Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


OPINIE cz. II


Stach Głąbiński. Uwagi do pytania o istnienie lewicy w mediach.

Sądzę, że tytuł felietonu Piotra Gadzinowskiego „Jak zabłysnąć w mediach” (opublikowany także przez lewica.pl) nie wyraża zamierzenia Autora, że funkcję tą lepiej spełnia postawione w tekście pytanie brzmiące „Dlaczego lewica nie może przebić się w mediach?”. Zarazem nie zgadzam się z przedstawioną diagnozą, a swoje w tej materii zdanie przedstawiłem kilka lat temu jako „Głos w dyskusji o mediach lewicy”. Mam też kilka uwag do wyrażonych przez pana Gadzinowskiego opinii.

Po pierwsze, o ile oskarżenie lewicy o lenistwo jest zrozumiałe, to zadufanie i obłudę należy przypisać głównie SLD i to nie całemu, a jedynie aparatowi władzy tej partii, którego wyobcowanie i łamanie przezeń postanowień Statutu od lat bezskutecznie piętnowałem w artykułach zamieszczonych na mojej witrynie po ich odrzuceniu przez władze SLD i przez redakcje lewicowych mediów.

Z kolei ten sam aparat chyba niesłusznie został oskarżony o uległość wobec ataków prawicy. Niestety Autor nie wyjaśnił jakie konkretnie zdarzenia posłużyły mu do powzięcia takiego sądu, te zaś, które pamiętam, określam jako odpowiadanie na wściekłe i kłamliwe ataki z rozsądkiem i kulturą języka. W każdym bądź razie zastrzegam, że z góry odrzucam uznanie za „brak uległości” zniżenie się do poziomu chamskiego demagoga.

Również nie pojmuję, na czym ma polegać „stwarzanie silnego lewicowego (a chyba podobnie też prawicowego?) środowiska dziennikarskiego”? Jak wiadomo prawie wszyscy Polscy dziennikarze uzyskali swoje umiejętności w PRL, a niejednokrotnie opisywany proces przeistaczania się ich z chwalców realnego socjalizmu w obecną postać nie da się opisać jako „stwarzanie” dokonywane przez jakąś organizację i nie jest możliwy do odwrócenia poprzez jakieś zarządzanie, lub akcje. Nie jest także możliwe wychowanie młodego pokolenia sprawnych publicystów w warunkach zakłamania związanego z praktykowanym w SLD wodzostwem przeczącym Statutowi i podstawom ideowym socjaldemokracji.

Do dalszych wywodów, choć nasuwają mi się przy lekturze liczne wątpliwości, zasadniczych uwag nie mam, z wyjątkiem jednego zdania. Otóż pan Gadzinowski napisał: „kupowanie lewicowych książek, pism, wspieranie finansowe stron internetowych to pożyteczna, pozytywistyczna praca na rzecz wzbogacania zbiorowej mądrości lewicy”. Panie Piotrze! pisma kupuje się nie dla tego, by wesprzeć autorów i wydawców, lecz po to, by znaleźć w nich materiał do przemyślenia! A czy w lewicowym piśmiennictwie tego rodzaju wartości znajdujemy? Przewrotnie pytanie to zmodyfikuję: czy pan Gadzinowski (a podobnie jego koledzy po piórze) dostrzega interesujące myśli w publicystyce lewicowej, szczególnie w swojej własnej?

Kryterium pozwalające uzyskać obiektywną odpowiedzi jest w tym wypadku proste. Przecież każdy inteligentny człowiek, gdy pozna opinię pobudzającą go do myślenia, odczuwa nieodpartą potrzebę pisania, rozwinięcia idei, którą akceptuje i polemiki z tezami uznanymi za fałszywe (z takiej właśnie inspiracji bierze się moje obecne pisanie). Jeśli takiego odzewu nie ma, widocznie adresaci, dla których owe teksty są przeznaczone, nie widzą w nich wartości ani pozytywnych, ani zasługujących na sprzeciw. Po prostu – żadnych! Otóż przeglądając lewicowe witryny i pisma, co czynię od lat od lat w trakcie uporczywego, a daremnego poszukiwania śladów myśli nowatorskiej, dotyczącej tego, co dzieje się TU I TERAZ, nie potrafiłem znaleźć choć jednego tekstu nawiązującego do poglądu wyłożonego wcześniej, w innym opracowaniu. Nie widzę (oprócz mojej pisaniny) żadnych polemik, prób recenzowania, czy rozwinięcia podjętego tematu, co dowodzi, że nikt na lewicy nie potrafi napisać tekstu pobudzającego do myślenia! Ba, nie udało mi się natrafić na to, by któryś z naszych publicystów, poczynając od pana Gadzinowskiego, a kończąc na nazwiskach poprzedzanych litanią skrótów w rodzaju prof. dr. hab. itp., kiedykolwiek nawiązał do swoich własnych, wygłoszonych wcześniej opinii. Nie napotykam na wtrącenia w rodzaju: „pisałem (ew. mówiłem), co obecnie muszę skorygować”, lub „... ponieważ zostało zapomniane, muszę powtórzyć”. Wniosek prosty – nasi publicyści albo całe piśmiennictwo lewicowców sami źle oceniają, albo prac kolegów nie czytają, a swoje dzieła traktują jako chałturę, którą po zainkasowaniu wierszówki należy pogrzebać w niepamięci. Jak więc pan Gadzinowski może zalecać kupowanie prasy, której sam – jak wnioskuję w opisanym wyżej trybie - nie czyta?

A może mylę się? Może przeoczyłem utrwaloną na piśmie czyjąś reakcję na rzuconą myśl? Może jednak wśród tego stada tokujących głuszców są osoby realnie zainteresowane tym, co piszą inni?

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. Refleksje po lekturze "Dalej, pismo socjalistyczne".

Natrafiłem w Internecie stronę wychodzącego przez wiele lat, odwołującego się do marksizmu, pisma "Dalej, pismo socjalistyczne", o którego istnieniu wcześniej nie wiedziałem mimo, iż od 1998 roku, gdy posiadam podłączony do sieci komputer, staram się poznawać wszystkie dostępne przez to urządzenie źródła lewicowej myśli i informacji. Zaskoczenie i chęć poznania nowo odkrytej pożywki dla intelektu została jednak poprzedzona refleksją nad stanem lewicowej publicystyki, co na wstępie zmusza mnie do dygresyjnego odejścia od tematu.

Otóż pisarstwo lewicowe niegdyś podobno odznaczało się szerokością zainteresowań i żywym udziałem w dyskusji nad stanem ludzkiego środowiska. Obecnie, w naszym kraju, jak to widać w moim przypadku, można być dość pilnym czytelnikiem lewicowej prasy (przynajmniej jej internetowej edycji) i nie napotkać wzmianki o istnieniu periodyku, należącego bez wątpienia do tej klasy czasopism, a bynajmniej nie marginesowego. Potwierdza się to, o czym nieraz pisałem w listach do redakcji witryn: intelektualna elita lewicowa jest podzielona na grupki będące typowymi towarzystwami wzajemnej adoracji, zamkniętymi, izolującymi się zarówno od podobnych sobie kółek skupiających osoby aspirujące do bycia ogniskiem myśli jak i od ogółu społeczeństwa. Gdy czytam teksty znalezione na witrynie „Kuźnica”, „Przegląd socjalistyczny”, „Krytyka Polityczna”, „Lewica24” itd., a także omawiane "Dalej", odnoszę wrażenie, że tworzący kolegium autorów w ogóle nie przyjmują do wiadomości istnienia innych podobnych zespołów aspirujących do bycia ogniskiem lewicowej publicystyki. Maksimum, czego można w nich oczekiwać, to linki do wybranych bez objaśnienia, wg niezrozumiałych kryteriów kilku stron internetowych. Nie sposób nawet znaleźć wyrażających się pytaniami i krytyką śladów zainteresowania poglądami kolegów redakcyjnych i czytelników! Ten brak zainteresowania poglądami innych razi zwłaszcza w zestawieniu z dużą ilością artykułów traktujących o tym, co głosili Trocki, Róża Luxemburg, Abramowski i inni przedstawiciele minionej epoki, oraz co piszą Chomsky, Attali, Żiżek itp.. Mogę zrozumieć, że ktoś uważa, iż współcześni nam rodacy nie dorównują w sprawności myśli dawnym i zagranicznym wyróżniającym się teoretykom lewicowości (ja tego przekonania nie podzielam!), ale nawet jeżeli ten ktoś jest takim pesymistą, winien zdawać sobie sprawę z tego, że to, co się dzieje u nas, choć może nie dorównuje osiągnięciom innych, ma swoją wagę przez to, że ma miejsce nie gdzieś tam, lecz TU I TERAZ. Jestem przekonany, że we wskazanym braku zainteresowania mamy do czynienia z lenistwem umysłowym charakteryzującym ugrupowania umownie nazywane towarzystwami wzajemnej adoracji, a bierne i bezkrytyczne pozostawanie w takim środowisku, po prostu wyjaławia intelekt, co u naszych lewicowców chyba jest widoczne.

Wspomniane przeze mnie zjawisko degeneracji polskiej lewicy oczywiście nie da się opisać w krótkiej notce dotyczącej marginesowej refleksji wywołanej spotkaniem z nieznanym mi uprzednio czasopismem, którego treść sama z siebie skłania mnie do pisania, pozostawiając ważny temat ogólnego marazmu intelektualnego naszej formacji dla zajęcia się nim w innym artykule (częściowo sprawę objaśniałem m. in. w artykułach "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej" i "Szanse odrodzenia lewicy w Polsce". Zostawiając więc poruszoną skrótowo kwestię ogólną, spróbuję podzielić się wrażeniami doznanymi podczas przeglądania witryny czasopisma „Dalej”.

Ponieważ zakładka zatytułowana „o nas” niestety pozostaje pusta, by poznać założenia przyjęte przez redakcję, oparłem się na notatce "Od redakcji" (nr 42 maj – czerwiec 2009 r.), wraz z poprzedzającym ją krótkim manifestem ideowym oraz na artykule p.t. „Czerwona kartka” z n-ru 37 (wiosna 2004). Mam przy tym wątpliwości względem ważnych tez z n-ru 42. Obawiam się mianowicie, że deklarowana w - jak to nazwałem - manifeście "swobodna dyskusja" nie jest zachowywana, a o marksizmie, na który powołano się w "Od redakcji", Autorzy mają wyobrażenie mylne.

Przekonanie o tym, że "Dalej" nie jest bynajmniej nastawione na dyskusję wynika szczególnie wyraźnie z lektury "Czerwonej kartki", w której krytyka oparta jest nie tyle na argumentacji, ile na fundamentalistycznie przyjętych twierdzeniach i na inwektywach. O ile bowiem przekonanie o posłach SLD, że "stając przed wyborem: wierność strukturom, czy wierność zasadom - zawsze wybierali wierność strukturom" w pełni podzielam, to razi brak odwołania się do faktów uzasadniających tą tezę, co powtarza się w innych licznych krytycznie wartościujących twierdzeniach. A przecież, jeżeli wypowiedziany sąd nie jest oparty na złudnym odczuciu, to należało podać, jak i na podstawie jakich faktów Autor formułuje swój sąd, lub wymienić tekst źródłowy, w którym takie rzeczowe uzasadnienie przeprowadzono. Jeżeli ten warunek nie jest spełniony, jeżeli wydajemy sąd na podstawie, że "ja tak uważam", czy "my tak uważamy", o jakiejkolwiek dyskusji nie może być mowy, możliwe jest tylko publikowanie opinii zgodnych z przekonaniem redakcji. Ano - zobaczymy jak zostanie potraktowany mój niniejszy wkład do "swobodnej dyskusji": będą wyjaśnienia i ew. polemika, czy redakcyjny kosz na śmieci?

O ile domaganie się uzasadnienia tezy, którą sam uważam za słuszną, może budzić zastrzeżenia, to w dalszej części artykułu mamy powoływanie się na wyraźnie wątpliwe twierdzenia. Np. czytamy, że "całą nędzę ideowego zaplecza SLD ujawnił w pełni dopiero Marek Borowski. Już po rozłamie, okazał się najbardziej zdeklarowanym zwolennikiem zarówno planu Hausnera, jak i napaści na Irak." Wątpliwości co do obiektywizmu budzi wzmianka o "nędzy ideowego zaplecza", która chyba nie jest informacją dla rozumnego czytelnika, lecz inwektywą. A dalej: skąd u licha przekonanie o wkładzie Borowskiego do (rzeczywiście budzącej uzasadnione wątpliwości) irackiej awantury, której inicjatorami byli Miller i Kwaśniewski? Ja np. żadnej wypowiedzi B. na ten temat nie znam! Jaki sens ma dodanie, że B. jest "najbardziej" za wskazanymi inicjatywami? Czy rzeczywiście angażował się (jak to wynika z przedrostka "naj-") więcej niż inni? Obawiam się, że Autor tego zdania bardziej kierował się emocjami i fantazją niż odpowiedzialnością za słowa.

Osobnego omówienia wymaga wykorzystanie planu Hausnera jako bezdyskusyjnego dowodu nędzy ideowej, czemu przeczą posiadane przeze mnie wiadomości o tym przedsięwzięciu, które w skrócie przedstawić spróbuję. Należy przy tym zastrzec, że dotyczące tego tematu moje wiadomości są niepełne. Nie czuję się z tego względu onieśmielony zabierając głos, gdyż brak ten nie wynika z mojego braku zainteresowania tematem, lecz stąd, że w dostępnych mi materiałach nie mogłem znaleźć rzeczowego omówienia pH, a że czytam ogólnie dość dużo, wnoszę, że większość obywateli równie, lub nawet bardziej pod tym względem jest poszkodowanych, a więc nie da się usprawiedliwić pozostawienie, w przeznaczonym dla szerokiej publiczności artykule, sądu podanego bez uzasadnienia. Nie było (i nadal nie ma) rzeczowej argumentacji ze strony krytykującej plan ówczesnej opozycji wszelkich orientacji, a pełniący w imieniu SLD funkcję premiera Miller stworzył po stronie rządowej identyczną próżnię, ponieważ wg niego opinię publiczną interesować mogą tylko przemawiające do półanalfabetów demagogiczne hasła, natomiast wymagające intelektualnej pracy poparcie publicystyką działalności własnej partii uważał i nadal uważa za szkodliwe.

O ile więc mi wiadomo z doniesień niezaangażowanej politycznie prasy, mający naprawić kulejące administrowanie państwem plan Hausnera był przygotowany niezwykle starannie, omówiony i korygowany w detalach zarówno w ramach Komisji Trójstronnej przez związki zawodowe i przez przedsiębiorców jak i przez komisję sejmową. Uzyskano przy tym zgodną opinię, że w warunkach obecnych stanowi on, wobec przeciwstawnych interesów różnych grup, optymalnie wyważoną propozycję zmian, dającą ograniczone lecz realne szanse polepszenia sytuacji. Idylla ta skończyła się, gdy dokument przedstawiono na plenarnym posiedzeniu sejmu. Tu natychmiast liberałowie (prof. Gilowska) orzekli, że plan trzeba odrzucić, gdyż daje zbyt małe szanse wolnemu rynkowi i przedsiębiorczości, co natychmiast poparli populiści w rodzaju Leppera wychodząc jednakże z pozycji dokładnie przeciwstawnych, a że jesteśmy w Polsce, gdzie możliwość obalenia jakiejkolwiek inicjatywy jednoczy wszystkich ponad różnicami celów i ideologii, więc projekt został skutecznie unicestwiony, a wszystko to odbyło się bez rzeczowej argumentacji, na którą mógłby powołać Autor publikujący w "Dalej" swój srogi sąd o pH.

Tyle mogę powiedzieć o niespełnieniu obietnicy "dyskusji", wobec czego przejdę do omówienia wspomnianych na wstępie zastrzeżeń dotyczących zrozumienia istoty marksizmu. Otóż - jak sądzę - marksizm wyklucza wszelki fundamentalizm, czyli obce mu są jakiekolwiek twierdzenia wynikające z założeń ideowych. Uznaje jedynie te prawidłowości, które jawią się jako powtarzające się w biegu historii i dla których w teraźniejszości zachowane są warunki wskazujące na dalszą ich aktualność. Takie pojmowanie marksizmu o tyle nie pasuje do obrazu "prezentowanych w tym numerze „Dalej!” marksistów, którzy nie pozostają jedynie komentatorami rzeczywistości, ale aktywnie uczestniczą w antysystemowym projekcie socjalistycznym", że z całości wywodu wynika sens "antysystemowego projektu socjalistycznego" jako przedmiotu o postaci niezależnej od warunków lokalnych, rozpoznanej nie wiadomym sposobem. Tymczasem wspomniane doświadczenie historyczne poparte aktualnymi danymi wskazuje na to, że nie tylko rewolucji, lecz także innych mniej radykalnych zmian nie da się importować, czy zadekretować, lecz może ona zaistnieć tylko spontanicznie jako wynik lokalnych warunków materialnych i mentalnych. Teoria marksistowska nie stawia sobie za cel wywołania przewrotu, lecz jedynie daje szansę wpływania na to, by rezultat zamieszania wykazał możliwie dużo pozytywów przy maksymalnym ograniczeniu szkód. Tak więc otrzymujemy wniosek, że postać "antysystemowego projektu socjalistycznego" nie może być określona ani na podstawie rozważań teoretycznych, ani z warunków panujących gdzie indziej niż w Polsce (chyba że wykażemy podobieństwo warunków tam i u nas). Aby poznać właściwy dla naszej sytuacji społecznej "projekt" i ustalić, czy ma być on "antysystemowy" i jak dalece będzie zasługiwał na miano "socjalistycznego" należy przeprowadzić analizę obiektywnie istniejących w kraju warunków, a tego w treści czasopisma "Dalej" dopatrzeć się choćby śladów nie mogę. Oczywiście prawdziwy marksista nie zaniedba (co redakcja D. wykonuje na dobrym poziomie) rozwijania teoretycznej gotowości na włączenie się we wspieranie przemian wynikających z ogólnoświatowej tendencji (rozpoznanej na podstawie badania historii i globalnej teraźniejszości) przechodzenia od kapitalizmu do socjalizmu, gdy sytuacja do tego dojrzeje, jednak w działaniu praktycznym tu i teraz jest realistą nieoddawającym się mrzonkom wynikającym z fundamentalistycznych rojeń, których dopatruję się w omawianych artykułach. Istotę marksizmu stanowi bowiem materializm dialektyczny, gdzie słowo materializm wskazuje na zależność teorii od rzeczywistości, a dialektyka podkreśla złożoność zjawisk i ich zmienność w czasie oraz przestrzeni.

Dopatruję się więc w treści Dalej kilku błędów a podejrzewam, że są one konsekwencją ulegania dość rozpowszechnionym naiwnym przekonaniom, że lewicowa ortodoksja jest tożsama z hurrarewolucyjnym zapałem i wyraża się w pomijającym kwestie społeczne oraz rachunek ekonomiczny rzucaniu haseł promujących drugorzędne przywileje dla ludzi pracy najemnej. Jaką na to - jeśli moje przypuszczenie jest słuszne - można zalecić kurację? - twarde przestrzeganie uzasadniania przedstawianych sądów i większą otwartość na cudze poglądy. A także uświadomienie sobie tego, że brak pytań, wątpliwości i krytyki jest przejawem braku niezależnej myśli, bez której marksizm i ogólnie lewicowość mogą występować jedynie w formie zdegenerowanej, co wykazały krańcowo drastyczne przykłady stalinizmu i maoizmu, a obecnie obserwujemy w Polsce.



Stach Głąbiński. Nowe medium lewicy.

Zabierając głos 12 III b. r. na spotkaniu naszego klubu, Leszek Miller poinformował obecnych o powstaniu witryny internetowej www.lewica24.pl. Zaraz następnego dnia odnalazłem w sieci bardzo ładną stronę główną tego medium nieco zadziwiony nową inicjatywą powstałą w momencie, gdyż kilka istniejących witryn naszej orientacji politycznej odczuwa brak zainteresowania wyrażający się niewielką ilością czytelników i znikomym odzewem zarówno w prasie jak i w Internecie. W pierwszej kolejności szukałem danych o osobach stanowiących trzon redakcji i tekstu objaśniającego cele i motywy ich inicjatywy. Jakoż pod zakładką "Redakcja" znalazłem objaśnienie, jednak - jeśli chodzi o wspomniane cele i motywy - w mojej ocenie niewystarczające. Mamy bowiem krótką definicję lewicowości jako współczucia dla ludzi zmarginalizowanych przez świat wielkich interesów, powiązanego z działaniem dla ich dobra odrzucającym względy bezdusznej ekonomii. Zagadkowo brzmi przy tym zastrzeżenie dystansowania się od "pryzmatu personaliów", w czym dopatruję się przekonania, że zanegowana perspektywa jest na lewicy tak powszechna, iż tego rodzaju dodatek okazuje się potrzebnym. Na czym polega owa perspektywa domyśleć się chyba można, natomiast jakie są przykłady tego zjawiska trapiącego naszą publicystykę okazuje się trudniejsze.

Razi widoczny, zarówno w omówionym tekście wprowadzającym, jak i w całej witrynie brak zainteresowania innymi, o podobnej orientacji politycznej, mediami oraz organizacjami. Po prostu czytelnik ma wrażenie, iż poza lewicą24 nie istnieją ani redakcje, ani partie, ani inne ugrupowania. Jest to zresztą zjawisko powszechne, o czym niedawno pisałem, które prawdopodobnie jest jedną z przyczyn braku jedności. Podejmowanie działalności lewicowej bez próby określenia swojego stosunku do istniejących już inicjatyw jest dla mnie niezrozumiałe. Czy chodzi o uzupełnienie tego, co inni pominęli lub traktują marginalnie, czy odebranie czytelników tym, którzy misję informacyjną wypełniają błędnie, czy ...? W każdym bądź razie celem nie jest wzmagająca ostrość widzenia dyskusja, gdyż śladu jej nie widać. Raczej odnoszę wrażenie, iż lewica24 nastawiona jest wyłącznie na zwalczanie poglądów prawicowych, co by wskazywało albo na założone samoograniczenie albo na przekonanie o braku problemów we własnym obozie, albo na ...

No właśnie, jeszcze jedno: wbrew powiedzeniu, że „gentelmani o pieniądzach nie mówią, oni je po prostu mają” uważam, że sprawę pochodzenia środków na działanie witryny należy objaśniać. Jest bowiem powszechnie wiadomym, że sponsor na ogół ma swoje cele i wymagania, co odbija się na ukierunkowaniu aktywności. Z entuzjastycznego tonu jakiego użył Miller informując słuchaczy o powstaniu lewicy24 można przypuszczać, że mamy do czynienia z medium będącym na usługach aparatu partyjnego SLD. Potwierdzałby to wspomniany brak zainteresowania sprawami wewnętrznymi lewicy, gdyż – jak to zauważyłem opisując spotkanie - przewodniczący tej partii wyraźnie usiłuje uciec od dyskusji na temat stosunków w niej panujących, że zaś tykanie innych ugrupowań z pominięciem jednego byłoby niezręczne, więc lepiej zająć się wyłącznie prawicą.



Stach Głąbiński. Szanse odrodzenia lewicy w Polsce.

Mamy kolejną, choć niewielką, ale jednak ..., szansę na rozpoczęcie procesu odradzania się lewicy w Polsce. Należy zastanowić się nad tym, w jaki sposób można tą koniunkturę wykorzystać, jednak nie jest to wykonalne bez krótkiego opisu stanu istniejącego. A niestety, przegląd naszej lewicowej teraźniejszości nastraja pesymistycznie.

Gdy bowiem uważnie przyjrzeć się naszej lewicy, widzimy, że tworzą ją odseparowane grupki, z których każda, skupiona wokół mniej lub bardziej wyrazistego "wodza" stanowi typowe, przekonane o swojej wyjątkowości "towarzystwo wzajemnej adoracji", wewnątrz uporczywie zachowujące pozory jedności poglądów, a na zewnątrz, w stosunku do podobnych sobie podkreślające daleko posunięty brak zainteresowania poza jednym: gotowością do "nauczania", do nawracania na "prawdziwą lewicowość", którą we własnym przekonaniu ma ów krąg towarzyski w posiadaniu tak wyłącznym, że usprawiedliwia ono wspomniane izolowanie się. Różne te grupki określają się jako partie, redakcje, kluby, stowarzyszenia i t. d., których wspólną cechą jest drętwota intelektualna. Uczestnicy niektórych (np. "Forum klubowe", "Kuźnica" i "Przegląd socjalistyczny") posiadają ogromną, imponującą, potwierdzoną naukowymi tytułami wiedzę, a jednocześnie przejawiają - przynajmniej w swojej działalności związanej z polityką - zupełny brak zdolności do samodzielnego, oderwanego od obowiązujących schematów, myślenia. I oni, i ci mniej uhonorowani wiodą więc żywot odizolowanych od realnego świata, zadowolonych ze swojego, wyhodowanego w tych swoich grupkach, statusu "lewicowego" intelektualisty, działacza, czy polityka. Daremnym jest doszukiwać się tam śladu ścierania się opinii i poglądów, zainteresowania tym, co mówią i piszą inni, pragnienia poznania co czują i myślą czytelnicy, słuchacze, aktywiści i członkowie, czy całkiem przygodni obserwatorzy.

Przy każdej takiej grupce wegetuje również pewna ilość osób nie należących do grona "liczącej się" elity. Są to nieliczni czytelnicy czasopisma lub portalu, albo - gdy mowa o partiach - szeregowi członkowie, o których z góry założono, że nic mądrego nie wymyślą, i z tego względu, jeśli nawet w okoliczności narzucającej zachowanie jakiś fasadowych form demokratyzmu zostają dopuszczeni do głosu, to w formie zapytania, na które ew. może ktoś z "towarzystwa" udzielić, krótkiej, definitywnie rozstrzygającej, autorytatywnej odpowiedzi i sprawę natychmiast pogrzebać w niepamięci. Ubóstwo intelektualne tej części lewicowej grupki, wegetującej jako zaplecze a raczej klaka wodza i jego świty, przejawia się biernym odprawianiem rytuału jakiś zebrań, gromadzenia zadrukowanego papieru, lub wysłuchiwania udzielanych pouczeń i bezrefleksyjnym solidaryzowaniem się z elitą.

I otóż, w jednej z tych grupek, w SLD, pojawiły się głosy o potrzebie dokonania zmian. Powód tego jest absurdalny: ponoć zdarzyła się klęska wprowadzająca cezurę oddzielającą nastały w tym momencie zły czas, od jednocześnie przerwanego okresu pomyślności. Paradoks tego wyobrażenia polega na tym, że za moment katastrofy przyjmuje się nie ogromny spadek poparcia, który nastąpił w latach 2001 do 2004, lecz obecne wahnięcie nastałej wówczas dekoniunktury wyrażającej się oscylacjami w pobliżu minimum sejmowego. Domyślam się w tym pokrętnej logiki: wmawiając sobie i innym ten absurd, członkowie naszego aparatu partyjnego przypuszczalnie liczą, że uda się im przez widowiskową roszadę personalną i jakieś drugorzędne poprawki uniknąć przeprowadzenia zasadniczej zmiany, że nadal wszystkie ważne decyzje wbrew Statutowi będą zapadały poza kontrolą nie tylko całej partii, lecz nawet kongresów, konwencji i Rady Krajowej, bez konieczności informowania członków i wysłuchiwania ich uwag.

Tak więc na stronie internetowej SLD (linki do tekstów z tej strony są nieaktualne) i w wypowiedziach dla prasy wmawia się nam, że obecna "katastrofa" została spowodowana przez niegodziwość PO oraz Palikota (Grzegorz Gondek: "prawicowa PO ubrała się w szaty liberalnej lewicy, a wyodrębniony z jej pnia „Ruch Palikota” przyjął za cel przekonanie do siebie tej części lewicy, która akcentowała zmiany głównie w sferze obyczajowej. Przy ogromnym wsparciu niektórych mediów, które za cel przyjęły zdyskredytowanie SLD i wsparcie obozu rządowego prowadzona była brudna kampania"), tudzież błędne ustawienie list kandydatów (Iwiński: "Po pierwsze popełniono błędy przy kształtowaniu listy"), czy niefortunne zagrywki taktyczne obecnego kierownictwa, które wystarczy zmienić i całe zło zostanie naprawione (Gondek: "Wierzę, że zwycięstwo jest w zasięgu ręki!"). Wypowiedzi tego rodzaju mamy więcej, przy czym rekord absurdu przyznaję Joannie Senyszyn za stwierdzenie: "Gdyby SLD potrafił się mentalnie wyzwolić z fałszywego, narzuconego 20 lat temu przez Michnika przeświadczenia, że lewicy wolno mniej, a 10 lat temu jeszcze szkodliwszego Millerowego, że UE warta mszy, Janusz Palikot nie miałby z czym startować w wyborach.". Jedyna znana mi wypowiedź sld-owca nieco wykraczająca poza ten schemat, to ogólnikowe stwierdzenie Kalisza, że "SLD nie może być partią wodzowską", a rzeczowe uwagi widzimy dopiero, gdy sięgniemy do opinii dysydentów, np. Cimoszewicza, który stwierdził, że "styl kierowania partią narzucił i wymusił Napieralski. To on doprowadził do tego, że ludzie nie mieli nic do powiedzenia, wszelkie uwagi były zbywane lub wręcz traktowane wrogo." (Gazeta Wyborcza 11.10.2011).

Bezpodstawność przypisywania wyjątkowości rezultatom wyborów z października 2011 r. rzuca się w oczy, gdy porównamy poprzedzającą je kampanię z poprzednimi, poczynając od roku 2001. W każdym wypadku elementy wskazywane obecnie jako przyczyny klęski występowały, a różnice w ich natężeniu i formie mogą tłumaczyć wahnięcie poparcia najwyżej o kilka procent. Natomiast nie da się zakwestionować zbieżności czasowej widocznej{}(poprawić w tekście na serwerze!) w wynikach i sondażach spadku uprzednio sięgającego 50% poparcia z ujawnianiem się arogancji, niekomunikatywności i wodzostwa Millera, co kontynuowali jego następcy (przypisane przez Cimoszewicza w wyżej przytoczonym zdaniu pierwszeństwo w tym postępowaniu Napieralskiemu jest niesłuszne) powodując utrwalenie niekorzystnej sytuacji SLD. To Miller nawet nie próbował podjąć dialog ze społeczeństwem czy choćby z własną partią, by przedyskutować najpierw niefortunną zapowiedź Belki zniesienia ulgi dla studentów, a następnie własnego blamażu w tzw. sprawie Rywina, wplątania Polski w awanturę iracką i innych spornych kwestii, okazując tym lekceważenie opinii publicznej i gwałcąc wymagania Statutu. To on tłumił wszelkie próby omawiania istotnych spraw, sprowadził Radę Krajową do roli instrumentu podległego woli przewodniczącego partii, a wobec nielicznych zarzutów nadużycia, które zdołały się przebić z szeregów SLD do szerszej wiadomości (np. artykuł Włodzimierza Filipowicza w "Dziś" 2003'12) zachował pogardliwe milczenie. Te właśnie nadużycia - moim zdaniem - były przyczyną spadku poparcia, które od tego momentu niezmiennie oscyluje wokół 10 %, a Napieralski był tylko kontynuatorem, który odpowiada nie za spowodowanie katastrofy, lecz jedynie za brak poprawy.

Niemniej, jakiekolwiek są tego przyczyny, faktem jest, że hasło dokonania zmian zostało rzucone i szansa, by wykorzystując tą okoliczność dokonać przekształcenia SLD z tworu rządzonego samowładnie przez wodza i jego koterię, w organizację demokratyczną, istnieje. Oczywiście establiszment skupiony wokół Zarządu Krajowego, a częściowo także zarządów wojewódzkich będzie czynił wszystko, by nie dopuścić do rozwinięcia demokratycznych form życia partyjnego, potrzebna jest więc mobilizacja ogółu członków. Należy wszelkimi sposobami uświadamiać ciążącą na nich odpowiedzialności za to, by gwarantowane w Statucie prawa członków do informacji, dyskusji i opiniowania władz partyjnych były respektowane, a Rada Krajowa i kongresy by realnie kontrolowały poczynania organów wykonawczych. Ponad poczucie dyscypliny partyjnej i potrzebę solidarnego popierania działań legalnej władzy musimy dbać o to, by zawarte w Statucie zasady socjalistycznego demokratyzmu nie były przez nikogo lekceważone. I nie są do tego potrzebne nadzwyczajne formy postępowania. Musimy po prostu, gdy pojawi się przypuszczenie, że partyjne władze - szczególnie szczebla krajowego - nie dopełniają obowiązków, dopominać się uporczywie i wszelkimi dostępnymi sposobami o jawne rozpatrzenie sprawy.

Tak więc, aby zapoczątkować wspomniany na wstępie artykułu proces odradzania się lewicy w Polsce, należy w SLD zamiast głosić frazesy w rodzaju małpującego znaną wypowiedź papieża "zmienić oblicze partii! Tej partii!" (Senyszyn), zamiast ograniczać się do ogólnikowego wypominania wodzostwa (Kalisz), konkretnie zażądać, by partia, a szczególnie jej wybrani do Rady krajowej lub kongresu, przedstawiciele wymogli na zarządzie ścisłego, nie tylko formalnego lecz także rzeczywistego, przestrzegania Statutu. Podstawowym obowiązkiem każdego członka jest wyrazić stanowczy protest wobec nadużycia władzy przez działaczy partyjnych najwyższego szczebla. Gdy ten warunek będzie spełniony, może bardzo ważną funkcję przewodniczącego pełnić Napieralski lub kto inny posiadający odpowiednie kwalifikacje, gdyż wiadomo, że woli większości sprzeciwić się nie zdoła, będzie postępował właściwie. Natomiast zmiana polegająca na tym, że jednego aparatczyka zastąpimy innym, który pozbawiony demokratycznego nadzoru w krótkim czasie ulegnie naturalnej skłonności każdego człowieka do samowładztwa, niczego nie polepszy. Tylko tym sposobem zdolni jesteśmy osiągnąć stan zbliżony np. do stosunków na lewicy francuskiej opisanych w jednym z internetowych blogów

Podkreślić jednak należy, iż wspomniany warunek nie stanowi polepszenia stanu lewicy, lecz jedynie polepszenie to może zapoczątkować. I to nie dlatego, że zmiana dokonuje się jedynie w SLD, więc w jednym z licznych ugrupowań tworzących naszą formację ideową. Zasadniczym bowiem brakiem lewicy - jak to na wstępie wspomniałem - jest niedowład intelektualny, umożliwiająca powstawanie patologii bierność umysłów ("gdy umysł śpi, budzą się upiory"). Te dwa czynniki: degeneracja porządku demokratycznego polegająca na przekształceniu go w samowładztwo jest obustronnie sprzężona z bezczynnością umysłową. Z jednej bowiem strony wódz i jego koteria tępią wszystkie objawy samodzielnego myślenia, a w odwrotnym podporządkowaniu brak indywidualnego postrzegania rzeczywistości i brak myśli oryginalnej, wolnej od cenzurującej opinii "autorytetów" powoduje zasklepienie się w formalnym rytuale bez zwracania uwagi na ukryte za fasadą bezmyślnie odprawianych ceremonii rzeczywiste życie organizacji, które w tych warunkach łatwo degeneruje się np. do postaci wodzostwa. Z tego względu, jeżeli odtworzymy demokratyczny charakter partii, ale nie dopilnujemy tego, by intelekt nie tylko został pozbawiony dławiącego wpływu urzędu, ale również by nie ograniczał go konserwatyzm środowiska, nieopanowany marazm intelektualny może spowodować w organizacjach zanik demokratyzmu. Budzenie demokracji i intelektu muszą odbywać się równolegle. Bez sporów i nowatorstwa mamy nie lewicę, lecz jej karykaturę.



Stach Głąbiński. Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej.

Przedstawiony 25 VII 2011 r. przez witrynę internetową "lewica.pl" artykuł Bartosza Machalicy p. t. "Fabryka lewicowych idei" (http://www.lewica.pl/?id=24905) składa się z dwu części. O ile wymowa drugiej części, zapowiedzianej w tytule, poświęconej zasłużonemu lewicowemu portalowi nie budzi poważnych zastrzeżeń, to początkowy fragment artykułu, zdradza - moim zdaniem - błędy zawarte w wyobrażeniach Autora o przyczynach słabości lewicy. Za słuszne bowiem uważam Jego przekonanie o tym, że nasze niepowodzenia na arenie politycznej wynikają z niedostatku twórczej myśli czy - jak to nazwał Autor - z "zaniedbania na polu pracy intelektualnej", jednak gdy mowa o szczegółach, widzę błędy.

Po pierwsze nie jest tak, że "potęga prawicy" powstała z "pracy intelektualnej". Doświadczenie historyczne dowodzi niezbicie, a przegląd wydarzeń ostatnich lat to potwierdza, że domenę prawicy stanowi sfera emocji, uniesień religijnych, patriotycznych itp., zauroczenie opanowującą wyobraźnię tłumu postacią, czy fundamentalne traktowanie podbudowanego intuicją wyobrażenia o sprawiedliwości, zaś warunkiem istnienia lewicy jest właściwy ludziom poddanym twardej prozie życia racjonalizm. Ma co prawda prawica swoich teoretyków, a na lewicy często pojawiają się kandydaci na wzbudzającego entuzjazm wodza, często także zapaleńcy usiłują np. wołaniem o zemstę wywołać uczucie gniewu i nienawiści, jednak te działania niedopasowane do specyfiki środowiska, przeczące podstawom ideowym, albo dają mierny efekt, albo - jak w przypadku wspomnianych nieracjonalnych wyskoków aktywistów pretendujących do lewicowości - powodują klęskę. Prawica nieraz usiłuje podbudować się racjonalnym dowodzeniem, jednak, jeżeli odbywa się to z zachowaniem reguł falsyfikacji i prawidłowej analizy faktów, rezultatem jest potwierdzenie postulatów lewicy, co np, obserwujemy na uczelniach USA będących - jak to już zauważył ś. p. Kisiel - wylęgarnią marksistów. Z kolei, czym skutkuje odejście od racjonalności działaczy robotniczych, widać choćby z niepowodzeń polskich ugrupowań hurrarewolucyjnych, z dziejów ZSRR i in.. Widoczna zaś na świecie tymczasowość sukcesów lewicy wynika po prostu stąd, że u większości ludzi (także deklarujących się jako lewica) sfera emocji wyraźnie góruje nad intelektem i powodzenie, powstałe w warunkach wymuszającej realizm biedy, zostaje zaprzepaszczone, gdy poprawa sytuacji stwarza pole do fantazji rodzącej czy to stalinizm, czy egoizm związków zawodowych, tragiczne poczynania Che Guevary itp..

BM powołuje się na "ciężką pracę intelektualną", która jakoby jest przyczyną "potęgi prawicy". Jednak np. wspomniane przez niego mętniackie wywody pani Staniszkis charakteryzuje powoływanie się na "oczywiste" prawdy i unikanie rzetelnej, opartej na rozpatrywaniu argumentacji pro i contra, analizy faktów traktowanych przez Autorkę z nonszalancją, w czym przypomina innych tuzów podobnej orientacji z Janem Pawłem II na czele. Takie podejście wymaga pamięciowego opanowania twórczości klasyków filozofii i literatury, których następnie cytuje się obficie. Wyrobienie sobie takiej erudycji jest na pewno ciężką pracą, ale nie jest nią wydobywanie z pamięci cytatów i tworzenie ad hoc wspomnianych prawd "oczywistych". Taka czynność bliższa jest znanemu określeniu "radosna twórczość". Na dodatek uważam, że określenie "praca intelektualna" przysługuje tylko wspomnianej analizie i wnioskowaniu na niej opartemu, tak więc stosowanie go do prawicowej publicystyki w większości wypadków jest wątpliwe.

Jeżeli jednak nawet przyjąć, że moja skrótowo uzasadniona ocena książki pani Staniszkis jest błędna, a nieznane mi dzieła pozostałych wymienionych przez BM Autorów obiektywnie są wartościowe, to nie ma żadnych danych po temu, by uznać, iż one przyczyniły się do powstania "hegemonii prawicy". Fakty wskazują na to, że sytuację ukształtowały wyłącznie wzbudzające emocje wystąpienia braci Kaczyńskich, Rydzyka, Jana Pawła II, oraz uniesionych euforią antyPRLowskiego masowego protestu działaczy "Solidarności", a przede wszystkim do własnej klęski przyczyniła się sama lewica, która gwałcąc fundamentalne dla niej zasady demokratyzmu i zaniedbując racjonalną analizę usunęła się i pozostawiła wolne pole przeciwnikom. Jeszcze raz powtarzam: granie na emocjach, demagogia i populizm są niezaprzeczalną domeną prawicy i współzawodniczenie z nią na tym polu prowadzi do klęski.

Co do dalszych wywodów BM n. t. owej "ciężkiej pracy" należy pamiętać, że nauka, czy mamy na myśli matematykę, czy ekonomię, czy teologię, jeżeli jest nauką rzeczywiście, jest politycznie neutralna i rozwodzenie się nad zapatrywaniami członków Centrum im. Adama Smitha, ośrodka TIGER z Kołodką na czele, ekonomicznych noblistów itd. nie ma sensu. Jest co prawda sporo speców np. od gospodarki traktujących swą dziedzinę z pozycji typowego dla prawicy fundamentalizmu wolnorynkowego (Friedman, Balcerowicz), jednak ich brak autokrytycyzmu, oraz opisana przez Naomi Klein w książce pt. "Doktryna szoku" skłonność do zaprzeczania faktom, są widoczne, co powoduje, że powoływanie się na tak wybranych ekonomistów nie uzasadnia komplementów dla intelektualizmu prawicy.

Tu zwrócę uwagę na konsekwencje wyrażonego przeze mnie poglądu, iż lewica i prawica nie konkurują ze sobą na polu wyścigu o uznanie, lecz każda z nich działa w inny sposób. Rywalizacja tych dwu kierunków polega więc nie na prześciganiu przeciwnika w doskonaleniu narzędzi używanych podobnie przez obie strony, lecz na przekonywaniu wyborców o wyższości swego traktowania rzeczywistości. Tak więc powtarzam: naturalnym środowiskiem prawicy jest sfera emocji, zaś lewicy – intelekt. Każda z tych formacji sukcesy odnosi tylko wówczas, gdy działa sposobami właściwymi sobie, a kogo poprze wyborca, zależy od tego, która ze wspomnianych sfer uzyska w jego umyśle przewagę. Oczekiwanie zaś przez wielu z naszych działaczy i publicystów na pojawienie się na lewicy poruszającego masy autorytetu jest po prostu wynikiem zauroczenia efektami uzyskanymi przez Jana Pawła II, Rydzyka, Kaczyńskich itp., oraz reklamą billboardową, a więc - efektami uzyskanymi środkami obcymi dla nas. Musimy sobie uświadomić, że ze wskazanych wyżej powodów naśladowanie prawicy jest nie tylko bezużyteczne, lecz wręcz zgubne, co można zauważyć zarówno analizując doświadczenia przeszłe, jak zaobserwowane tu i teraz.

W konsekwencji tego stwierdzenia można zgodzić się zarówno z BM jak i z cytowanym przez niego Jarosławem Klebaniukiem, że podstawowym błędem lewicy jest "brak zaplecza intelektualnego", jednak pojmowanie tego ujętego w cudzysłów określenia przedstawione w omawianym artykule uważam za błędne. Np. JK pisze o "intelektualistach zdolnych do ... stworzenia strategii ... i do dostarczania argumentów", co stwarza przypuszczenie, że w zdaniu tym jest mowa o grupie mędrców tworzących ową strategię i argumenty samodzielnie, bez pomocy partii i w oderwaniu od społeczeństwa. Jeżeli rzeczywiście takie jest przekonanie JK, lub jeżeli czytelnik tak je zinterpretuje, koniecznym jest przypomnieć, że intelektualizm tworzący wiedzę o czynnikach kształtujących społeczeństwo nie może rozwinąć się w grupie izolowanej. Musi zachodzić wzajemne oddziaływanie mas i elity. O ile bowiem ogół społeczeństwa stanowi żywioł, który pozbawiony pomocy intelektualnej elity niepotrzebnie traci większość swojej energii na działanie nieprzemyślane, często tragiczne w skutkach, to z kolei elita błądzi, jeżeli nie jest poddana presji mas, jeżeli nie podlega krytyce eliminującej koncepcje oderwane od realnego życia. Intelektualiści są zdolni wdrażać ludzi do racjonalnego myślenia i dostarczać społeczeństwu wskazówki racjonalnego działania tylko wówczas, gdy otrzymują informacje o tym, jakie są potrzeby i uwarunkowania chwili, gdy ich wybujały intelektualizm jest utrzymany w ryzach realności i gdy potrafią rezultaty swoich przemyśleń przekazać tak, by zostały one przyjęte przez ogół w pełnym zrozumieniu. Musi powstać zamknięty krąg przyczyn i skutków. Elita wiedzę o potrzebach społeczeństwa otrzyma tylko wtedy, gdy będzie z tą społecznością porozumiewała się jak równy z równym. Jedynie na tej samej zasadzie masy mogą odbierać rezultaty pracy intelektualistów podnoszące poziom rozumienia procesów społecznych przez ludzi. Z kolei produkt ten społeczność poddaje konfrontacji z praktyką życia społecznego, a jej spostrzeżenia wyrażone najczęściej w sposób prymitywny, musi elita uważnie i ze zrozumieniem przyjąć jako kolejne wskazówki. Taka wymiana "elita do mas i masy do elity" powinna odbywać się w sposób ciągły nadążając za zmieniającą się rzeczywistością i jak to wspomniałem, nie może być mowy o "nauczaniu", o dzieleniu społeczeństwa na tych, których jakieś gremium uzna za "mających coś mądrego do powiedzenia" i na tych którzy winni "nie gadać lecz słuchać".

Dodam jeszcze, że opisany wyżej proces sprawnie będzie przebiegał jedynie jeśli zostanie uporządkowany. Należy ze słabo zainteresowanego polityką ogółu wyodrębnić wrośniętą w społeczeństwo, a zarazem, masowo aktywnie i w sposób zorganizowany włączającą się do polityki partię. Dopiero taki układ, na który składają się: ogół obywateli, partia, jej kierownictwo i elita intelektualna zdolny jest utworzyć silną lewicę. Warunek: żaden z wymienionych czterech składników nie może dominować, każdy ma porozumiewać się z każdym z pozostałych na zasadzie równy z równym, co oczywiście nie może przeczyć uznaniu kompetencji poszczególnych osób, wynikających z wykształcenia, praktyki pisarskiej lub uzdolnień przywódczych.

Po wyjaśnieniu tych spraw można przystąpić do omówienia, jak wyobrażam sobie wspomniany przez BM "niedostatek twórczej myśli", wymieniony z kolei przez JK jako "brak zaplecza intelektualnego". Nie polega on na braku mądrych lewicowców, na ich niskim poziomie intelektu lub wykształcenia, na zbyt małej ich pracowitości, czyli na ilościowym niedostatku piśmiennictwa, czy wreszcie na braku środków przekazu. Na pewno przydałoby się nam więcej jednostek wybitnych, więcej wyróżniającej się twórczości publicystycznej, jednak - twierdzę stanowczo - to, czym lewica dysponuje, zarówno ilościowo jak i pod względem jakości daje możność osiągnięcia stanu, w którym zdobycie poparcia i w konsekwencji rządzenie państwem będzie dla niej realną perspektywą. Mamy pod dostatkiem zarówno sprawnych intelektualnie publicystów, uzdolnionych organizatorów i działaczy, gotowych do pracy w partii lewicowców i mamy dość dobrze wykształcony, wrażliwy społecznie i otwarty na rzeczową argumentację ogół obywateli. Problem polega na tym, że zapamiętali w swoim indywidualizmie intelektualiści wykazują chorobliwą skłonność do "nauczania", nie uznają podporządkowania się i rozmowy równych sobie partnerów, działacze partyjni są zakamieniałymi aparatczykami nieuznającymi demokratyzmu wewnątrzpartyjnego, a ogół zarówno członków partii jak i całego społeczeństwa, zrażony mędrkowatością obu wspomnianych grup i produkowanymi przez nich skierowanymi "do nikogo" kazaniami, słusznie uważa, że obydwa te wyobcowane środowiska z socjalizmem mają niewiele wspólnego, a w rezultacie staje się podatny na prawicowy populizm. Słabość lewicy wynika z niespełnienia opisanych przeze mnie warunków, a jeśli chodzi o wspomnianą wyżej kwestię mediów, to brakuje nam nie wydawnictw, lecz czytelników, których skutecznie zniechęcamy do zainteresowania się naszym piśmiennictwem.

Na tym kończy się opis mojego poglądu na wady lewicowej "fabryki idei". Postawiłem jednak zarzuty (nieracjonalność intelektualistów i aparatczykostwo działaczy), które wypadałoby uzasadnić, co mam zamiar dalej przedstawić. Poprzestanę w tym na omówieniu braków naszej elity intelektualnej, gdyż tylko to dotyczy założonego w tytule tematu. Wspomnę przed tym jedynie, że pragnących zapoznać się z pominiętą przy tym argumentacją uzasadniającą przekonanie o powszechności w polskiej lewicy zarówno aparatczykostwa jak i braku demokracji zachęcam do przeczytania moich wyjaśnień tej kwestii dostępnych w sieci. Przykładowo, spośród artykułów poruszających wskazane tematy wymienię "Aparatczykostwo" i "W sprawie diagnozy przyczyn słabości lewicy". Zaś co do naszej elity intelektualnej, to zwierciadłem, w którym najwyraźniej ujawnia się jej oblicze, jest publicystyka. W niej to dostrzegam cechy takie jak izolowanie się od społeczeństwa, brak zainteresowania poglądami odmiennymi od własnych zapatrywań, oraz niezdolność twórców do współpracy. Omawianie jednak każdej z tych trzech wad osobno jest trudne, gdyż w poszczególnych zdarzeniach występują one wszystkie i wzajemnie się warunkują. Raczej więc spróbuję omawiać fakty i wyjaśniać, co sądzę, że one ujawniają.

Pierwsze, co uderza w tekstach naszych publicystów (a w jeszcze większym stopniu dotyczy to działaczy), to skrajny indywidualizm, zupełne oderwanie się od środowiska. Nie znam wypowiedzi, której jakiekolwiek zdanie zdradzało by inspirację pochodzącą z otoczenia. Nigdy nie zdarza się, by popisujący się za każdym krokiem odwołaniami do klasyków autor artykułu, lub bywalec spotkań wspomniał, że np. w Końskowoli lub Gdańsku spotkał się z poglądem, który chciałby omówić jako częściowo słuszny, lub charakterystyczny dla jakiejś grupy. Podobnie "Krytyka Polityczna", "Forum Klubowe", "Przegląd Socjalistyczny", oraz "Lewica.pl" nie przedstawiają artykułów, w których byłby widoczny ślad wpływu nawet choćby tak specyficznego i ograniczonego środowiska jak kolegium redakcyjne, co stanowi przejaw już nie tylko wspomnianego indywidualizmu, lecz wręcz wyobcowania i niezdolność do pracy w zespole.

Zespół współpracujących ze sobą osób, a więc również prawidłowo pojmowane kolegium dbające o wypełnienie treścią medium publicystycznego, składa się z ludzi, których jednoczy wspólny cel przy maksymalnym wykorzystaniu możliwie bogatego zróżnicowania indywidualnych zdolności. Klasyczny przykład takiej grupy stanowili naukowcy opracowujący tzw. "Projekt Manhattan" (zbudowanie bomby atomowej). Zgromadzono tam ludzi wyróżniających się intelektem i wiedzą stwarzając im warunki, w których spełnione były dwa pozornie nie dające się pogodzić postulaty: dopuszczalne maksimum dowolności wyboru metody działania i niezbędne minimum dyscypliny, co dało rezultat nazwany "burzą mózgów". Tak też powinno przedstawiać się kolegium redakcyjne periodyku lewicowego, czego u nas nie widać, różnice bowiem między poszczególnymi artykułami i jednoczesny brak sporów wskazują na sytuację w rodzaju "ja robię swoje i nie obchodzą mnie inni", co jest zaprzeczeniem zespołowości. Jeżeli nawet w takim miniśrodowisku zdarzają się dyskusje świadczące o tym, że autorzy wzajemnie odnoszą się do cudzych spostrzeżeń, dotyczą one spraw drugorzędnych i są pieczołowicie utajniane. Czytelnik nie ma prawa dowiedzieć się, że w niedostępnych dlań gabinetach i kuluarach wysunięto jakieś wątpliwości, czy pytania, która to zasada do absurdu doprowadzona jest w naszych partiach. Serwowanie przeżutej papki i gotowych recept, traktowanie odbiorcy jako niezdolnego do współudziału w procesie myślowym, zniechęca odbiorców, a autorów wyjaławia intelektualnie.

Inny (wiele mający wspólnego z wyżej opisanym zjawiskiem) fakt, na który chcę zwrócić uwagę polega na zasklepianiu się we własnym kręgu wyobrażeń. Nasi intelektualiści przejawiają niezdrową niechęć do zapoznania się z poglądami różnymi od własnych, z przyczynami powstania tych różnic i z podstawami rozumowania prowadzącego do przyjęcia odmiennego stanowiska. Zdumiewają wypowiedzi rażąco jednostronne, wręcz prymitywne (np. "lewica.pl" i "Le Monde diplomatique" w sprawie konfliktu izraelsko-palestyńskiego, o czym pisałem w artykule pt. "Lewica intelektualnie uboga", czy liczne wzmianki zaprzeczające lewicowości SLD), pomijające argumentację przeczącą głoszonemu poglądowi na sprawę. Wręcz powstaje wrażenie, że autorzy albo są nierozgarnięci, albo czytelników (i ew. słuchaczy) uważają za durniów.

Równie niezrozumiały jest u (b. licznych!) osób głoszących potrzebę zjednoczenia lewicy brak zainteresowania przyczynami rozbicia. Nie znam nikogo, kto próbowałby określić, na czym polega jego osobiste i bliskiego mu otoczenia niedopasowanie do innej konkretnej grupy, dlaczego wewnątrz kręgu obejmującego więcej niż jedno "zgrane" towarzystwo nie jest możliwa jakaś organizacyjna, choćby nieformalna jedność? Charakterystyczna dla tej myśli o zjednoczeniu jest stan stosunków między redakcjami. Np. "Krytyka Polityczna" i "Lewica.pl" wyraźnie sympatyzują ze sobą, jednak ani nie widać współpracy, ani nikt nie próbuje określić, co ich łączy, a co dzieli? Z rzadka tylko (raz na dwa lata) podejmują ze sobą dyskurs ograniczający się do polemiki dwu osób, na drugorzędny temat poruszony w jakimś artykule. I taki brak zainteresowania całością lewicy charakteryzuje wszystkie nasze partie, kluby dyskusyjne i redakcje, a rzadkie i niezdarne próby przełamania tego impasu (dyskusje urządzane raz w roku przez "Forum Klubowe") są wyjątkami potwierdzającymi regułę.

Kolejną charakterystyczną cechą naszej publicystyki jest jej oderwanie od rzeczywistej polityki, od realiów wydarzeń decydujących o stanie naszego kraju. Już Marks zauważył ("nie jestem filozofem"), że lewicowość nie jest jedynie piękną ideą. Teoria lewicy ma sens tylko wówczas, gdy oddziałuje na masy i jest realizowana w czynie. Pozbawione tych dwu uwarunkowań pisarstwo, nie poddawane brutalnej weryfikacji ze strony ludzi odczuwających boleśnie rzeczywistość kształtowaną również częściowo przez ów postulowany czyn, ulega degeneracji. Muszą powstawać kolejne sprzężenia i zależności: myśl nie zostanie podjęta przez ludzi, jeśli jest wyrażona językiem niezrozumiałym i jeśli nie przekonamy czytelników, że jej treść ma realną szansę urzeczywistnienia. Masy ludzkie nie spowodują swoim naciskiem przetworzenia idei w czyn, jeśli nie będą przekonane, że autorzy pozostają z nimi w łączności myślowej, a realia polityki nie będą właściwie przyjęte przez ogół obywateli w rezultacie pozbawionych rzetelnej wiedzy na temat oczekiwanych skutków wysuniętego programu i na temat błędów popełnionych przez wykonawców. Dodam uwagę, że warunki wynikające z tego zestawienia zostały w sposób oczywisty niedopełnione przez SLD w trakcie jego rządów, co moim zdaniem było jedną z przyczyn późniejszej klęski wyborczej.

Dla lewicy, ponieważ wyobrażenie charyzmatycznego wodza tej formacji uważam za dziwactwo, a do spontanicznego działania mas dochodzi wyłącznie w warunkach wyjątkowych, których osiągnięcie - mam nadzieję - nikt z nas (wyłączenie J. Kaczyńskiego z tego "my" wynika po prostu z tego, że nie jest on lewicowcem, czego nie można mylić z popularnym na prawicy dzieleniem obywateli na swoich i na wrogów) nie stawia sobie za cel, wobec czego jedynym czynnikiem zdolnym do przetworzenia idei w czyn jest partia. W świetle tego i wcześniejszych wyjaśnień wynika, że publicystyka lewicowa ma sens tylko, gdy ma szansę wpływania na program partii realnie istniejącej w polityce, tzn. uzyskującej poparcie liczące się w znaczącym procencie wyborców, lub osób biorących udział w akcjach pozaparlamentarnych. Jedyną spełniającą (co prawda w stopniu ograniczonym) ten warunek partią lewicową jest w Polsce SLD. I to stwierdzenie pozwala rozpoznać jedną z przyczyn naszej klęski.

Teoretycznie relacja publicystów z aparatem wykonawczym partii winna przedstawiać się w ten sposób, że myśl przedstawiona w lewicowym piśmie, obudowana solidną argumentacją i opatrzona wskazaniami realizacyjnymi, zostaje poddana krytycznej obróbce, a w wypadku uzyskania poparcia podejmuje ją zarząd, czy klub parlamentarny, ew. po przegłosowaniu na sesji Rady Krajowej. I mamy pierwszą przeszkodę, która jednak nie wynika z błędów popełnionych przez naszych intelektualistów: władze SLD są absolutnie niewrażliwe na wszelkie bodźce zewnętrzne. Zupełnie lekceważone jest nawet "Forum Klubowe", które ze znanymi osobistościami partii z wzajemnością sympatyzuje. Nie są uwzględniane nawet sugestie platform programowych, a niewygodne dla zarządu wnioski stawiane na sesjach RK, kongresach i konwencjach są utrącane, "przeoczane" i "zapominane" w trakcie przygotowywania i realizowania porządku dziennego zebrania. W tym zakresie więc słabość naszego "zaplecza intelektualnego" jest niezawiniona przez lewicowców działających na "polu pracy intelektualnej".

Nie znaczy to jednak, że są oni bez winy. Pomijając bowiem to, że mogliby wskazując błędy wiele uczynić dla naprawienia stosunków wewnętrznych SLD, szansę daje rozbudowanie innej istniejącej partii, lub stworzenie nowej np. - jak to marzy się "Krytyce Politycznej" - na bazie czytelników któregoś z lewicowych pism. Jest to jednak zupełnie nierealne dlatego, że wypomniany sojuszowi brak demokracji wewnątrzpartyjnej, wyobcowanie się grupki wodzowskiej, istnieje we wszystkich nie tylko partiach, lecz również w grupach nieformalnych takich jak kolegia redakcyjne, tyle tylko, że zjawisko tym mniej rzuca się w oczy, im mniejsza jest liczebność omawianego środowiska. Po prostu nasza elita intelektualna, by uzdrowić sytuację musi sama nauczyć się trzech rzeczy: autokrytycyzmu, dyskutowania z podobnymi sobie i porozumiewania się ze "zwykłymi ludźmi" wyrażającymi swe zdanie nieporadnie i domagającymi się konkretu.

Tu zastrzegam się, że nie chodzi o wyeliminowanie z publicystyki treści o charakterze informacyjnym, rozszerzającym wiedzę historyczną, socjologiczną i tp., oraz rozważań teoretycznych, z natury rzeczy pisanych nieraz językiem hermetycznym. Należy jednak pamiętać, że tego rodzaju pisarstwo, choć może przeważać ilościowo, stanowi jedynie narzędzie służące do udoskonalania tej części publicystyki, która - jak to opisałem wyżej - skierowana jest do masowego odbiorcy, powstaje z jego czynnym udziałem i wyraża konkretne, realne wskazówki działania. Te prace, które można określić jako "z wyższej półki", których wybór obfity i w doskonałym gatunku oferuje w każdym numerze "Forum Klubowe" można porównać do etiud odgrywanych przez pianistę, który musi wiele czasu spędzić na mało efektownych ćwiczeniach, by potem dać publiczności godzinę poruszających każdego doznań. Etiudy są niezbędne, ale jako efekt liczy się tylko koncert.

Następne, co uderza w publicystyce naszej lewicy, to albo zupełny brak, lub występowanie szczątkowe, tak powszechnej formy kontaktu z czytelnikami jaką stanowią działy czasopism tytułowane "Listy do i od redakcji" lub podobnie. Nie ma tego zupełnie w Internecie, a sposób traktowania pisaniny osób, które nie zostały zaakceptowane jako zasługujące na udział w "towarzystwie wzajemnej adoracji" (taki bowiem - moim zdaniem - charakter mają wszystkie kolegia redagujące wydawnictwa, periodyki i witryny sieciowe) nasuwa podejrzenie cenzury pomijającej walory treści, a skierowanej na eliminowanie tego, co narusza atmosferę zadowolenia z wypracowanej i utrwalonej rutyny. Wydaje się bowiem, że więź obejmująca nie tylko wybranych, lecz ogół osób jakkolwiek związanych z poszczególnymi mediami w większości wypadków nie istnieje (wszystkie witryny partyjne, "Kuźnica" i in.), a w pozostałych ma postać bardzo ubogą, co np. w znanych mi z autopsji gdańskich klubach ("Krytyka Polityczna" i "Klub Współczesnej Myśli Politycznej") skutkuje pasywnością osób zajmujących miejsca na sali, wyraźnie wyzbytych samodzielności, całkowicie uzależnionych od obecności prelegenta lub grupy animującej.

Wracając do poruszonej sprawy redagowania działu poświęconego wymianie myśli między redakcją i czytelnikami twierdzę, że ma ona dla medium lewicowego znaczenie podstawowe, polegające na tworzeniu wspomnianej więzi, bez której, jak to już kilka razy wspomniałem, lewicowość staje się frazesem. Zależne do różnych okoliczności sposoby należytego prowadzenia takiego działu nie dadzą się krótko opisać; sądzę, że była by tu potrzebna spora broszura, jednak koniecznym jest przypomnienie podstawowego nie tylko warunku porozumienia, ale wymogu kultury. Zauważmy, że gdy zagadnięta, przypadkowa osoba nie zareaguje, odczuwamy to jako lekceważenie lub wrogość, po prostu chamstwo. Nawet jeżeli nie nastąpi uprzejme: "przepraszam, ale nie mam czasu/ochoty na rozmowę", lecz usłyszymy warknięcie w stylu: "odczep się!", jest to jakaś forma uznania osoby zagadującego, stwierdzenia że nie jest on "powietrzem", podczas gdy milczące minięcie odczuwamy jako wyraz wzgardy. Zarazem, ponieważ to, co napisałem, wydaje się oczywistym, zdumiewa mnie powszechne na lewicy stosowanie zasady nieodpowiadania na listy i inne formy komunikowania się w wypadku, gdy odbiorca wiadomości nie widzi jakiejś w tym korzyści dla siebie. Tak postępują zarówno redakcje mediów, jak i poszczególne osoby, a istnienie tego kompromitującego nas zjawiska, znane mi jest zarówno z doświadczenia własnego, jak również z relacji innych osób i z tego, co wiem o losach inicjatyw zespołów. Jestem przekonany, że ten z pozoru drobny mankament jest w dużej mierze odpowiedzialny za brak poczucia wspólnoty, bez którego lewica degeneruje się do tej postaci, jaką widzimy w Polsce.

Tu, wobec powszechnej (jest to dla mnie niezrozumiałe, ale to fakt!) niewiedzy o tym, że satysfakcjonujących korespondenta form odpowiedzi jest bardzo wiele, muszę dodać wyjaśnienie. Oczywiście, w korespondencji prywatnej, poruszającej kwestie osobiste, bywa to odpowiedź indywidualna list na list, co jednak w przypadku znacznej liczby listów dotyczących spraw ogólnych jest pozbawione sensu. Zgłaszający uwagi czy postulaty dotyczące państwa, partii, czasopisma itp. oczekuje, że temat poruszony przez niego będzie kontynuowany w dyskursie publicznym. Pisząc więc w ten sposób do posła, miesięcznika itp. oczekuje nie prywatnych, skierowanych tylko do niego wyjaśnień. Często więc stosowaną przez pragnące zjednać sobie popularność (dziwne, że ten powszechnie stosowany sposób pozostaje nieznany naszym lewicowcom) redakcje czasopism formą, są enuncjacje w rodzaju "kilkoro czytelników, w tym pani X (tu krótki cytat), oraz pan Y (znów fragment listu) kwestionuje słuszność twierdzenia wyrażonego w artykule ..., jednak nie mogę się zgodzić z tym ... itd.". Zauważmy, że uniknięto tu przedstawienia pełnej treści listów, często wyrażonej nieporadnie, a odstraszających swoją obszernością, a usatysfakcjonowani są nie tylko wskazani imiennie X i Y, lecz także pozostali zgłaszający tematycznie zbliżone zastrzeżenia. Nie szkodzi tworzeniu wzajemnego porozumienia także wyjaśnienie, że "ze względu na dużą liczbę uwag i pytań redakcja/poseł/... nie jest w stanie podjąć wszystkie poruszone kwestie" (obawiam się, że wielu naszym lewicowym intelektualistom przyda się dodanie uwagi o bardzo zalecanym uzupełnieniu tego zdania słowem "przepraszam"). Tu dodam, że w większości cywilizowanych krajów (np. USA), redakcje i popularne osobistości stosują automatycznie generowane na każdy odebrany e-mail wyjaśnienia o podobnej do w.w. treści usprawiedliwiającego brak natychmiastowej odpowiedzi.

Na tym kończę uzupełnienie swojej wypowiedzi próbą uzasadnienia zarzutu nieumiejętności racjonalnego pojmowania lewicowości, o co oskarżam naszą elitę intelektualną. Sądzę, że aczkolwiek tematu nie wyczerpałem, najistotniejsze przejawy tego katastrofalnego w skutkach defektu przedstawiłem w sposób skłaniający każdego do refleksji, do postawienia pytania, czy jednak może w tej pisaninie są jakieś uwagi słuszne? oraz do przemyślenia i przedyskutowania sprawy.



Stach Głąbiński. SLD i Business Centre Club.

Wobec zbliżających się wyborów, mający opinię największej organizacji przedsiębiorców polskich BCC, zwrócił się do partii politycznych z propozycją podpisania zobowiązań określających powyborczą działalność ustawodawczą posłów (i ew. administracyjną członków rządu) tego stronnictwa w zakresie gospodarki i finansów. Dokument taki nazwany "GOSPODARKA DLA CZŁOWIEKA. PAKT SLD I BCC DLA POLSKIEJ GOSPODARKI" został 2011-08-08 podpisany przez przedstawicieli obu organizacji.

Uzgadnianie przez reprezentantów lewicy z biznesem tych działań, które są korzystne dla gospodarki, a nie stwarzają obawy o pogorszenie sytuacji obywateli jest koniecznością. Polska jest krajem, w którym gospodarka rynkowa aczkolwiek została wprowadzona bez zachowania demokratycznych procedur, jednak jej zasady są stosowane zgodnie z wolą nie tylko większości, lecz - praktycznie rzecz biorąc - przez wszystkich obywateli i nie znam żadnego środowiska, które otwarcie wypowiada się za zmianą tego systemu. Ponieważ zaś w systemie rynkowym kluczową rolę gospodarczą odgrywają właściciele przedsiębiorstw i zarządzający nimi, należy stwarzać warunki, w których będą oni mogli działać efektywnie. Wyobrażenie, że warunki takie można osiągnąć bez uwzględnienia co najmniej części ich postulatów, a więc bez porozumienia z nimi, że dodatkowo można dopuścić do tego, by ich niewątpliwa wiedza nt. ekonomii i menedżerstwa nie była wykorzystywana, jest pozbawione sensu. Pretendujący do reprezentowania woli obywateli, a więc także lewicowcy, winni wobec tego uważnie zapoznawać się z postulatami przedsiębiorców i te, które nie budzą wątpliwości (np. ograniczenie administracji i uproszczenie procedur zatwierdzania inwestycji) popierać bezwarunkowo, zaś analizując propozycje biznesu ograniczające przywileje pracowników rozważyć, co przyniesie więcej szkody: ich przyjęcie, czy odrzucenie? O ile zgodnie z tym wyjaśnieniem uważam fakt porozumiewania się stronnictwa lewicowego z przedstawicielami kapitału za zrozumiały, to pozostaje szereg pytań i wątpliwości.

Nie sądzę, by cała procedura, od zgłoszenia propozycji do kończącego sprawę podpisania dokumentu, odbyła się w ciągu jednego dnia. Ba, trudno mi sobie wyobrazić, by uzgadnianie treści, nawet w wypadku pełnej akceptacji zaproponowanego tekstu, trwało mniej niż pełen tydzień. W tej sytuacji niezrozumiałe jest, dlaczego członkowie SLD nie zostali powiadomieni o toczących się rozmowach np. w komunikacie na stronie internetowej, na której przecież codziennie pojawiają się enuncjacje dotyczących spraw znacznie mniejszej wagi, lub nie przekazano im objaśnień wraz z codziennie rozsyłanym biuletynem. Statut zobowiązuje przecież zarząd do informowania organizacji o istotnych wydarzeniach i do umożliwienia członkom wyrażenia swojej opinii, a tymczasem nie zostali oni powiadomieni ani o tym, kto zainicjował rozmowy, ani kto zredagował i jak brzmiał pierwotny tekst dokumentu, ani kto brał udział w ustalaniu ostatecznego tekstu itd.. Zarazem sam tekst porozumienia ogłosił jedynie BCC na swojej stronie internetowej, zaś w informacji poddanych przez władze SLD mamy wyłącznie zestaw przymiotników chwalących pakt. Uderza fakt, że dokument, dla którego jedynym warunkiem ograniczającym czas, jest, by był gotowy przed październikiem, został zatwierdzony w pierwszych dniach sierpnia, bez udziału Rady Krajowej. Nawet, jeżeli pakt ten można traktować nie jako zobowiązania lecz jedynie jako wyraz intencji, stanowi on jednak istotną część programu wyborczego i powinien podlegać tej samej co program procedurze. Organy wykonawcze partii, czyli Zarząd Krajowy i sam Przewodniczący, uprawnień statutowych do podejmowania tego rodzaju decyzji nie mają.

Zarazem wątpliwości budzą niektóre sformułowania paktu. Weźmy np postulat nr 3: "Wprowadzić, w ramach porozumienia społecznego, elastyczne formy zatrudnienia oraz stworzyć ofertę kształcenia ustawicznego dla starszych Polaków oraz mieszkańców wsi", w którym określenie "elastyczne formy zatrudnienia" obejmuje również nieograniczoną możliwość rozwiązywania umowy o pracę, czyli całkowitą dowolność wyrzucenia z pracy. Zgadzam się z tym, że rygoryzm aktualnie obowiązujących przepisów chroniących przed utratą miejsca pracy jest w warunkach obecnego kryzysu szkodliwy dla gospodarki i dla bezrobotnych, gdyż firmy boją się przyjmować pracowników, którym będą zobowiązane płacić pensję również w sytuacji braku zbytu wyrobów. Właściciel zakładu woli odrzucić korzystną dla siebie ofertę zwiększenia produkcji, gdy po upływie kilku miesięcy będzie zmuszonym zadłużać się na wypłatę bezczynnym ludziom, których prawo zabrania zwolnić, jednak jakieś minimum ochrony jest konieczne, a lewicowe stronnictwo podpisując pakt z pracodawcami winno określić granicę ustępstw w tej kwestii.
Uwaga: być może? objaśnienie efz i pozostałe terminy użyte w pakcie są identyczne z lepiej skonkretyzowanymi postulatami klubu "Lewiatan"?

Z kolei w p. 2-gim, gdy mowa jest o obniżeniu składek ubezpieczeniowych dla szczególnie zagrożonych bezrobociem, nie wyjaśniono, jak można będzie uzupełnić powstały stąd brak pieniędzy w funduszu, który już bez tego wymaga ratunkowego dofinansowywania. W napiętym do granic możliwości budżecie postulowanie zmian powodujących pogorszenie sytuacji bez wskazania źródła pozwalającego zapełnić powstałą lukę jest pozbawione sensu.

Inny zapis wymagający wyjaśnień widzę w postulacie 16-tym. Likwidacja przerostów administracji nazwana tam innymi słowami jest postulowana od dawna i przez wszystkich, więc nie ma potrzeby dopominać się o nią w sposób ogólnikowy. Należałoby tak, jak to wyrażono wymieniając konkretnie przywileje w kolejnym następnym postulacie (17), wskazać, które to urzędy są niepotrzebne i jak przeprowadzić weryfikację, by, odmiennie od dotychczas przedsiębranych, dała odczuwalną poprawę.

Nie wymieniłem wszystkich pytań i wątpliwości. Być może, jest w nich przesada, lub brak zrozumienia charakteru omawianego dokumentu. Jednak skoro przedstawia on stanowisko partii, wszystkich jej członków, należy go poddać osądowi przynajmniej ich przedstawicieli zgromadzonych w Radzie Krajowej, dyskusja zaś powinna być jawna, tak by prawidłowe zrozumienie paktu stało się dostępne całemu społeczeństwu, któremu ten dokument ma służyć. Kompromitacja programu wyborczego z kampanii roku 2001-go, który fałszywie został zrozumiany przez wyborców jako zbiór przesadnie optymistycznych obietnic, dowodzi, że należyte objaśnienie sensu i istoty wytycznych działania w parlamencie i w rządzie jest bardzo ważne.



Stach Głąbiński. Refleksje po spotkaniu z prezydentem Gdańska.

2011-04-13 prezydent Gdańska Paweł Adamowicz spotkał się z mieszkańcami Wrzeszcza. Była to dwudziesta siódma z tego rodzaju konferencji organizowanych w kolejnych dzielnicach naszego miasta w ramach zamierzonego tworzenia bezpośrednich powiązań władz ze społeczeństwem. Sądzę, że należy poświęcić dużo uwagi tego rodzaju inicjatywom, gdyż w Polsce rozdźwięk między zarządzającymi i resztą członków społeczności stanowi poważny problem wyrażający się m. in. nikłym zaangażowaniem w wyborach i w organizacjach mających za zadanie tworzenia grup nacisku na administrację państwową i samorządową (stronnictwa polityczne, media itp.). Jest bowiem faktem, że o ile pojedynczy człowiek nie ma realnych szans na skorygowanie postępowania władz, to zgrupowani mogą wywierać odczuwalny wpływ, wymuszać realizację swoich postulatów, co stanowi sens istnienia partii politycznych, których widoczna w naszym kraju słabość podważa sens demokratycznych rządów. Należy więc popierać wszelkie działania mogące ograniczyć utrwalone przekonania i przyzwyczajenia powodujące wspomniany rozdźwięk, obserwować skuteczność i celowość tych działań, a wreszcie wyciągać z tych spostrzeżeń wnioski.

Na wstępie prezydent z udziałem towarzyszących mu osób objaśnił zamierzenia inwestycyjne głównie dotyczące rozbudowy miejskiej sieci komunikacyjnej, wspomniał o zmianach przedsiębranych we Wrzeszczu oraz omówił działalność organizacji społecznych i zaangażowanych osób na terenie tej dzielnicy. Nasuwają się do tych wypowiedzi zastrzeżenia. Jeżeli bowiem spotkanie ma na celu przyczynić się do ściślejszego powiązania społeczeństwa z władzą, nie można ograniczyć się do ogólnikowego – jak to uczynił prezydent – wspomnienia trudnej do zrealizowania potrzeby zdobycia pieniędzy. Wspomniana (absencja wyborcza!) nieufność Polaków do zarządzających bierze się m. in. stąd, że ci ostatni wzbraniają się szczerego mówienia o trudnościach, dzielenia się kłopotami, które dotyczą przecież nie tylko władzy, ale są – podobnie jak szeroko omawiane sukcesy – własnością nas wszystkich. Należy szczerze i otwarcie przedstawiać, jakich dramatycznych wyborów należy dokonywać, z których drugorzędnych zamierzeń musimy rezygnować, by rozwiązać kwestie ważniejsze. Jak to wyrazić nie wpadając zarazem w drugą skrajność, w nękającą nasz kraj, a przez część mediów i przez opozycję jednostronnie serwowaną, malkontencję, to inna sprawa, mimo wszelkich nastrajających pesymizmem pozorów możliwa do prostego rozwiązania.

Inny powód do mego niezadowolenia bierze się stąd, że dostępne obecnym na sali wiadomości i możliwość zgłoszenia uwag zbyt mało istnieją na co dzień. A przecież możliwości, jakie pod tym względem stwarza np. Internet, są ogromne! Miasto posiada bardzo starannie prowadzoną cyfrową witrynę, która jednak (co jest typowe w naszym kraju) ma przesadnie urzędowy charakter. Brak tam klimatu rozmowy, pozostaje jedynie monolog władzy, która objaśnia, to co uważa za potrzebne obywatelom, którym pozostaje wysłuchanie i kontentowanie się tym, co uznano, że powinni wiedzieć. Są adresy internetowe, nie ma natomiast (poza stroną "Zadaj Pytanie Prezydentowi Miasta") niczego, co mogło by wskazywać na to, że wpływają tam jakieś e-maile, oraz że odbieranymi listami ktokolwiek się zainteresuje. Nie ma informacji, że wielu naszych radnych prowadzi własne strony internetowe, z których moglibyśmy się dowiedzieć choćby o tym, jak nasi przedstawiciele wypełniają powierzony im mandat, że istnieje strona poświęcona naszej dzielnicy. Nie podano nawet tego, że prezydent prowadzi z gdańszczanami własny dialog na Facebooku (nb. uważam, że Fb jest kiepskim narzędziem, że dużo lepsze było by prowadzenie własnej strony lub przynajmniej blogu przy witrynie miasta). Nie ma też wzmianki o inicjatywach, których twórcom prezydent wśród oklasków aplauzu pięknie dziękował. A do nadrobienia tych wszystkich braków bynajmniej nie potrzeba wiele trudu i tekstów tym bardziej, że znaczną część chętnie zrobią i napiszą sami zainteresowani oraz miejscowa prasa. Wystarczy wtedy, w sposób zachęcający czytelnika miejskiej strony internetowej, podać wskazówkę, gdzie takich informacji szukać, lub umieścić w tekście odpowiedni link.

Natomiast z satysfakcją zauważyłem widoczną w wystąpieniu prezydenta gotowość do odpowiedzialnego przedyskutowania krytyki jego poczynań, bez czego dialog zostaje sprowadzony do fikcji. A brak tego elementu bardzo daje się odczuć szczególnie w działaniu stronnictw politycznych. Dotyczy to wszystkich partii i podobnych ugrupowań, które na swoich stronach internetowych i w publicystyce nie dopuszczają do pojawienia się innych tekstów niż takie, z których wynika nieskazitelny obraz „wodza” i jego przybocznych. Nic dziwnego, że obywatele, nawet jeżeli aprobują program, nie są przekonani do sensu angażowania się widząc, że nie daje ono możności rzeczywistego uczestnictwa, że nie daje ono możności uzyskania ani informacji o trudnościach i problemach, ani nie daje szansy na odpowiedzialne przestawienie swej opinii w sprawach przywództwa czy przedsiębranych działań organu wykonawczego partii. Tak więc pozwolę sobie wtrącić apel do wszelkich organizacji, by obserwowały spotkania podobne do opisywanego i starały się wyciągać wnioski co do własnego postępowania, do zastanowienia się nad przyczynami nikłego w społeczeństwie uznania sensu ich działalności. Zresztą także prezydent Adamowicz może swój sposób rozmawiania z mieszkańcami Gdańska udoskonalić zarówno pod wskazanym względem rozwijania krytycznego dyskursu jak i w innych aspektach. Na pewno bowiem, aczkolwiek w trakcie omawianego spotkania zauważyłem wiele momentów pozytywnych, to przemyślenie działalności naszego samorządu pozwoli niejednemu z nas dopatrzyć się procedur możliwych do ulepszenia i zaproponować ich wdrożenie. Na istnienie takich rezerw wskazuje choćby umiarkowane uczestnictwo wrzeszczan w spotkaniu. Na sali było, co prawda, sporo uczestników, ale wiele miejsc pozostało wolnych, a obecni to jednak znikomy odsetek wszystkich zainteresowanych.



Stach Głąbiński. Socjalizm XXI wieku. Refleksje po lekturze artykułu Ernesta Mandela.

W pracy zatytułowanej Socjalizm w przededniu XXI wieku (Adaptacja: Wojciech Figiel) przedstawiono tekst Ernesta Mandela p. t. "Socjalizm w przededniu XXI wieku". Treść tej pracy zwróciła moją uwagę, gdyż zawarte są w niej najczęściej spotykane w lewicowej publicystyce błędy. Otóż już na wstępie zdaniu czytamy:

"Zgodnie z tradycyjnym określeniem Marksa i Engelsa socjalizm oznacza społeczeństwo zjednoczonych wytwórców - pierwszą, niższą fazę społeczeństwa komunistycznego - charakteryzującą się własnością środków produkcji, bezpośrednio społecznym charakterem pracy oraz planową produkcją mającą na celu zaspokojenie potrzeb (wytwarzanie zwykłych wartości użytkowych nie zaś towarów). Chodzi więc o społeczeństwo bez klas i państwa, to znaczy bez swoistych aparatów czy organów wyodrębnionych z ogółu obywateli w celu zarządzania, kierowania i podejmowania decyzji."

Autor prawidłowo przedstawił tu pogląd klasyków marksizmu i nie miałbym do tego stwierdzenia zastrzeżeń, gdyby pozostawało ono opisem faktu z minionej przeszłości, gdyby nie traktować go jako wskazania dla programu działania partii lewicowej. Tymczasem z dalszych wywodów (np. przytoczę fragment końcowego zdania, który brzmi:
"W ten oto sposób socjalizm ma pełne szanse urzeczywistnienia się")
wynika, że Mandel bynajmniej nie miał zamiaru napisać rozprawkę historyczną, lecz ma na myśli teraźniejszość. Podobnie dalej:
"jesteśmy przekonani, że bez tego, to znaczy bez ustanowienia Ogólnoświatowej Federacji Socjalistycznej, obecny stan rzeczy długo się nie utrzyma",
oraz:
"istniejące obecnie środki dają możliwość rozsądnego rozwiązywania problemów w krótkim czasie".
Tak więc autor gwałcąc zasady dialektyki materialistycznej zastępuje autorytetem analizę aktualnych warunków bazowych.

Podobnie nie marksistowskiej analizie aktualnych warunków społecznych, lecz jedynie godnemu podziwu entuzjazmowi można przypisać przekonanie, iż:
"Żadna czysto mechaniczna siła, żadne «koło zębate przeznaczenia» nie może przeszkodzić w tym, aby siedemset pięćdziesiąt milionów zjednoczonych w skali świata wytwórców podjęło z dnia na dzień decyzje zaprzestania raz na zawsze produkcji broni jądrowej, chemicznej, biologicznej i in. Nie mogą przeszkodzić, by w jednym dniu zniszczyć wszystkie istniejące zapasy tych rodzajów broni i wprowadzić mechanizmy kontroli i ograniczeń w celu zagwarantowania przestrzegania tych decyzji. W tym celu wystarczy, aby sami wytwórcy stali się gospodarzami zakładów i wspólnie nimi zarządzali."
i dalej:
"Nie ma takiej «obiektywnej prawidłowości», takiej «żelaznej konieczności», która mogłaby przeszkodzić owym siedmiuset pięćdziesięciu milionom najemnych robotników - przeobrażonym w zjednoczonych wytwórców - w rozdzieleniu uzyskanego w ten sposób czasu pracy na wszystkich w celu produkowania dóbr materialnych i usług dla zaspokojenia rozumnych potrzeb."

Na domiar złego autor wprowadza chaos niespodziewanie przechodząc od omawiania ogólnych założeń ustrojowych do rozwiązywania konkretnych zagadnień społecznych (w tym wypadku chodzi o problem bezrobocia):
"Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w takich warunkach wprowadzić dwudziestopięcio-, dwudziestogodzinny tydzień pracy dla wszystkich w miejsce podzielonej na dwie części ludzkości: tych, co pracują jako wyrobnicy po czterdzieści osiem - pięćdziesiąt sześć godzin tygodniowo i tych, którzy nie dają żadnej społecznie użytecznej pracy lub robią to tylko częściowo, otrzymując za to nie więcej niż żebraczą jałmużnę."
Nie ma tu śladu ani własnej analizy warunków współczesnych nam, ani powołania się na tego rodzaju pracę wykonaną przez kogoś innego. Po prostu autor, ponieważ 150 lat temu Marks stwierdził możliwość zmiany ustroju w konkretnej, opisanej przezeń formie, uważa, że pod tym względem nic się nie zmieniło. Jest to w oczywistej sprzeczności z podstawami materializmu historycznego i dialektyki marksistowskiej.

Podobnie przejawem pozbawionego rzeczowych podstaw entuzjazmu i skłonności do marzeń idealizujących świat realny są zdania:
"Mężczyźni i kobiety powinni pokazać, że są zdolni do podejmowana decyzji. Żaden «automatyzm» niezależny od ich woli nie może przeszkodzić im w wybraniu drogi rozsądku i ludzkiej solidarności. Interes ogromnej większości wymaga opowiedzenia się za socjalizmem i zrobi ona to tym chętniej po to, by nie stoczyć się w przepaść nadciągających katastrof." ... "Społeczeństwo oparte na samorządzie zjednoczonych wytwórców, będących panami swych losów, jest możliwe przede wszystkim dlatego, iż osiągnięty został taki poziom rozwoju sił wytwórczych, który stwarza materialne przesłanki zaniku niedostatku i obumarcia w skali globalnej gospodarki rynkowej."

Wątpliwości budzi stwierdzenie, że "osiągnięty został taki poziom rozwoju sił wytwórczych...", zwłaszcza, jeżeli nie objaśnimy, jak rozumieć słowo «niedostatek». Przypuszczalnie (w przeciwnym razie zdanie jest błędne) chodzi tu o względne rozumienie, inne w krajach nierozwiniętych, inne w rejonach wysoko postawionego przemysłu, lub o stan docelowy, osiągalny w odległej przyszłości, a więc o sens nieprzydatny przy konstruowaniu programu działania praktycznego. Podobnie nie jest zrozumiałe, o czym mowa we wzmiance o obumarciu «globalnej gospodarki rynkowej», gdy dalej czytamy, że "wymaga to również ponownego podziału nakładów kapitałowych". Czy ma bowiem sens kapitał bez rynku? Zarazem uderza bezkrytyczne przyjęcie, że techniczna możliwość ma być warunkiem wystarczającym, że - na co bardziej szczegółowo zwrócę uwagę dalej - trudności natury psychicznej można w tej perspektywie pominąć jako nieistotne. Nie wiadomo bowiem, skąd ma wynikać zarówno, że ludzkość w "ogromnej większości opowie się za socjalizmem" jak i to, że nieukształtowana świadomość ogółu nie doprowadzi do zniekształcenia tego ustroju po jego urzeczywistnieniu, jak to miało miejsce w ZSRR, a wcześniej również w XVIII-wiecznej Francji, oraz wielu innych rewolucjach.

Ten skrócony, pomijający podobne błędy istniejące w dalszej części tekstu, wykaz sprzeczności i niejasności upoważnia mnie do stwierdzenia, że autor (podobnie jak wielu innych nam współczesnych) nie pojmuje istoty marksizmu, że posługując się zaczerpniętymi z jego tradycji zwrotami bynajmniej nie dokonuje analizy opartej na materialistycznym i dialektycznym pojmowaniu rzeczywistości społecznej, co jest prawdziwą treścią tej nauki.

Oczywiście, łatwo jest powiedzieć, że popełniono błąd określając jedynie z grubsza jego istotę. Należy wskazać, jak postąpić, by możliwe było osiągnięcie wyniku poprawnego. Na wstępie przypomnę, że Marks w swojej analizie przyjął założenia upraszczające - pominął fakt, że oprócz odgrywających główną rolę w świecie krajów o rozwiniętej gospodarce kapitalistycznej istnieją ogromne obszary zacofanego rolnictwa i rękodzieła. W jego czasach, być może, taka symplifikacja była dopuszczalna, jednak późniejsze doświadczenie rewolucji rosyjskiej zdaje się dowodzić, że już 50 lat po Manifeście Komunistycznym ani jednoczesne wystąpienie robotników w różnych krajach, ani działanie bez sojuszu robotniczo-chłopskiego nie były możliwe. Sądzę poza tym, że Marks zbyt nisko szacował wpływ należącego (jak sądzę) do nadbudowy ukształtowania mentalnego (odwołam się tu do bardzo w tym przydatnych memów Dawkinsa). Doświadczenie ZSRR, PRL, izraelskich kibuców i in. zdaje się dowodzić, że porządek socjalistyczny stawia przed ludźmi wysokie wymagania etyczne i intelektualne, których wyrobienie wymaga stopniowego, wielopokoleniowego formowania się memów, że bez spełnienia tego warunku formalnie poprawny ustrój działa wadliwie: zamiast prządku demokratycznego następuje zwyrodnienie w postaci dyktatury opartej na działającej wg schematów biurokracji.

Uwzględniając niepodważalny fakt, że obecny stan społeczności globalnej jest nierównie bardziej skomplikowany niż to, co mieliśmy na obu wspomnianych etapach (czasy Marksa i pierwsza połowa XX w.) należy zgodzić się z tym, że jest fantazją założenie a priori realności osiągnięcia już teraz wspomnianych przez Ernesta Mandela: pracowniczej "własności środków produkcji, bezpośrednio społecznego charakteru pracy", "społeczeństwa bez klas i państwa", "zaniku niedostatku i obumarcia w skali globalnej gospodarki rynkowej" i stanu w którym "sami wytwórcy stali się gospodarzami zakładów i wspólnie nimi zarządzali". Należy opisać prawidłowo warunki istniejące, wskazać możliwe metody postępowania i dopiero na tej podstawie określić, jakie cele można postawić dla programu partii socjalistycznej. Oczywiście w wyniku takiej operacji logistycznej może się okazać, że program Mandela jest realny, ale - jeszcze raz podkreślam - niefrasobliwe i nieodpowiedzialne stwierdzenie tego jest niedopuszczalne.

Nie jest moim celem przeprowadzenie takiej analizy, jednak chcę zwrócić uwagę na jeden element określający stan obecny, na wspomnianą świadomość, na ogólny, globalny stan naszych memów - przyzwyczajeń, przesądów, sposobu postrzegania społeczeństwa. Naiwnością jest założenie, że dopasowanie memów zrobi się samo, gdy tylko zapanuje ustrój socjalistyczny, że "te nowe przeszkody mogą być przezwyciężone tylko przez samo życie, dzięki nowym historycznym doświadczeniom (choć wkład teoretyczny pozostanie decydujący w ich przygotowaniu)." Również Mandel przyznaje, że "kwestia ukształtowania się subiektywnych warunków wzrostu siły socjalizmu, zarówno do jak i po obaleniu kapitalizmu, jest bodaj najtrudniejszym zagadnieniem", a "kryzys praktyki zorganizowanego ruchu robotniczego (zarówno jego socjaldemokratycznej, jak i stalinowskiej części) jest jednym z rzucających się w oczy faktów historii", jednak rozwiązanie tych trudności wg niego dokona się samorzutnie: "Na szczęście nowe "modele" rodzą się nieuchronnie na gruncie "ruchu realnego", jak miało to miejsce w maju 1968 roku czy w przypadku "Solidarności". Zaś owe "nowe modele" wskazują zawsze na jedną i tę samą historyczną tendencję do samoorganizacji i samorządności." (nb. podane dwa przykłady "samoorganizacji i samorządności" potraktowane racjonalnie, tezie Mandela przeczą!). Doświadczenie historii dowodzi, że podstawowe cechy psychiki ogółu muszą zostać ukształtowane w warunkach panowania odchodzącego ustroju. A proces ten, zwłaszcza gdy nie jest wspomagany świadomym działaniem (np. edukacyjnym), wymaga czasu.

I np. znane próby zbudowania ustroju demokratycznego, w społeczeństwach o utrwalonych memach pojmowania władzy jako atrybutu jednostki, kończą się (Spartakus, Pugaczow, a w innym sensie upadek republiki rzymskiej) zastąpieniem jednego despoty innym, podobnym. Ciekawe było by prześledzić kształtowanie się memów demokratyzmu w czasach powstawania potęgi włoskiego mieszczaństwa, encyklopedystów francuskich, parlamentaryzmu anglosaskiego i późniejszych. Proces ten, chyba zapoczątkowany w Helladzie, doprowadził do tego, że na koniec, w obrębie cywilizacji zachodnioeuropejskiej władza parlamentu jest traktowana jako stan normalny, chociaż pozostałości memów z dawniejszej epoki są widoczne np. w postaci polskiej tęsknoty za autorytetem.

Nie całkiem bowiem nasza świadomość jest dostosowana do demokracji. O ile wydarzenia w krajach zachodniej i północnej Europy wskazują na to, że parlamentaryzm jest tam formą władzy dość dobrze dostosowaną do mentalności ogółu mieszkańców tych krajów, to w wypadku np. Rosji powstaje przypuszczenie, że tamtejszy stan memów odpowiada temu, co w Anglii czy Holandii było w wieku XVI, a w Polsce ... No właśnie! - wygląda na to, że psychika naszych rodaków została ukształtowana pod wpływem zakorzenionych chyba w podświadomości (memy!) tradycji wolności szlacheckiej, która nie była demokracją, lecz odmianą anarchii polegającej na spontanicznym kreowaniu lokalnych, często chwilowych, efemerycznych autokratów panujących nad wyobraźnią bezmyślnie im podporządkowujących się zwolenników (Jeremi Wiśniowiecki, Radziwiłł "Panie Kochanku", przywódcy kolejnych powstań, Piłsudski, Wojtyła, Wałęsa itd., pomijając masę lokalnych, kilkudniowych idolów tłumu).

Tego rodzaju zjawiska zdarzają się wszędzie na świecie, jednak w Polsce i innych wykazujących skłonność do autorytaryzmu krajach są tak powszechne, że kształtują rzeczywistość społeczną i polityczną. Przykładem tego są znane mi dokładnie stosunki w SLD, którego jestem członkiem. Wbrew bowiem statutowi partia ta jest dodatkiem do aktualnego przewodniczącego, będącego nb. kreaturą koterii sprawującej rzeczywistą władzę przy zachowaniu formalizmu wyborów, istnienia gremiów przedstawicielskich itp., które skutecznie zostały sprowadzone do roli czysto fasadowej. Otóż znamiennym jest, że gdy w gronie innych członków tej partii krytykuję opisaną sytuację, nigdy nie spotykam się z zarzutem mówienia nieprawdy (często wprost przyznawana mi jest całkowita słuszność przedstawionych przykładów antydemokratycznych praktyk), gdy jednak apeluję o podjęcie kroków mających ukrócić samowolę zarządów, następuje całkowita rejterada. Dzieje się to na ogół w imię fałszywie pojętego solidaryzmu, wynikającego ze stanu memów, z utrwalonych, panujących nad wyobraźnią schematów myślowych. Odnoszę bowiem w toku dyskusji wrażenie, że moi rozmówcy nie są zdolni do wyobrażenia sobie, iż jest możliwe jednoczesne, co stanowi istotny element porządku demokratycznego, sprawowanie efektywne bardzo przecież ważnej funkcji kierowania organizacją i zarazem podporządkowywania się woli większości jej członków.



Stach Głąbiński. Nasze pisanie. Refleksje po walnym zebraniu 10 V.

W trakcie dyskusji nad sprawozdaniem z rocznej działalności KWMP pojawił się, luźno związany z tematem zebrania, a więc wymagający osobnego potraktowania, wątek wypowiedzi dwu słupszczan, którzy nawiązując do poruszonej kwestii znaczenia pisemnego formułowania opinii wspomnieli o redagowanym w Słupsku dwutygodniku "Moje miasto". Istnienie tego darmowego, redagowanego własnym kosztem autorów, ukazującego się w dwu wersjach (drukowane zeszyty i witryna internetowa "mojemiasto.slupsk.pl") czasopisma, skłania do zastanowienia się nad tym, jakie czynniki decydują o naszej intelektualnej aktywności i jakiego jej ukierunkowania winien oczekiwać członek ugrupowania powołującego się na "współczesną myśl polityczną".

Bezdyskusyjne wydaje się przekonanie, że istnienie widniejącej w nazwie klubu "myśli" jest iluzją, jeżeli myśl ta (polityczna lub inna) nie znajduje wyrazu pisemnego. Słowne wypowiedzi naszych dyskutantów żywot mają efemeryczny, kończący się z chwilą, gdy zamilknie głos przemawiającej osoby. Wypowiedziane do ograniczonego grona zebranych na sali myśli, a raczej ich zapamiętane fragmenty, chwilę jeszcze egzystują w umysłach słuchaczy, szybko jednak ulegają zapomnieniu i zniekształceniu. Sądzę, że świadomość tej nietrwałości i ograniczoności odbioru stanowi siłę zmuszającą do pozbawionej materialnych korzyści działalności edytorskiej. Co więcej, członek naszego klubu a zarazem właściciel i redaktor naczelny słupskiego "MM" Andrzej Obecny, zaproponował wszechstronną pomoc każdemu, kto zdecyduje się na podobną działalność, dając tym praktyczny wyraz silnemu przekonaniu o potrzebie takiej inicjatywy edytorskiej, która - jak zapewnił - nie wymaga budżetu przekraczającego możliwości większości z nas i nie jest nadmiernie czasochłonna. Tu jednak moja uwaga: wspomniana łatwizna dotyczy redagowania witryny internetowej, czemu - jak sam wypraktykowałem - z łatwością sprosta jednostka, natomiast znacznie poszerzające krąg odbiorców wydawanie czasopisma drukowanego wymaga zespołu, którego istnienie jest widoczne dla przeglądającego omawiany słupski periodyk.

Do innego rodzaju refleksji skłania pytanie o to, czy treść pisma odpowiada określeniu "współczesna myśl polityczna", jeśli dodam, że temu określeniu sprostają jedynie doktryny lewicowe, podczas gdy ideologie prawicowe opierają się nie na podstawach racjonalnych (czyli na myśli), lecz na rozbudzaniu emocji lub na krótkowzrocznym rachunku zysków i strat. Przejrzałem kilka wydań "Mojego miasta". Być może, powinienem zgorszyć się horoskopami i niektórymi artykułami, odległymi od lewicowości i polityki. Jednak na pytanie, czy lektura całości skłania do konstruktywnego zastanowienia się nad naszą rzeczywistością społeczną, odpowiem zdecydowanie - tak. Szczególnie dla większości naszych współobywateli jest ona bardziej pod tym względem skuteczna niż uporczywe powtarzanie najpiękniejszych haseł. Zarazem, co do składnika "polityczna" (bo co do współczesności wątpliwości w tym wypadku być nie może), to o ile formalnie rozumianej "polityki" jest w tym czasopiśmie niewiele, to trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek zainteresowany tak ukierunkowaną tematyką nie odczuł satysfakcji z lektury.

Narzuca się natychmiast pytanie: czy w Trójmieście istnieje coś podobnego do słupskich czasopism (oprócz wspomnianego "MM" redagowane tam są inne periodyki).

W "MM", podobnie jak w wielu publikatorach lewicowych (z nin. stroną internetową włącznie) uderza brak wiadomości o reakcji czytelników na przedstawione treści. Ponieważ sam, gdy zainteresuje mnie przeczytany artykuł, odczuwam potrzebę wypowiedzenia się wobec autora i czytelników, nie rozumiem tego milczenia i niepokoi mnie ono. Obawiam się bowiem, że brak pytań, sprzeciwu i (najniżej - moim zdaniem - wartościowej, zwłaszcza, gdy przyjmuje postać zbliżonego do histerii uwielbienia) aprobaty dowodzi, że albo pisanie nie poruszyło umysłów odbiorcy = jest bezwartościowe, lub w umysłach czytelników tkwi jakiś defekt blokujący zakończenie refleksji wykrystalizowanym - czyli dającym się wyrazić tekstem - poglądem. Oczywiście odbiorca nie jest w stanie spuentować listem każdą lekturę, lecz jeśli mamy zero reakcji przez okrągły rok, sytuacja jest nienormalna. Zastanawiam się, czy mamy tu do czynienia ze zjawiskiem dotyczącym tylko naszych rodaków? Zarazem przecież mamy przykład blogu Passenta (passent.blog.polityka.pl), gdzie komentarze po każdym felietonie pokazują się setkami, przy tym - niestety - większość postów zdradza, że ich autorzy nie są ludźmi myślącymi, lecz raczej maniakami.

Komentarz:

Andrzej Obecny napisał m. in.: 1.Czym jest myśl polityczna - lewicowa. Oto jest pytanie. Myślę, że gazeta wypełnia tę formułę w 50%. 2.Jeśli Pana artykuły nie mają odzewu, to znaczy, że nikogo one nie obchodzą lub brak jest informacji (np. licznych linków do pana adresu, tematyki spotkań, nieciekawych lub oklepanych osób zapraszanych na spotkania, marazmu panującego wśród członków Klubu). 3.Czasem marketing jest ważniejszy od sedna. Pozdrawiam oczekując ew. propozycji współpracy.
Uwaga: wskazane w liście błędy zostały poprawione.