiej z kryzysu finansowego proponują zwolennicy trzymania się tradycyjnego kursu, a więc integracji państw narodowych. Ich zdaniem trzeba powrócić do „korzeni” integracji europejskiej, koncentrując się na współpracy wzajemnej państw narodowych i ograniczeniach zwłaszcza w handlu a także w przepływach kapitału między krajami „trzecimi” a Unią. Odpowiednie rozwiązania przyjęte zostały już dawno, trzeba je tylko konsekwentnie realizować – stwierdzają zwolennicy tego punktu widzenia.

Niestety, gdy powstawały kolejne rozwiązania instytucjonalne, skład Unii Europejskiej był całkowicie różny od obecnego. Znacznie mniejsze były różnice w poziomie rozwoju gospodarczego, większa była komplementarność strukturalna, lepsza kondycja przemysłu.

W międzyczasie narosły różnice między krajami, zamiast ulec likwidacji, zwłaszcza, że liczba członków wielokrotnie wzrosła. Zróżnicowaniu uległa też kondycja gospodarek. Z pewnością umocniła się gospodarka niemiecka, niestety Włosi zostali w tyle, Francja – po środku. Członkami Unii zostały jednocześnie słabiej rozwinięte państwa bałkańskie i bałtyckie, a także wiele innych krajów, które pod względem poziomu rozwoju gospodarczego nie należą do czołówki europejskiej.

Oparcie się na koncepcji integracji państw narodowych oznaczać musiałoby nadanie nadrzędnego charakteru narodowej odpowiedzialności za kondycję gospodarki, w tym także za równowagę budżetową i płatniczą, dług publiczny, gospodarkę finansową i wiele innych parametrów. Tymczasem, możliwości poszczególnych państw są w tej dziedzinie wysoce zróżnicowane.

Tradycyjnie najbardziej prężną gospodarkę mają Niemcy. Sami Niemcy należą do narodów zdyscyplinowanych, co ułatwia rządzenie. Na przeciwnym biegunie są Grecy, Włosi, Irlandczycy, Hiszpanie i Portugalczycy. Pozostałym krajom – członkom Unii Europejskiej, też daleko do dyscypliny Niemiec. Oznacza to, że w warunkach międzynarodowej integracji, gdzie każdy kraj ma jeden głos, a decyzje (zalecenia) podejmowane są większością głosów, zawsze będą słabsze kraje narażone na ataki kapitału spekulacyjnego i kryzys finansowy. Niezbędna będzie więc w tym przypadku pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego i pomoc innych krajów Unii Europejskiej.

Trzecią drogę wyjścia Unii Europejskiej z kryzysu finansowego proponują zwolennicy przekształcenia jej w federację państw. Opierają się oni na doświadczeniach amerykańskich. Federacja państw jest – wg tego punktu widzenia – jedynym rozwiązaniem będącym w stanie „zdyscyplinować” te gospodarki unijne, które uchylają się od przestrzegania zasad równowagi finansowej, zwłaszcza fiskalnej, a w konsekwencji – doprowadzić do zrównoważenia budżetu całej Unii. Ceną, jaką kraje musiałyby zapłacić byłaby rezygnacja z suwerenności gospodarczej. Nie byłoby jednak wtedy różnic między poszczególnymi krajami w kondycji ich gospodarek, a jeżeli nawet powstałyby takie różnice nie mogłyby być one wykorzystane przez międzynarodowy kapitał spekulacyjny.

Niestety, członkowie Unii Europejskiej nie są jeszcze przygotowani do wprowadzenia federacji państw. Oznaczałaby ona przede wszystkim zróżnicowanie wag głosów poszczególnych krajów; np. głos Niemiec byłby wtedy wielokrotnie ważniejszy niż głos Czech, Słowacji czy Węgier nie mówiąc już o Łotwie, Litwie czy Estonii. Uchwały w federacji państw podejmowane byłyby większością głosów, konsensus nie byłby potrzebny (co jest warunkiem niezbędnym przyjmowania zaleceń i decyzji w integracji państw narodowych). Dla państw małych i średnich rozwiązanie to mogłoby być trudne do przyjęcia, zwłaszcza, gdy podejmowane decyzje nie byłyby po ich myśli. Państwa te nie mogłyby im bowiem przeciwdziałać. Wreszcie w organach federacyjnych państwa nie byłyby reprezentowane „po równo”. Te największe (Niemcy) mogłyby mieć po kilku przedstawicieli (np. komisarzy), pastwa małe – żadnego. Dla niektórych członków Unii jest to wciąż rozwiązanie wysoce kontrowersyjne.



9. Obronić przed kryzysem całą Unię czy tylko strefę euro?.

Odpowiedź na to pytanie nie znajduje w Unii Europejskiej jednoznacznej odpowiedzi. Tzw. „starzy” członkowie Unii, należący do strefy euro, uważają, że oni z pewnością obronią się przed kryzysem finansowym. Mają bowiem komplementarne struktury gospodarcze, dojrzałe mechanizmy rynkowe i sprawną administrację państwa.

Gdy w 1961 roku R.A. Mundell ogłaszał teorię optymalnych obszarów walutowych oparł się przecież na szóstce krajów należących do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej[3]. Po pięciu dekadach, które minęły od tej daty, część krajów „szóstki” awansowała gospodarczo, część pozostała wprawdzie w tyle, w dalszym ciągu jednak „szóstka” jako całość stanowi czołówkę Unii Europejskiej.

Nie można tego powiedzieć o większości pozostałych, w międzyczasie przyjętych, nowych członków Unii Europejskiej. Borykają się one nie tylko z kłopotami związanymi ze zrównoważeniem budżetu państwa, deficytem płatniczym z zagranicą i długiem publicznym lecz także z wieloma innymi problemami. Dotyczy to także krajów, które należą do strefy euro.

Nic więc dziwnego, że „starzy” członkowie Unii nalegają na koncentrację na obronie przed kryzysem finansowym wyłącznie strefy euro. Wprawdzie obronę tę rozumieją w sposób zróżnicowany, ale jedno działanie nie podlega dyskusji: potrzeba zdyscyplinowania gospodarki. Niemcy rozumieją to zdyscyplinowanie jako „zaciskanie pasa”. Same uczyniły to już w minionych kilku latach. Czy pozostałe kraje strefy euro też mają taką możliwość?

Zdaniem polityków niemieckich zaciskanie pasa jest warunkiem zrównoważenia budżetu; bez tego nie uda się obronić strefy euro przed atakami rynków finansowych. Chodzi zwłaszcza o ograniczenie zatrudnienia w sferze publicznej, zmniejszenie wydatków socjalnych państwa, a także innych wydatków związanych z funkcjonowaniem sfery publicznej.

Ważnym elementem propozycji niemieckiej jest ujednolicenie polityki finansowej, zwłaszcza fiskalnej. Czy rządy krajów należących do strefy euro poradzą sobie jednak z tym przedsięwzięciem?



10. Co dalej?.

Dyskusja prowadzona przez polityków unijnych dotyczy krótkiego horyzontu. Czy proponowane zmiany wystarczą, by Unia Europejska obroniła się przed kryzysem finansowym w okresie długim? Na pytanie t nie można niestety udzielić odpowiedzi jednoznacznie pozytywnej.

U podstaw dotychczasowej terapii Unii Europejskiej zapobiegającej kryzysom finansowym znajduje się założenie, iż kryzysy te są kreowane wyłącznie przez błędy w polityce ekonomicznej państw. Tymczasem są one także skutkiem przemyślanej działalności instytucji międzynarodowego rynku finansowego.

Korzeni kryzysów finansowych szukać należy w oderwaniu obrotu finansowego od strefy realnej; z tego punktu widzenia obrót finansowy traktować należy jako swoiste „bicie piany”, przynoszące olbrzymi zyski spekulantom walutowym i instytucjom finansowym. Likwidacja tego źródła kryzysów finansowych wymaga jednak zastąpienia neoliberalizmu – liberalizmem.

Nie są w stanie tego uczynić poszczególni członkowie Unii Europejskiej, nawet ci najsilniejsi. Przekracza to również możliwości Unii jako całości.

Walka z neoliberalizmem wymaga przedsięwzięć podjętych w skali globalnej. Kryzys finansowy jest bowiem zjawiskiem ogólnoświatowym.

Od razu pojawia się jednak pytanie, czy Stany Zjednoczone, Chiny, Indie, Brazylia, Rosja, Japonia oraz Unia Europejska są w stanie wspólnie wypracować terapię antykryzysową, zwłaszcza, że czerpią one różne korzyści z tych kryzysów. Gdy wybuchł kryzys finansowy w Stanach Zjednoczonych w 2008 roku nie brakowało propozycji, by obarczyć Międzynarodowy Fundusz Waltowy odpowiedzialnością za terapię antykryzysową w skali globalnej. Niestety MFW ani myśli o rezygnacja ze swej dotychczasowej roli – obrońcy neoliberalizmu.

Wnika z tego jednoznacznie, że Unia Europejska jest zbyt mała, by samodzielnie przeciwdziałać kryzysom finansowym w okresie długim, może co najwyżej czynić to na krótką metę. Brak dotychczas również innych instytucji, które przejęłyby tę rolę.



11. Kryzys finansowy a Polska.

Przypadek sprawił, że to co w myśl paradygmatów ekonomii neoliberalnej zaliczano w polskiej gospodarce do patologii tworzy dziś bariery chroniące ją przed kryzysami finansowymi.

Dotyczy to przede wszystkim małego udziału przemysłu i innych sektorów gospodarki polskiej w gospodarce światowej; kształtuje się on wciąż poniżej 20%. Resztę wytwarzamy na potrzeby rynku własnego. Co więcej, prawie 90% produkcji pozostaje w małych i średnich przedsiębiorstwach zatrudniających od kilku do kilkudziesięciu osób. Przedsiębiorstwa te są bardziej elastyczne niż przedsiębiorstwa duże, dostosowują się więc łatwiej do warunków kryzysowych.

Stabilności rozwoju polskiej gospodarki sprzyja jednocześnie kooperacja z Niemcami – oazą „zdrowej” gospodarki w Unii Europejskiej.

Wreszcie podstawową część polskiej produkcji stanowią towary konsumpcyjne, a ten sektor cechuje się nie tylko w Polsce lecz także w innych krajach Unii Europejskiej większą stabilnością niż produkcja na potrzeby inwestycji.

Z drugiej jednocześnie strony gospodarka polska ma szereg słabych punktów, które mogą być wykorzystane w każdej chwili przez rynki finansowe.

Relatywnie duże jest zadłużenie zagraniczne, które przekroczyło 300 mld dolarów, stanowiąc połowę dochodu narodowego, przy czym rezerwy dewizowe Narodowego Banku Polskiego pokryć mogą co najwyżej jedną trzecią tego zadłużenia. W razie kryzysu Polska potrzebowałaby olbrzymiej pomocy kredytowej. Rynki finansowe mogłyby więc porządnie zarobić na polskim kryzysie.

Stabilności polskiej gospodarki zagraża również znaczny i rosnący dług publiczny. Przekroczenie magicznej granicy 55% także oznaczałoby potrzebę szukania zagranicznej pomocy kredytowej. Dla rynków finansowych byłaby to również okazja do wielkich zarobków.

Atutem polskiej gospodarki jest spokojne społeczeństwo, tradycyjnie uznawane w Europie i świecie za naród buntowniczy. Tymczasem kolejne działania rządu, pogarszające warunki życia zwłaszcza najuboższych, nie napotykają na opór. Protestują młodzi przeciwko ograniczeniu swobody w Internecie, milczą natomiast starsi, gdy rząd chce im wydłużyć o wiele lat czas pracy.

Anemiczne społeczeństwo pozwala przeciwdziałać wzrostowi długu publicznego, a zwłaszcza deficytu budżetowego państwa poprzez zahamowanie a nawet obniżkę udziału wydatków państwa na cele socjalne w ogólnych wydatkach.



Przypisy
[1] F. Fukuyama, Koniec historii, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1996.
(powrót)
[2] Por. J. Williamson, Did the Washington Consensus Fail?, Institute for International Economics, Washington D.C., November 6, 2002. (powrót)
[3] R.A. Mundell, A Theory of Optimum Currency Areas, „American Economic Review”, September 1961. (powrót)