Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


OPINIE cz. III


Stach Głąbiński. KOMENTARZ DO WYWIADU PRZEWODNICZĄCEGO SLD W. CZARZASTEGO [2016-03-14].

Dziennik "Trybuna" ogłosił wypowiedź aktualnego lidera SLD. Treść tego artykułu sugeruje, że Autor usiłuje wmówić sobie i innym, iż wyraził jakieś nowe myśli. Sądzę również, że dotyczy to także kierownictwa partii, oraz redakcja gazety.

Tekstów w założeniu otwierających nową epokę mieliśmy już wiele. Były to m. in. "7 kotwic", "Konstytucja SLD" i wiele innych, wydrukowanych, wygłaszanych i wstukiwanych do internetu przez aparat zarządzający partią, a zaliczam do tej kategorii także liczne enuncjacje innego autorstwa takie, jak np. "List otwarty do partii" Sławomira Sierakowskiego. Na niektóre z nich próbowałem reagować pisząc komentarze, które są do wglądu na mojej witrynie. Zostały one zresztą konsekwentnie zignorowane przez wszystkie, z wyjątkiem zlikwidowanego przed laty "DZIŚ", lewicowe redakcje i ugrupowania. Ponieważ zaś nigdy nie mogłem - mimo usiłowań - natrafić na rzeczowe omówienie kolejnej odkrywczej enuncjacji, jestem przekonany, że lewicowe media tak samo traktują każdego komentatora.

W tej sytuacji powstaje pytanie, jaki jest sens zabierania głosu, który najpewniej znowu zostanie odrzucony jako zakłócający miłą atmosferę nadziei na zapobieżenia całkowitemu zaniknięciu wszelkich możliwości utrzymania się z lewicowości, a nawet - nadziei na powrót dobrej koniunktury? Odpowiedź prosta: chcę móc bez żenady odpowiedzieć sobie i innym, że pozostałem wierny swoim przekonaniom, że przeciwstawiałem się zakłamaniu i głupocie. A wyjaśniam, że ze względu na perfidne milczenie "lewicowych" mediów, ten swój komentarz, wysyłam - podobnie jak i wszystkie poprzednie - do możliwie dużej ilości osób prywatnych, nieco zwiększając w ten sposób prawdopodobieństwo przerwania chocholego tańca lewicy.

I kolejna uwaga: wszystkie komentarze do tych licznych "rewolucyjnych" oświadczeń, apeli itp. sprowadzają się do jednego: "znowu pominięto fakt, że istotę słabości lewicy stanowią warunkujące się wzajemnie - zanik demokratyzmu i marazm intelektualny". Całe bowiem zło trapiące naszą formację ideową powstaje z zawłaszczenia przez kliki i kreowanych przez nie "wodzów" informacją i zarządzaniem, z niszczenia dyskursu, z tolerowania autorytaryzmu i z lekceważenia zasad, co szczególnie dotyczy łamania statutów i deklaracji ideowych traktowanych jako zadrukowane świstki papieru potrzebne tylko w okolicznościach uznanych przez aktualnie uzyskującą przewagę koterię. Uporczywe przemilczanie tej prawdy odbiera również sens temu, co pracowicie spisał pan Czarzasty.

Np. czytamy w jego elaboracie: "Jeśli ktoś uważa, że w ramach tych partii, w których jest, nie może realizować swych pomysłów, ..." Wolne żarty. Czy na lewicy istniej jakiekolwiek ugrupowanie (poza RAZEM i ew. Hartownią) stwarzające szansę "realizowania pomysłów" swoich, niezależnie od wąskich ram narzuconych przez władającą tam klikę, ocenianych merytorycznie i zgodnie z głoszonymi przez organizację zasadami, a nie pod kątem wygody i potrzeb aktualnie uznawanych w tym kręgu "świętych krów"? Który to zespół stwarza takie szanse? Może SLD, PPS, Krytyka Polityczna, Przegląd Socjalistyczny, Socjalizm Teraz? A może ktoś inny? Bardzo byłbym wdzięczny za informację potwierdzoną przykładami takiej tolerancji, gdyż ze strony wymienionych doświadczyłem w sposób niezbity, że tam lewicowość i wynikający z niej demokratyzm są pojmowane jako frazesy.

Pan Czarzasty pięknie pisze o potrzebie jednoczenia lewicy. Dlaczego jednak nie jest ona jednością? Z założenia istota organizacji, jej cele, zadania i sposoby postępowania powinny być zapisane w statucie partii. czy w deklaracji ideowej redakcji albo stowarzyszenia. Gdy czytam te dokumenty, widzę, że doskonale pasowałbym zarówno do SLD, PPS, czy do grona aktywnych czytelników Krytyki Politycznej, Przeglądu Socjalistycznego itd.. Istotnych różnic tam nie ma. Brak jedności wynika bowiem stąd, że w każdym z tych ugrupowań inna klika zawłaszczyła dysponowanie informacją, tworzeniem opinii oraz zarządzaniem i za żadne skarby nie zgodzi się na wstąpienie do wspólnoty, w której istnieje równoprawność członków, a o dopuszczeniu do sprawowania odpowiedzialnej funkcji decyduje opinia wszystkich zainteresowanych, a nie układ w gronie powiązanym wspólnotą osobistych korzyści. Po prostu: gdyby lewicowe partie i stowarzyszenia postępowały zgodnie z zasadami, gdyby przestrzegały stosowania zapisów w statutach czy innych definiujących je dokumentach, jedność nastąpiłaby niemal samoczynnie. Bez tego zaś nawoływanie do jedności (nb. w praktyce polegającej wyłącznie na uzgodnieniu list kandydatur w wyborach) jest pozbawione sensu.

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. PRÓBA OKREŚLENIA PRZYCZYN ZŁEJ KONDYCJI POLSKIEJ LEWICY [2016-03-14].

Na wstępie przypomnę trzy najwyraźniejsze symptomy usprawiedliwiające określenie stanu lewicy jako złego. Są to: minimalne poparcie w wyborach, oraz marazm intelektualny występujący wraz z zanikiem demokratyzmu, co dotyczy wszystkich bez wyjątku ugrupowań tej orientacji (aspirujące do lewicowości partie, redakcje, kluby itp.).

Wyrażony w momencie głosowań brak uznania jest po prostu faktem, zaś o dwu ostatnich zjawiskach pisałem bardziej szczegółowo w artykułach dostępnych ze stron tu i tutaj, szczególniej w "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej" i "Szanse odrodzenia lewicy w Polsce". Tu jedynie wspomnę, że najwyraźniejszym przejawem marazmu intelektualnego jest zupełny brak dyskusji, zaś powszechne izolowanie się grupek oraz zarówno skupienie się ich wokół "wodza" decydującego o kształcie jednolitej obowiązującej opinii, jak i tworzenie zamkniętych "towarzystwa wzajemnej adoracji" przeczą zasadom demokratyzmu. Wspomnieć jeszcze należy (pisałem o tym m. in. w wyż. wym. "Lewicowych zaniedbaniach ..." oraz w - "W sprawie diagnozy przyczyn słabości lewicy Tomasza Frank'a", że aintelektualizm i wodzostwo sprzyjają formowaniu przekonań prawicowych, zaś tolerowane w kręgach przypisujących sobie przewodzenie lewicy, są przyczyną rozkładu wewnętrznego i niepowodzeń, o czym dokładniej mam zamiar pisać w rozwinięciu tematu.

Jedynym[1] sposobem pozwalającym wykryć przyczyny tak fatalnej sytuacji jest dokonanie analizy faktów zaszłych w okresie poprzedzającym chwilę obecną, zaczynając od momentu samorozwiązania PZPR w styczniu 1990 roku, kończąc zaś na wydarzeniach bieżących. Trzon tych rozważań stanowią w sposób niezaprzeczalny zmiany poparcia dla lewicy wyrażone procentem wyborców głosujących (lub deklarujących taki zamiar) na kandydatów będących w opinii społeczeństwa kontynuatorami tradycji PZPR (inne ugrupowania lewicowe są zauważane jedynie przez nielicznych). Otóż te dane wskazują jednoznacznie na początkowy stopniowy wzrost poparcia od minimum na wstępie, do 50 % głosujących w 2001 roku, dalej szybki jego spadek do około 10 % w 2004, i późniejsze wahania wokół tej wartości z widoczną ostatnio tendencją spadkową. Nie ma powodu by wątpić, że tak wyraziste zmiany wskazują na istnienie czynnika, który je powodował, oraz że ten właśnie czynnik jest szukaną przyczyną słabości.

Do omówienia sytuacji (niestety, ze względu na brak danych dotyczą one tylko jednej partii) przed rokiem 1998 posłużę się informacjami przedstawionymi w zeszycie nr 1 z 2010 roku kwartalnika "Myśl socjaldemokratyczna", głównie w artykule prof. Jerzego Wiatra "SdRP 1990 - 1998: nowa partia polskiej lewicy". Choć w artykule tym odkrywanie przyczyn powodzenia i późniejszych porażek nie jest przedstawione jako cel, wątek ten daje się zauważyć. Taki jest przecież podtekst dotyczących początków SdRP uwag np. na str. 8: "Nie była to partia wodzowska" i "sporne kwestie rozstrzygane były w głosowaniu, niejednokrotnie poprzedzonym burzliwymi dyskusjami" a następnie, w odniesieniu do późniejszego okresu: "zaczęły występować ... podziały i rywalizacje personalne ... słabł demokratyzm życia partyjnego", które to przytoczone zdania razem dają świadectwo stopniowego ujawniania się tendencji powodujących - w moim przekonaniu - słabość całej lewicy. Przecież sam fakt, że ten krótki retrospekcyjny przegląd jest - o ile mi wiadomo - jedyną (i dość powierzchowną) próbą podsumowania zdarzeń na lewicy i wyciągania wniosków, świadczy o braku racjonalnego myślenia nakazującego ciągłe, krytyczne obserwowanie własnych działań. Tak więc już na wstępie dało się zauważyć, że w partii zanikał demokratyzm, utrwalał się dyktat "wodza", dyskusje ustępowały miejsca toczonym w koteriach rozgrywkom personalnym, eliminowano samodzielne myślenie, pogłębiał się marazm intelektualny, a proces ten, jak to starałem się wykazać we wspomnianych wyżej artykułach, postępuje dalej, zarówno gdy w 1998 roku SdRP weszła w skład SLD jak i obecnie.

Widoczne jest zarazem, że w 2000 roku społeczeństwo polskie okazało naturalną skłonność do lewicowości wyrażoną - wg sondaży poparciem dla SLD ponad 50%, a rok później, w wyborach - nieco ponad 40%. Przy tym uważna obserwacja zachowań ludzi wskazuje na to, że lewicowość pojmowania porządku społecznego[2] była w społeczeństwie powszechna, a jedynie kompromitacja PZPR-u i osiągnięte w latach 1980-1990 sukcesy propagandowe ugrupowań antyPRLowskich sprawiły, że sympatie zwróciły się ku "Solidarniości"[3]. Ten nastrajający optymistycznie fakt wraz ze skrótowo wyżej opisanym stanem mentalnym i organizacyjnym SLD stanowi materiał wyjściowy do zamierzonej analizy zaszłych dalszych wydarzeń. A od początku sprawa przedstawiała się niepokojąco.

Tak więc już, gdy podczas przygotowań Kongresu założycielskiego SLD tymczasowe władze partii, spełniając oczywisty wymóg demokratyzmu ogłosiły projekt Statutu i zaapelowały o zgłaszanie uwag, utajniono nie tylko treści, ale nawet ilość napływających propozycji, a co gorsza, praktycznie nikt z szeregowych członków nie protestował [4] przeciw takiemu zaniechaniu będącym faktycznym uniemożliwianiem dyskusji nad podstawowym dla partii dokumentem[5]. Nie zostaliśmy również powiadomieni o istotnych szczegółach przebiegu Kongresu, a poprawiony projekt Statutu został poddany głosowaniu nie tylko bez umożliwienia dyskusji ogólnopartyjnej, lecz prawdopodobnie (ta niepewność jest rezultatem już nie zaniedbania, lecz raczej świadomego utrudniania członkom uzyskania informacji o przebiegu uchwalania statutu) w ciągu niedopuszczalnie krótkiego czasu po zapoznaniu delegatów z jego treścią. Ujawniły się więc niepokojące objawy tego, że działacze partyjny w typowy dla tzw. aparatczykostwa sposób nie poczuwają się do będącego podstawą demokracji uczestniczącej obowiązku komunikowania się z partią w sprawach kluczowych, oraz że ogół członków nie poczuwa się do odpowiedzialności za zachowanie w organizacji podstawowych dla socjaldemokracji reguł, że biernie akceptuje uwidaczniające się uniezależnienie się i wyobcowanie władzy.

Potem mieliśmy przygotowanie się do wyborów parlamentarnych, przy tym, podobnie jak poprzednio, nie tylko nie zorganizowano dostępnej dla wszystkich członków dyskusji, lecz wręcz zastosowano podobne do opisanych wyżej utrudnienia. A pytań i wątpliwości było wiele, bowiem przygotowany przez aparat władzy partyjnej program wyborczy był zbyt obszerny, przedstawiono w nim bardzo dużo pozbawionych konkretnego, cyfrowego ujęcia celów, nie omówiono spodziewanych ograniczeń i nie opisano choćby w zarysie propozycji uchwał sejmowych. Wprost trudno było wyobrazić sobie nie tylko uzyskanie zrozumienia zamierzeń SLD przez wyborców, lecz nawet tego, że będą oni mieli ochotę przeczytać tą pisaninę. W rezultacie, wkrótce po objęciu rządów przez wskazaną w imieniu partii ekipę, w opinii publicznej utrwaliło się przekonanie o niedotrzymaniu przez SLD obietnic, których nb. program nie zawierał, a jedynie wyborcy wyinterpretowali je sobie z pobieżnej lektury ogólnikowo sformułowanych zdań. Przypuszczalnie zresztą w większości, nie mając ochoty na studiowanie zbyt obszernego tekstu, opierano się na krótko sformułowanych, syntetycznych omówieniach prasy wrogiej lewicy. Partia bowiem ze swej strony nie zadbała o agitację polegającą nie na hasłach, lecz na krytycznej, rzeczowej analizie zamierzeń. Dodać trzeba zarazem, że lewica zajmująca sceptyczne wobec SLD stanowisko również nie zwróciła uwagi na wskazane, a widoczne również dla zewnętrznego obserwatora odstępstwa od zasad. Dowodzi to, że ta wynikająca z zaniku intelektu niewrażliwość na łamanie tych zasad była powszechna.

W ten sposób np. swoją opinię, iż zostali okłamani, przedstawiali emeryci [6]. Po prostu wspomniane ogólnikowo w programie zobowiązanie zadbania o byt emerytów odczytano jako zapowiedź znaczących podwyżek nb. niemożliwych do realizacji w aktualnym stanie finansów państwa. Co gorsza, nawet gdy już w warunkach sprawowania przez SLD władzy masowe protesty emerytów wskazały niedwuznacznie na istotę powstałego nieporozumienia, nie podjęto szerokiej akcji dyskusyjnej i uświadamiającej, lecz poprzestano na lakonicznym komunikacie mającym przekonać ogół o braku jakiegokolwiek zaniedbania ze strony władz partii. Podobne - zawinione przez wspomniany brak konkretów i lekceważenie obywateli - nieporozumienia ze strony innych grup (głównie dotyczące bezrobocia, służby zdrowia i budowy dróg) wynikały z pozostałych punktów programu i podobnie pozostały bez akcji wyjaśniającej opartej na cierpliwym i pełnym zrozumienia wsłuchiwaniu się w głosy prostych ludzi i odpowiedzialnego przyznania się do błędu.

To oparcie programu na ogólnikach (będących praktycznie frazesami), niegroźne, być może, dla bazującej na emocjach (uczucia patriotyczne, religijne, solidaryzm, podziwu dla autorytetu itp.) prawicy, dla związanej w sposób konieczny z realizmem spraw bytowych partii lewicowej okazało się sprawą zasadniczą, jak sądzę, powodującą utratę poparcia. Ujawniło się przy tym - fałszywe moim zdaniem - przekonanie aparatu władzy SLD o tym, że program ma przemawiać nie do intelektu, lecz winien działać na wyobraźnię wyborcy. Przypuszczalnie do takiego wyobrażenia nasi przywódcy w wyniku bezkrytycznego, naiwnego wnioskowania z sukcesów, które tego rodzaju nastawienie dało Solidarności, Janowi Pałowi II, księdzu Rydzykowi itp. Niestety, zarazem, gdy wkrótce po wyborach stało się widoczne, iż nastąpiło wspomniane rozczarowanie programem wyborczym, nie podjęto próby określenia przyczyn powstania tego nieporozumienia. Mimo, iż coraz wyraźniej widać było, że społeczeństwo (w tym nawet znaczna ilość członków partii) jest zawiedzione wspomnianym niedotrzymaniem iluzorycznych obietnic, nie podjęto próby, która wymagałaby przyznania się do błędu i do otwartej dyskusji wewnątrzpartyjnej.

Tu, odstępując od porządku chronologicznego wspomnę, że nie poddany analizie błąd został powtórzony w kolejnych wyborach. Nawet nastąpiło powiększanie tekstu, który w roku 2011 osiągnął rozmiar sporej książeczki na dodatek wydanej w dziwacznego kształtu oprawie utrudniającej czytanie, co jeszcze bardziej uzasadnia wnioskowanie o tym, że program został sporządzony nie do tego, by uznanie wyborcy uzyskać w wyniku rozumnej lektury, lecz do tego, by "ładnie wyglądał" i budził podziw swoją objętością.

Następny incydent, który spowodował wyraźny (w przeciwieństwie do w.w. natychmiastowy) spadek poparcia (z ponad 50% do 41 %) został spowodowany przez prof. Belkę, który jeszcze przed wyborami zapowiedział zniesienie ulgi komunikacyjnej dla studentów. Wina osoby przewidzianej do pełnienia funkcji wicepremiera jest oczywista, jednak należy przypuszczać na podstawie porównania z podobnymi wpadkami polityków spoza lewicy (np. znane przypadki zmiany stanowiska premiera Tuska), że publiczne, krytyczne omawianie źle przez ogół obywateli przyjmowanych zamierzeń powoduje przynajmniej zmniejszenie spadku poparcia zwłaszcza, jeżeli postępowanie władz partyjnych pozwala zauważyć realność wpływu obywateli na decyzję. Otóż taki sposób reagowania jest niestety przez liderów SLD odrzucany, co wyraźnie wystąpiło w związku z kolejnymi incydentami takimi jak niezrozumiała dymisja ministra sprawidliwości, pani Piwnik, zamieszanie związane z działalnością Ministra Zdrowia, wykryte korupcje i tzw. afera Rywina. We wszystkich tych zdarzeniach widoczne było lekceważenie opinii publicznej, przemilczanie krytyki i demonstrowanie pewności o niezachwianej własnej pozycji.

Kolejne zatem głośne wydarzenia, które mogły wpłynąć na utratę poparcia to: dymisja kierującej resortem sprawiedliwości pani Piwnik [7], "afera Rywina" [8], afery korupcyjne z udziałem członków elity partyjnej wraz z przedsięwziętą po nich farsą pomijające aparat partii weryfikacji członków i na koniec wplątanie Polski w interwencję USA w Iraku, przy tym spadek zaufania następował mimo niezaprzeczalnych sukcesów rządu, zwłaszcza sprawne zawiadywanie gospodarką [9] i przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Uderzał przy tym kontrast: sprawy były obficie opisywane i komentowane w prasie, partia zachowała absurdalny stoicki spokój wyrażający się powiedzeniem "nic się nie stało". Nie przedsięwzięto próby dyskutowania ze społeczeństwem[10], któremu przedkładano obronną argumentację jako oczywistą wbrew niedających się zaprzeczyć wątpliwościom wymagającym przynajmniej przeprosin za spowodowanie sytuacji moralnie niejednoznacznej. Nie odbyła się też dyskusja ogólnopartyjna nad popełnionymi błędami, który to fakt obciąża zarówno kierownictwo, jak i ogół członków biernie i bezkrytycznie obserwujących stopniowy ubytek poparcia. Jedyna, spóźniona a zarazem pozbawiona sensu reakcja na popełnione błędy polegała na masowym (około 3/4 członków) występowaniu z partii[11]. W partii zaś obowiązywała i nadal obowiązuje absurdalna zasada, by w żadnym wypadku nie przyznawać się do błędu, nie dyskutować i nie przepraszać za pomyłkę. Po prostu aparat SLD-owski z fanatycznym uporem, nie bacząc na widoczną nieskuteczność tego, usiłuje wmówić sobie i innym, że aktualny wódz jest w każdej sytuacji nieomylny[12].

Opisane wydarzenia niestety nie zostały poddane analizie, poprzestaje się jedynie na bezkrytycznym przyjęciu za pewnik, że 1-o każda partia będąca u władzy traci poparcie, 2-o prawica jakoby włada mediami, wykorzystuje to prowadząc agresywną propagandę, co razem powoduje niezawinioną bezsilność lewicy, 3-o społeczeństwo polskie jest głupie, a w rezultacie - podatne na demagogię i prymitywną socjotechnikę, nie dociera do niego argumentacja rzeczowa, oparta na danych statystycznych i znajomości podstaw ekonomii, socjologii, politologii i kulturoznawstwa.

A przecież wystarczy chwila zastanowienia, by zauważyć, że słuszność tego wyobrażenia jest wątpliwa. I tak w wyborach 1997 roku, po czterech latach współrządzenia z PSL, poparcie dla socjaldemokracji wzrosło, a wynik wyborów w 2011 roku był dla PO niewiele gorszy niż na początku 1-szej kadencji jej władzy. Z kolei lewica w momentach swoich tryumfów dysponowała o wiele mniejszym udziałem w mediach, niż w chwilach upadku, a widoczne w zmianach poparcia cechy ludzi tworzących społeczność wspomnianych przyczyn zmian koniunktury nie tłumaczą, raczej im przeczą.

Poprzestanie więc na tak powierzchownym rozpatrzeniu zjawiska jest niedopuszczalne, prowadzi do błędnego rozpoznania sytuacji i fałszywych decyzji, i najwidoczniej stanowi jedną z przyczyn słabości lewicy, gdyż podobnie bezmyślnie i bezkrytycznie reagują na wydarzenia polityczne praktycznie wszyscy lewicowcy od słabo wykształconych do elity intelektualnej włącznie [11], co powoduje, że formacja nasza stała się bezsilnym, biernym obserwatorem takich zjawisk jak omawiany brak uznania przez społeczeństwo, słabość i rozbicie organizacyjne, nikły odbiór publikowanych treści itd. Należy więc podjąć próbę rozpoznania warunków - na początek tych, które spowodowały, że jednoczesne wystąpienie z jednej strony trzech zdarzeń kompromitujących SLD, a z drugiej osiągnięcie przezeń sukcesów w polityce i gospodarce dało w sumie wynik niekorzystny, polegający najpierw na pogorszeniu wyników sondaży, a na koniec, w wyniku wyborów, na kompromitującym zmniejszeniu reprezentacji w parlamencie.

Zarazem jednak, na co już zwrócił uwagę Jerzy Wiatr (patrz czwarty akapit na początku artykułu), już w latach największego triumfu lewicy, ujawniały się patologie, które następnie wyraziły się w sekciarstwie i wodzostwie. Wszystkie bowiem marginesowe ugrupowania lewicowe od samego początku przejawiają skłonność do niezdrowej jedności poglądów, braku tolerancji dla drobnych nawet różnic, które z chwilą ujawnienia po prostu powodują utworzenie nowego stronnictwa niezdolnego do krytycznego rozpatrzenia swoich racji i i wyraźnie się odżegnującego się od dyskusji. Właśnie te tendencje podsycane niezdrowym zadowoleniem z początkowego powodzenia, oraz fakt, że prawica odsunęła najbardziej ją kompromitujące osoby i hasła, a zarazem okazała się mniej niż lewica wyobcowana ze społeczeństwa, spowodowały kolejne klęski wyborcze.

Tak więc, częściowe w wyborach 1993 i zdecydowane w 2001 roku powodzenie lewicy należy - moim zdaniem - przypisać w pierwszej kolejności stopniowym uświadamianiu sobie przez obywateli faktu, że szermowanie przez działaczy Solidarności hasłami sprawiedliwości społecznej ("socjalizm tak, wypaczenia nie", obietnice powszechnego dobrobytu, poszanowanie i uznanie praw każdego człowieka itp.) było w większości przypadków wybiegiem zastosowanym dla wprowadzenia prywatyzacji oraz wolnej i nieograniczonej konkurencji w zdobywaniu dóbr. Charakterystyczne jest, że ten proces trzeźwienia zauroczonego mirażami w rodzaju "drugiej Japonii" społeczeństwa przebiegał samoczynnie, bez widocznego wkładu informacyjnego i organizacyjnego partii lewicowych, co już wtedy powinno było być odebrane jako sygnał ostrzegawczy. Powodzenie lewica zawdzięczała nie własnej inicjatywie, lecz błędom przeciwników.

Innym istotnym faktem było, że niewątpliwe sukcesy gospodarcze osiągnięte w latach 1993 do 1997 nie zostały należycie wykorzystane, jak to stwierdzili m. in. Józef Kaleta ("Do porażki SLD przyczyniły się też: - totalna krytyka ... na którą władze SLD ... rzadko reagowały" - "Dziś" 1'98 s. 34), oraz Mieczysław F. Rakowski (" ... kampania wyborcza [1997] prowadzona była ospale. Zbyt zawierzono wskaźnikom gospodarczym ..." - "Dziś" 12'98 s. 23). Właśnie przez brak porozumienia między rządem i ogółem obywateli, gdy nachalna krytyka rzeczywistych i wyimaginowanych błędów nie znajdowała należytego przeciwdziałania, wybory zamykające ten okres dały wzrost poparcia jedynie z 20,4% do 27,1% głosów oddanych przez wyborców. Szczególnie przy tym rażący był brak widocznych, skierowanych na uzyskanie zrozumienia polityki utworzonego przez socjaldemokrację rządu, prób zaktywizowania ogółu członków partii socjaldemokratycznej wówczas istniejącej pod nazwą SdRP. Już wtedy dało się zauważyć postrzeganie partii jako mało znaczącego dodatku do aparatu zarządzającego organizacją. W kołach członkowskich zamiast krytycznej dyskusji nad kształtowaniem relacji władzy ze społeczeństwem uprawiano pod dyktando partyjnych przywódców prymitywną apologetykę tych stosunków i upowszechniała się praktyka ograniczania aktywności do kwestii lokalnych. Sprawy dotyczące zarządzania państwem i partią wyraźnie zostały zarezerwowane do wyłącznego decydowania przez aparat, poza kontrolą całej organizacji.

Nastąpiło więc, co uważam za drugi ważny czynnik osłabiający, całkowite pominięcie działania podstawowych komórek partyjnych. Obserwując aktualny stan, jestem przekonany, że nie jest to przypadkowe zapomnienie, lecz już wówczas aparat świadomie i celowo dążył do podporządkowania sobie członków jako posłusznych i biernych wykonawców poleceń. Jakoż stan ten osiągnięto, co zresztą było możliwe jedynie w warunkach bierności i martwocie intelektu całej lewicy, w której nikt nie zdobył się na dokonanie rzeczowej analizy wydarzeń. Jeśli bowiem nawet odzywały się głosy krytyczne (np. Rakowski, Kaleta, Cimoszewicz, Ilnicki, Szyszkowska i wielu innych), to albo były to enigmatyczne wzmianki o "wodzostwie", albo grzmiąca a zarazem słabo i naiwnie uzasadniana krytyka poszczególnych epizodycznych i w swej istocie wtórnych[13] zdarzeń (np. wplątanie kraju w awanturę iracką, flirt z biskupami itp.). We wszystkich bardziej szczegółowych wypowiedziach uporczywie pomijano widoczny fakt, że krytykowane decyzje były podejmowane jednoosobowo lub z udziałem jedynie szczupłego grona zaufanych członków aparatu czyli po prostu kliki.

W wyniku, zwykły członek, jeśli w ogóle na zebranie przychodzi, poprzestaje na wysłuchaniu informacji o wydarzeniach na szczeblu gminy lub miasta i ew. bierze udział w kłótni dotyczącej jakiś lokalnych sporów z reguły dotyczących kto, kogo i jak usiłuje w tym ograniczonym światku urządzić. Nie ma mowy o będącym sensem partyjności czynnym kształtowaniu polityki państwa t. j. o analizowaniu decyzji centrum partyjnego, czy o samokształceniu. Trudno więc dziwić się temu, że członkowie nie traktują poważnie obowiązku obecności na zebraniach, a wielu po prostu odeszło nie chcąc tracić czasu na próżno.

Wszystko zaś to razem krótko można określić jako wspomniane na wstępie marazm intelektualny i brak demokracji. Obydwa te wzajemnie się warunkujące czynniki jawią się więc zarówno jako objawy jak i przyczyny złego stanu lewicy polskiej.

Przypisy.
[1] Przykład próby diagnozy bez dokonania analizy, bez sięgania w przeszłość, stanowi (http://nowe-peryferie.pl/index.php/2012/02/mencwel-odwagi) artykuł Jana Mencwela pt. "Odwagi!",. Wniosek, iż próba ta jest nieudana, oraz że tak samo należy ocenić wszystkie podobne artykuły, jest dla mnie tak oczywisty, że pomijam jego uzasadnienie. To samo dotyczy np. odpowiedzi Rafała Chwedoruka na pytanie "Dlaczego projekt Zjednoczonej Lewicy nie powiódł się?" (http://przeglad-socjalistyczny.pl/wywiad-tygodnia/1248-wybory)(powrót)
[2] Przez lewicowe pojmowania porządku społecznego rozumiem demokratyzm, równanie szans, wspólnotowość, solidaryzm, uznanie priorytetu ekonomicznie pojmowanych warunków bytowych z jednoczesnym zdrowym, umiarkowanym sceptycyzmem wobec argumentacji odwołującej się do uwarunkowanych emocjonalnie: obyczaju, patriotyzmu, religii i podporządkowania się autorytetowi. Zaprzeczeniem tego poglądu jest prawicowość, której przypisuję odwrotne uporządkowanie priorytetów. Należy zwrócić uwagę na to, że poglądy wymienione jako cechujące lewicę dają się wyprowadzić z czysto racjonalnych pobudek, natomiast ideowe podstawy prawicowości bazują na emocjach. Zarazem, ponieważ zarówno zdolność chłodnej kalkulacji jak i sfera emocji nierozłącznie stanowią ludzką psychikę, możliwa jest tylko przewaga jednego z tych dwu czynników. A dotyczy to nie tylko działania pojedynczego człowieka, co interesuje jedynie psychologa, lecz także ma wpływ na tworzenie doktryny mającej te działania uzasadnić, co jest tematem niniejszych politologicznych rozważań.(powrót)
[3] Twierdzenie, że poparcie "Solidarności" i obecnie PiS nie jest wywołane odwróceniem się społeczeństwa polskiego od przekonań lewicowych opieram na tym, że organizacje te swoją popularność w większości zawdzięczają głoszeniu postulatów roszczeniowych, będących demagogicznie podrobioną wersją podobnych żądań wynikających z ideowych założeń lewicy.(powrót)
[4] Moja skierowana do władz partyjnych pisemna prośba o ujawnienie tych danych pozostała bez odpowiedzi, na zebraniach partyjnych nikogo ta kwestia nie zainteresowała, a w trakcie Kongresu, wg posiadanych przeze mnie informacji, nikt z delegatów tego tematu nie poruszył.(powrót)
[5] Część zgłoszonych przeze mnie [http://stachglabinski.pomorskie.pl/sld0.html#0] (a prawdopodobnie także przez wielu innych dyskutantów) propozycji uzupełnień tekstu Statutu zostały z niewielkimi zmianami uwzględnione, jednak decyzję w tej sprawie podjęto w bardzo szczupłym i nieujawnionym ogółowi członków gronie przy braku jakichkolwiek wyjaśnień dostępnych ogółowi zainteresowanych sprawą.(powrót)
[6] Np. wzmianka o zarzutach emerytów w końcowym fragmencie relacji ze spotkania z prezydentem Kwaśniewskim (http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty/opinie.html#1) zatytułowanej „Dyskusja a demokracja”.(powrót)
[7] Barbara Piwnik 19 października 2001 została powołana na urząd ministra sprawiedliwości i po zaledwie 8 miesiącach, 6 lipca 2002, bez podania przyczyn tej decyzji (np. "Dziś" 8'2002 komentarz redakcyjny na str. 4), zdjęta przez L. Millera z tego stanowiska. Jak podała prasa, objęcie urzędu przez panią Piwnik spowodowało przerwę przynajmniej w jednej prowadzonej przez nią rozprawie sądowej dotyczącej poważnej afery, co w dalszej kolejności doprowadziło do przedawnienia sprawy i uwolnienia oskarżonego (oskarżonych?). Powstało opublikowane w prasie podejrzenie, że ze strony LM było to działanie celowe na korzyść domniemanego przestępcy. Ani sam premier, ani SLD nie tylko nic nie uczynili, by przeciwstawić się temu posądzeniu, lecz w dalszych aferach (np. tzw. afera Rywina), w które się uwikłano, nie brano pod uwagę postępującej utraty zaufania powodowanego przez sumowanie podobnych, powodowanych przez brak reakcji, negatywnych wyobrażeń.(powrót)
[8] Biznesman Lew Rywin, powołując się na upoważnienie premiera L. Millera, zaoferował za znaczną sumę pieniędzy redagującemu Gazetę Wyborczą Adamowi Michnikowi korzystną zmianę przepisów, zaś LM zawiadomiony o sprawie nie podjął działania mogącego oczyścić go z podejrzenia o udział, co automatycznie uczyniło go podejrzanym o łapówkarstwo, gdy po pół roku sprawa został ujawniona przez prasę. Nie zdobył się nawet na przeproszenie obywateli. Tu należy przypomnieć, że premier Tusk kilkakrotnie publicznie powiedział „przepraszam”, który to fakt jest zapewne jedną z przyczyn tego, że w przeciwieństwie do SLD spadek poparcia dla PO po pierwszej kadencji Sejmu był niewielki.(powrót)
[9] Weryfikacja, jeśli chodzi o jej wpływ na opinię publiczną, okazała się kompletnym fiaskiem m. in. dlatego, że prowadzono ją niejawnie z pominięciem opisanych w pp. 7 i 8 faktów obciążających L. Millera. Przede wszystkim zaś należało przywrócić warunkujące demokrację jawność i oddolną kontrolę działania władz partyjnych, które stanowią jedyną skuteczną zaporę przeciw powstawaniu wszelkich patologii w jakiejkolwiek organizacji.(powrót)
[10] Brak prób porozumienia się ze społeczeństwem ponad głowami polityków i niezależnie od mediów. Np. Miller z okazji 100 dni swojego pełnienia funkcji premiera zadeklarował, że będzie corocznie składał sprawozdanie z działalności rządu. Jednak, gdy takie wystąpienie na forum sejmowym zostało w 2001 roku skutecznie przez opozycję i sprzyjającą jej prasę zagłuszone innymi doniesieniami i zignorowane, nie tyko nie podjęto próby dotarcia z nim do opinii publicznej bezpośrednio choćby wykorzystując Internet, lecz w ogóle zaniechano tej działalności pozostawiając wolne pole propagandzie prawicowej. Podobnie nie został wykorzystany raport o szkodach jakie poniosła gospodarka polska w wyniku rządów AWS-u. Nic nie uczyniono, by ten dobrze opracowany tekst stał się znany szerokiej publiczności, która miała dostęp głównie do niego przez zniekształcające treść komentarze opozycji. Szczególnie w obu wskazanych przykładach razi brak wykorzystania szeregów partyjnych do upublicznienia poruszanych spraw. W czasie, gdy w opanowanej przez prawicę prasie masowo pojawiały się artykuły "objaśniające" wspomniane teksty bez podawania ich treści, biuletyny i strona internetowa SLD publikowała wyłącznie schematyczne informacja o zebraniach i uchwałach dotyczących spraw drugorzędnych. Zaniedbano działalność informacyjną pozostawiając ją rzecznikowi prasowemu, na którą to funkcję desygnowano za każdą zmianą osobę pozbawioną inwencji, wykonującą swe obowiązki mechanicznie.
Nie jest to zresztą moje odkrycie. Zjawisko było znane i nieraz usiłowano zwrócić na ten błąd uwagę. Np. w październiku 2006 roku w "Dziś" Mieczysław F. Rakowski napisał w "Okruchach Dziennika" na stronie 18: "... rok po oszałamiającym sukcesie wyborczym SLD, gdy dostrzegłem, że ówczesna ekipa kierownicza skręca w złym kierunku, opublikowałem co najmniej kilkanaście krytycznych artykułów i komentarzy, ale efekt był zerowy." Aparat kierowniczy SLD niezmiennie stosuje politykę niedopuszczania do opublikowania jakichkolwiek uwag krytycznych względem siebie, a te opinie, których ujawnieniu zapobiec nie jest w stanie, przemilcza.
Podobnie Eugeniusz Kurzawa z Zielonej Góry w liście opublikowanym na "forum czytelników" ("Dziś" 2001'5) napisał, że "w SLD lekceważymy działalność informacyjną".(
powrót)
[11] Przykładem uzasadniającym ten surowy osąd jest zanotowana w "Forum Klubowe" 4/05 s. 94 rozmowa z prof. Marią Szyszkowską, która zarówno wstąpienie do partii, jak i wyjście z niej motywowała tam jedynie swą opinią o przywódcy, a pomija fakt, że sama, jako członek partii nie przeciwdziałała złym zjawiskom akceptując bezwzględne prawo decydowania o wszystkim liderowi.(powrót)
[12] Nigdy nie zdarzyło się, by ujawniona została jakakolwiek opinia krytyczna wobec Millera czy Napieralskiego w czasie sprawowania funkcji przewodniczącego. Charakterystyczne jest, że nawet po zmianie obsady władz partyjnych osąd poprzedników najczęściej ograniczał się do bezosobowych wzmianek, iż popełnione zostały błędy. Redagujący biuletyny nazwiska podają z reguły tylko, gdy sprawa dotyczy wykluczenia z partii osób niewygodnych dla aktualnej władzy. Te zabiegi mające na celu wytworzenie opinii o SLD jako monolitu skupionego wokół wodza są w sposób oczywisty naiwne, i - jak sądzę - przyczyniają się do pogłębienia braku zaufania.(powrót)
[13] Np. gdy mowa o udziale w awanturze irackiej, kwestii podatku liniowego, czy o flircie z biskupami, opinia większości członków gdańskiej organizacji SLD była przeciwna temu, co decydował w imieniu partii Miller, a mam podstawę mniemać, że podobne było nastawienie w całym kraju. Gdyby więc był zachowany demokratyzm wewnątrzpartyjny, obecnie powszechnie potępiane przez lewicę incydenty nie nastąpiły by. Podobnie można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że inne kompromitujące SLD zdarzenia i afery miały by inny przebieg, gdyby partia funkcjonowała zgodnie z wymaganiami Statutu.(powrót)

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. MARKSIZM [2014-07-08].

Zawartość:
0. Definicja marksizmu
1. Materializm
2. Dialektyka
3. Nauka marksistowska czyli (3=1+2)
4. Podstawowe twierdzenia marksizmu
5. Czy Marks był marksistą?
6. Sprawdzalność założeń marksizmu (metody marksistowskiej)
7. Próba marksistowskiego objaśnienia wydarzeń pomarksowskich
8. Marksizm a meteorologia - podobieństwa i różnice
9. Problemy współczesnego marksizmu
Wyjaśnienia

0. Definicja marksizmu

Uważam się za marksistę, co zmusza mnie do opisania, jak pojmuję słowo "marksizm", a przyznaję, że pojmowanie to różni się od przyjmowanego powszechnie i to przez tych, których sam uważam za posiadających wiedzę i autorytet zarówno uznawane przeze mnie jak i znacznie większe niż można przypisać mnie samemu. Wynikające z tych zastrzeżeń wątpliwości nie uzasadniają jednak zaniechania zamiaru, by poddać krytycznemu osądowi przedstawiony w nin. artykule własny mój pogląd na sprawę.

W moim bowiem przekonaniu marksizm jest to NAUKA o zdobywaniu znajomości (3) PRAW RZĄDZĄCYCH POSTĘPOWANIEM MAS LUDZKICH uzyskiwana sposobem określanym jako (1) MATERIALIZM (2) DIALEKTYCZNY z przeznaczeniem tej wiedzy dla (4) WDROŻENIA DZIAŁAŃ POZWALAJĄCYCH OSIĄGNĄĆ MAKSIMUM KORZYŚCI I MINIMUM STRAT powstających w trakcie (5) PROCESÓW SPOŁECZNYCH, które toczą się i zmieniają żywiołowo, jako rezultat warunków określających byt ludzi tworzących społeczeństwo a zmieniających się rozwojowo w wyniku prac wykonywanych przez tychże ludzi. Takie pojmowanie narzuca konieczność wyraźnego uświadomienia różnicy między: 1) marksizmem jako nauką czyli metodą tworzenia i modyfikowania programu, a 2) doraźnym programem marksistowskim stanowiącym zbiór wskazań teoretycznych (teoria marksistowska czyli uzyskany z analizy stanu społeczeństwa zbiór twierdzeń obowiązujących w określonych: czasie i obszarze) dostosowanych do aktualnego stanu warunków bazowych. Niestety w praktyce bardzo często mylimy te dwa różne przedmioty nazywając marksizmem program, co prowadzi do fundamentalistycznego traktowania poszczególnych szczegółowych twierdzeń (najczęściej dotyczy to świadomości klasowej, walki klas i pojęcia własności). Jeszcze raz podkreślam: marksizm jest dla mnie niezmienną w czasie metodą zbierania danych o stanie społeczeństwa w konkretnym czasie i dochodzenia na ich podstawie do znajomości jego potrzeb, do tworzenia chwilowo aktualnego marksistowskiego programu działania.

W tej zwięzłej (w porównaniu z tym, co piszą inni) definicji wyróżniłem jej pięć ponumerowanych składników, które bywają różnie rozumiane i przez to wymagają dokładniejszego omówienia. Łatwo jednak zauważyć nieścisłość polegającą na tym, że elementy 1 i 2 określają jedynie metodę badania, a przedmiotu nauki dotyczy tylko to, co opisują fragmenty oznaczone cyframi 3 i 5 uzupełnione wyjaśnieniem 4 narzucającym ograniczenie pragmatyczne i polityczne sprawiające, że bycie marksistą ma sens jedynie w partii. Na dodatek, jak to postaram się wykazać dalej, tak opisana metoda (p-kty 1 i 2) oraz p. 4 dotyczą nie samego marksizmu, lecz wszystkich gałęzi ludzkiej wiedzy. Okazuje się więc, że podaną definicję można skrócić do formuły "marksizm jest nauką o prawach rządzących postępowaniem mas ludzkich uzyskiwaną metodami naukowymi", lub po prostu "MARKSIZM JEST NAUKĄ OPISUJĄCĄ METODĘ POZNAWANIA PRAW RZĄDZĄCYCH POSTĘPOWANIEM MAS LUDZKICH" bez dalszych zastrzeżeń, gdyż użycie w definicji słowa "nauka" metodę naukową narzuca w sposób konieczny i jednoznaczny, a stosowalność i zamierzony jej cel też, jak sądzę, są logicznie uzasadnione i nie wymagają osobnego wyartykułowania.

Przekonanie zaś swoje uzasadniam oczywistym - jak sądzę - faktem, że najcenniejszym w dokonaniach Marksa dla poznania mechanizmu rządzącego dziejami ludzkości nie jest ani świadomość zasadniczego znaczenia pracy i ekonomii, ani rola walki klas, ani inne odkrycia, lecz jest nim metoda badania i wnioskowania, która do tych twierdzeń doprowadziła. Właśnie to sposób materialistycznego i dialektycznego, opartego na zdobyczach ekonomii, socjologii, psychologii, antropologii i filozofii rozpatrywania faktów historycznych pozwala zarówno objaśnić logikę czasów przeszłych, teraźniejszych i przewidywać przyszłość w sposób wolny od fundamentalizmu i aprioryzmu. Nie ma w tym więc miejsca dla niewzruszonych, zadanych z góry twierdzeń, w tym również wspomnianych wyżej, przez wielu mylnie uznawanych za definiujące marksizm, za jego fundament. Jest to, podkreślam, cecha każdej nauki. Prawdziwa nauka swoje prawa zdobywa z wielokrotnie powtarzanego doświadczenia, a następnie ustawicznie sprawdza ich aktualność i bada ograniczenia zakresu ich stosowalności, czego klasycznym przykładem są prawa mechaniki.

Należy przyznać, że podana przeze mnie definicja marksizmu, nie jest powszechnie uznawana i to również przez znawców zagadnienia. Tak sprawa wygląda w encyklopediach[1] i takim jest bez wątpienia prof. Andrzej Walicki, który w książce zatytułowanej "Marksizm i skok do królestwa wolności: dzieje komunistycznej utopii", na stronie 19-ej pisze: "Jako ideologia wojującego ruchu komunistycznego marksizm nie redukował się bowiem do krytycznej metody poznawczej, mającej demaskować wszystkie racjonalizacje i iluzje ideologiczne; był raczej totalną Nową Wiarą, łączącą irracjonalną nadzieję z quasi-naukową pewnością - wiarą zdolną wyposażyć swych wyznawców w wyjątkowo silne poczucie własnej racji i niezachwianą ufność w ostateczne zwycięstwo." Ta opinia znakomitego filozofa[2] posłuży mi jako typowy tekst uzasadniający potrzebę omówienia podstawowych pojęć, gdyż to właśnie z ich niezrozumienia wynikają błędy powszechnie popełniane zarówno przez apologetów marksizmu jak i dowodzących jego fałszywości na podobieństwo wspomnianego przykładowo znakomitego uczonego. To te nieporozumienia miał na myśli Marks, który przeczył nazywaniu jego teorii filozofią i zastrzegał się w tym sensie, że "jeśli to ma być marksizm, to ja marksistą nie jestem".

W przytoczonym zdaniu AW nazywa marksizm ideologią, z czym zgodzić się nie mogę. Przecież nawet, gdy ktoś przyjmie, że m. jest to zbiór myśli wyartykułowanych przez Marksa[3], to gdzież tam doszukać się ideologii? Główne dzieło Marksa, "Kapitał", po prostu opisuje podstawowe cechy ustroju posługując się warsztatem badawczym, który następnie posłużył jego następcom jako wzór dla tworzenia tego, co obecnie marksizmem należy nazwać. Podstawy marksizmu jako nie ideologii lecz nauki zarysował Engels w zatytułowanym "Materializm dialektyczny" rozdziale broszury "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki". Oczywiście podkreślając trafność tego opisu należy zastrzec, że znakomicie wyrażonych w nim sądów nie można traktować jako pisma natchnionego, w którym każde zdanie jest bezwzględną i zawsze aktualną prawdą. Treść tego przedstawienia jest w pełni falsyfikowalna podobnie jak wszystkie inne teksty dotyczące marksizmu czy jakichkolwiek gałęzi wiedzy pretendującej do nazwy "nauka". Pojmowany zgodnie z historią jego stopniowego kształtowania się marksizm nie jest więc ideologią. W przytoczonym zdaniu A. W. miano to przysługuje raczej wspomnianemu tam "walczącemu komunizmowi" oraz innym zbiorom twierdzeń z różną dozą zasadności przypisującym sobie bycia kontynuacją myśli Marksa.

Nie sposób też dopatrzyć się ani zarysów "ideologii", ani treści uzasadniających przedstawioną na str. 27 wspomnianej książki "wizję zbiorowego zbawienia ziemskiego w komunistycznym społeczeństwie przyszłości", które występują w polemicznych artykułach poruszonego tragicznym losem XIX-wiecznych robotników Marksa. Prawdopodobnie A. W. pisząc przytoczone zdania miał na myśli futurologiczne wizje Marksa dotyczące przyszłego społeczeństwa bezklasowego tworzone dla międzynarodówki jako mobilizujący jej członków, przemawiający do wyobraźni cel. Nawet jednak, jeżeli przyjmiemy, że Marks nie zdawał sobie sprawy z niekompletności opisu tego stanu (trudne do zdefiniowania pojęcie "własność", czy nawet "własność narzędzi produkcji", sprzeczne z materializmem i z dialektyką założenie, że konflikty mogą powstawać wyłącznie jako wynik podziału na klasy określane przez ową niezdefiniowaną własność, brak logicznie spójnego opisu organizacji społeczeństwa bezklasowego itd.), stwierdzamy jedynie, że sięgając w trudną do przewidzenia przyszłość popełnił poważny błąd, który obciąża nie samą naukę, lecz jedynie niezręcznie posługującą się jej wskazaniami osobę. Marks nie był natchnionym przez nadprzyrodzone siły prorokiem, a jego pisma nie są niepodlegającym krytycznemu osądowi objawieniem.

Musimy natomiast stwierdzić, że oparte na marksistowskiej metodzie, przedstawione w "Kapitale" rozpoznanie stanu aktualnego i istniejących tendencji było prawidłowe. Tak więc A. W. nie miał podstaw do krytykowania jakiejś ideologii, a jedynie - czemu nie sposób zaprzeczyć - zauważył, że marksizm nie jest narzędziem przeznaczonym do tworzenia wizji futurologicznych. Daje on możliwość (jednak nie pewność!) prawidłowego określenia działań dostosowanych do potrzeb chwili obecnej. Marks - być może - naprawdę był przekonany, że zniesienie prywatnej własności spowoduje zanik podziału społeczeństwa na klasy, co jednak nie jest tożsame z jakimś "zbawieniem", on sam nie był nieomylny, a wnioski wysnute na podstawie założeń teoretycznych nie są przecież podstawą teorii, mogą jedynie stanowić podstawę do sprawdzania słuszności jej poszczególnych twierdzeń i tych twierdzeń korygowania. Należy przy tym pamiętać o specyfice każdej nauki badającej zbiorowisko różniących się obiektów występujących w ogromnej ilości (ekonomia, socjologia, meteorologia ... i marksizm) wykluczającej możliwość uzyskania precyzji osiąganej np. w mechanice układu słonecznego, co dokładniej omówię w rozdziale 8. Nikt przecież nie twierdzi, że zdarzające się błędne prognozy pogody dowodzą nienaukowości meteorologii, a fakt, że obliczenia projektanta samolotu są wielokrotnie korygowane (najpierw na podstawie testów przeprowadzonych w tunelu aerodynamicznym, potem po lotach próbnych, a nieraz także w trakcie eksploatacji) nie jest argumentem dyskwalifikującym mechanikę płynów dającą naukowe podstawy do projektowania awioniki samolotu. Z kolei przekonanie o potrzebie poznania praw metereologii, mechaniki płynów itd. nie jest "ideologią", a przewidywanie korzyści z ich stosowania nie jest głoszeniem "zbawienia". Inna jest sprawa w tym, że wielu "marksistów" w praktyce czyni z marksizmu ideologię, a nawet także zapowiedź "zbawienia".

Sądzę, że z przedstawionej wyżej argumentacji wynika potrzeba dodatkowego objaśnienia przedmiotu rozważań o marksizmie i jego metodzie badania, a wynikające przy tym wnioski należy formułować z rozwagą i bez pochopnego sądzenia o jego wartości. Zarazem nie powinno nas dziwić panujące w kwestii marksizmu zamieszanie, gdyż materiał opisywany przez tą naukę dotyczy tego, co wpływa bezpośrednio na nasze losy, zaś wnioski z niej wyprowadzane mają na celu uzyskanie wizji przyszłości szczególnego rodzaju - przyszłości nas samych. Wspomniany wyjątkowy charakter tego przewidywania wynika m. in. stąd, że postać naszego spodziewanego losu mamy tendencję formować sobie w procesie zwanym wishfull thinking, co w zderzeniu z rzeczywistością rodzi frustrację i pretensję do "losu" jakoby niepodlegającego poznawalnym prawom. To uwikłanie przedmiotu badań marksistowskich w sferę naszych pragnień powoduje, że rozprawianiu o marksizmie często towarzyszą emocje utrudniające rozumowanie, czego śladu dopatruję się nawet u tak wytrawnego i niezależnego badacza jak A. W..

Dodam jeszcze, że dokonane przeze mnie niżej potraktowanie materializmu dialektycznego w dwu odrębnych paragrafach (w jednym materializm i oddzielnie dialektyka) jest zabiegiem sztucznym, podjętym w przekonaniu, że tym sposobem poprawię jasność nie pretendującego do naukowej precyzji wykładu, mającego na celu popularne przedstawienie podstaw tej gałęzi wiedzy. W rzeczywistości nie ma osobnych: marksistowskiego materializmu i marksistowskiej dialektyki, co zresztą da się zauważyć w dalszej treści, gdzie okazuje się niemożliwym uniknięcie jednoczesnego występowania elementów właściwych każdemu z tych pojęć z osobna.

1. Materializm

"W przeciwieństwie do naiwnie rewolucyjnego, prostego odrzucenia całej dotychczasowej historii, materializm nowoczesny widzi w niej proces rozwoju ludzkości i stawia sobie za zadanie - odkrycie praw jego ruchu." [F. Engels. "Materializm dialektyczny"]

Materializm często pojmowany jest jako ideologia oparta na przekonaniu o nieistnieniu czegokolwiek poza materią, jako zaprzeczenie istnieniu świata nadprzyrodzonego. Twierdzenie to, ponieważ nie potrafimy zdefiniować ani, co to jest materia, ani co to jest próżnia czyli brak materii, dotyczy czystej spekulacji. Marksizm - jak to wyjaśniłem na wstępie - jest nauką, a to z góry wyklucza zajmowanie się zjawiskami nie dającymi się sprawdzić doświadczalnie, co oczywiście nie przeczy posiadaniu przekonań religijnych czy ateistycznych zarówno przez osoby studiujące marksizm, czy też jakąkolwiek inną gałąź wiedzy. Chrześcijanie np., traktowani jako szczególny odłam teizmu, twierdzą, że wiara, czyli posiadanie przekonań religijnych, jest łaską czyli darem udzielonym przez Boga. Wśród ateuszy popularny jest pogląd, że ponieważ dotychczasowy rozwój nauki odkrywa coraz to bardziej ogólne czysto fizyczne prawa rządzące wydarzeniami, dowodzi to przez ekstrapolację słuszności ich przekonania. Nie wdając się w szczegóły należy jednak pamiętać, że między opartą na obserwacji powtarzalnych zjawisk nauką i spekulacją istnieje nieprzekraczalna granica. Można w spekulacjach uwzględnić spostrzeżenia naukowe (np. wyobrażać sobie kształt rzeczywistości poza dostępną badaniom przestrzenią, czy przed "wielkim wybuchem"), jednak póki nie wskażemy możliwości przeprowadzenia eksperymentu sprawdzającego koncepcję, pozostajemy w świecie fantazji, ideologii lub wiary. Z kolei rozważania spekulacyjne mogą, jak to się podobno zdarzyło Einsteinowi z jego teorią względności, inspirować naukowca do tworzenia hipotez, jednak te stają się nauką dopiero, gdy wskażemy możność sprawdzenia ich słuszności doświadczeniem, w dających się obserwować zdarzeniach. W konkluzji musimy stwierdzić, że wszelkie rozważania nt. istnienia lub nieistnienia nadprzyrodzoności z nauką nie mają nic wspólnego i z tego względu tak rozumiany materializm nie może dotyczyć ani marksizmu, ani dowolnej innej gałęzi wiedzy.

Należy jeszcze przypomnieć, że w wyniku doświadczenia nigdy nie otrzymamy pewności, lecz jedynie prawdopodobieństwo. Nawet w mechanice gwiezdnej, która pozwala np. z wieloletnim wyprzedzeniem określić miejsce i czas zaćmienia słonecznego, możemy mówić jedynie o bardzo dużym, praktycznie nie różniącym się od pewności, prawdopodobieństwie. W naukach zajmujących się zbiorowiskiem licznych obiektów powiązanych skomplikowanymi zależnościami (np. wspomniana meteorologia, a także nauki o społeczeństwie czyli ekonomia, socjologia i właśnie marksizm) brak pewności jest szczególnie wysoki, co jednak nie usprawiedliwia sceptycyzmu wyrażanego niekiedy stwierdzeniem, że wskazanych dziedzin nie można nazwać nauką, że badania prowadzone w ich zakresie pozbawione są sensu, lub z tego względu mają małą wartość praktyczną. W każdej gałęzi wiedzy podstawowe znaczenie posiada znajomość ograniczeń stosowalności odkrytych prawidłowości, a większość błędów popełnianych wynika z lekceważenia tego warunku.

Tak więc materializm w naszym przypadku oznacza po prostu konieczność odrzucenia wszystkiego, co nie daje się udowodnić doświadczeniem. Może ktoś zaprotestować przeciw takiemu akcentowaniu stosowania w marksizmie zasady obowiązującej przecież we wszystkich naukach, jednak konieczność tego staje się jasna, gdy wspomnimy stale powtarzane niezgodne z tą zasadą próby tłumaczenia i przewidywania zjawisk społecznych. Do tych sprzecznych z zasadami naukowości prób zaliczyć należy często spotykane pochopne stwierdzenia o jakoby "zmieniających bieg historii" szczególnych wydarzeniach (bitwa pod Lepanto, odkrycie Ameryki, Powstanie Warszawskie itp.), wybitnych jednostkach (Aleksander Wielki, Napoleon, Einstein itd.), oraz ideach (zaratustrianizm, chrystianizm, marksizm itp.). Aczkolwiek bowiem wpływ tych epizodów odczuwalny jest wyraźnie w ograniczonej skali czasu i obszaru, to historia rozpatrywana w skali, w której zaciera się obraz chwilowych zawirowań, widzimy stały, jednokierunkowy tok zmian (rozwój?), o którego ogólnej tendencji wyraźnie decydują bardziej podstawowe czynniki. Jasne staje się, że w większym stopniu wymienione epizody są wytworem niż przyczyną historii, że np. bardziej niż fakt odciśnienia się osobowości Napoleona na wydarzeniach, jest oczywiste, iż w ówczesnej Francji powstały warunki wymuszające wykreowanie charyzmatycznej osobowości, że gdyby nie było Bonapartego, znalazłby się inny, że może nie powstałoby epizodyczne cesarstwo, ale proces demokratyzacji i uprzemysłowienia Europy postępowałby z niewielkimi jedynie odchyłkami od tego, co de facto nastąpiło, a stan obecny byłby dokładnie taki, jaki mamy.

Materializm, przy poszukiwaniu czynnika sprawczego w historii, wymaga wyselekcjonowania tego, co daje się zaobserwować w wielu zdarzeniach, na znacznej przestrzeni czasu i na dużych obszarach. Twierdzenie naukowe jest udowodnione, gdy jego słuszność potwierdza się w wielu przypadkach charakteryzujących się tym, że zachowane są nieliczne podstawowe warunki określające obszar stosowalności tego prawa tak, jak to jest np. z prawami Newtona słusznymi jedynie dla prędkości nierelatywistycznych i mas mniejszych od tzw. czarnej dziury. Zarazem, gdy mowa o zjawiskach społecznych, nie mamy możności prowadzenia doświadczeń w laboratorium, jedynym źródłem i sprawdzianem wiedzy jest tok dziejów. Prawdziwość twierdzenia opartego na metodzie marksistowskiej można uznać za wysoce prawdopodobną, gdy potwierdza się ono na określonym obszarze, w licznych faktach zaszłych w dostatecznie długim przedziale czasu i gdy potrafimy określić czynniki motywujące ludzi w kierunku przez to twierdzenie opisanym, a jego użyteczność dla przewidywania zdarzeń przyszłych należy uznać, jeżeli nie zauważamy zaniku tych motywacji w chwili obecnej.

Objaśniając kategorię materializm stosowaną w marksizmie należy podkreślić jeszcze, że marksizm zajmuje się prawami rządzącymi zachowaniem się grup ludności liczących wielu uczestników, gdyż pomijanie tego jest również przyczyną wielu błędów popełnianych głównie (ale nie wyłącznie!) przez przeciwników tej nauki. To fałszywe pojmowanie przejawia się jako zarzuty o redukowanie człowieka do ograniczonego "homo oeconomicus", lub do bezwolnego składnika stada, o negowanie indywidualności czy możności kierowania się ideą itp., czego przykłady znajdujemy m. in. w pismach Jana Pawła II, ks. Tischnera, prof. Staniszkis i in., zaś z innej strony błąd ten popełniają nagminnie stosujący dzielenie zwolenników lewicy na "prawdziwych" i "fałszywych". Są to oczywiste nonsensy, żaden bowiem rozsądny człowiek nie zaprzeczy temu, że w dowolnym zbiorowisku (ludzi, żyjątek, czy przedmiotów) indywidualne cechy różne u odrębnych indywiduów znoszą się wzajemnie, że zauważalne pozostają jedynie te, które są wspólne i że ten fakt bynajmniej odrębności jednostek nie przeczy (np. nie ma przecież sprzeczności w tym, że meteorologia pomija różnice właściwości składników powietrza tak przecież różniących się właściwościami jak tlen i azot). Cechami osobniczymi w sposób naukowy zajmuje się w odniesieniu do ludzi psychologia (tak jak dla cząstek powietrza chemia), a marksizm, choć w pewnej mierze z jej spostrzeżeń korzysta (szczególnie co do badań zachowań wspólnych dla wyodrębnionej grupy), to w pierwszej kolejności musi ograniczyć się do zjawisk masowych powtarzających się w możliwie dużym przedziale czasu.

2. Dialektyka

Nie siląc się na podanie definicji, ograniczę się do wyjaśnienia, czym przejawia się dialektyka w marksizmie. Otóż w pierwszej kolejności (1) jest ona zaprzeczeniem fundamentalizmu, a dalej (2) wskazuje na skomplikowaną sieć powiązań poszczególnych zdarzeń przez zależności przyczynowe, w czym (3) nie istnieje jednostronna zależność przyczyny i skutku czyli, że każde zdarzenie powoduje przemiany w tym procesie, który jest jego przyczyną i na koniec wyraża się ona tym, że (4) każdy rozwój następuje jako wynik ścierania się przeciwieństw.

I znowu, jak w poprzednim rozdziale, należy podkreślić, że tak rozumiana dialektyka nie jest związana szczególnie z marksizmem, lecz jest niezbędnym warunkiem naukowości, że - podobnie jak to jest z materializmem - wymienianie jej jako szczególnego warunku staje się zbędne, gdy stwierdzamy, że mowa jest o nauce. Jeśli bowiem ktoś w badaniach nie stosuje wymienionych zasad, nie jest naukowcem, wysnuwane przez niego wnioski są czystymi spekulacjami, czy fantazjami, które mogą działać na wyobraźnię, mieć jakąś wartość kulturotwórczą, pobudzać do myślenia itp. ale dla wiedzy o świecie rzeczywistym są bezużyteczne. Tak więc, podobnie jak to twierdziłem w poprzednim rozdziale, potrzeba dowodzenia, że marksizm traktowany jako nauka wymaga stosowania w nim zasad dialektyki, wynika z popełnianych błędów, jest konieczne jedynie dla sprostowania przesądów i nieuzasadnionych uprzedzeń. Bez tego zastrzeżenia, po stwierdzeniu, że marksizm jest nauką, dodanie uwagi o jego dialektycznym charakterze jest zbędne.

Ad "po pierwsze": Stwierdzenie, że nauka nie uznaje praw podstawowych, że fundamentalizm przeczy naukowości, budzi sprzeciw, gdyż w powszechnym wyobrażeniu, każda nauka ma jakąś niewzruszoną podstawę w postaci twierdzeń. Przecież będąca wzorem ścisłości matematyka opiera się na aksjomatach, a inne gałęzie wiedzy oddziaływujące na naszą wyobraźnię swoimi niezwykłymi osiągnięciami, dla większości ludzi przedstawiają się jako oparte o niewzruszone prawa, jak choćby prawa Newtona dla fizyki. Otóż z wyjątkiem matematyki jest to przekonanie fałszywe. Przykładowo wspomniane objaśnienie grawitacji i dynamiki powstało jako hipoteza na podstawie obserwacji spadania jabłka i ruchu planet wokół Słońca, gdy geniusz Newtona odkrył, że w tych dwu pozornie różnych zjawiskach da się zauważyć wspólny element - przyspieszenie ruchu skierowane do środka masywnego obiektu materialnego. To spostrzeżenie skłoniło naukowca do skonstruowania hipotezy, która stała się prawem, gdy przekonano się, że przewidywanie zdarzeń w oparciu o nie dają wynik zgodny z rzeczywistością, JEDNAK Z ZASTRZEŻENIEM, że nie zostaną przekroczone granice określone przez dokładność narzędzi wykorzystanych do tych obserwacji wykonywania. Nie ma więc w nauce fundamentów rzeczowych. Mamy zamknięty krąg uwarunkowań: prawa rządzące zjawiskami wynikają z badania zjawisk i - jak to dotyczy wspomnianych praw Newtona - stale podlegają falsyfikacji opartej o obserwacje coraz to nowych zdarzeń. Ta falsyfikacja zresztą często prowadzi do zaprzeczenia: prawa okazują się szczególnym przypadkiem bardziej ogólnych reguł, obowiązują tylko z ograniczoną dokładnością i w szczególnych warunkach (np. prawa dynamiki Newtona obowiązują jedynie dla prędkości nierelatywistycznych i dla masy mniejszej niż tworząca tzw. czarną dziurę). Na dodatek mamy jeszcze różnice prawdopodobieństwa (lub odwrotnie - stopnia pewności) między twierdzeniami nauk objaśniających zmiany obiektów dających się izolować, a naukami zajmującymi się skomplikowanymi zbiorami bardzo licznych i słabo ze sobą powiązanych elementów.

3. Nauka marksistowska czyli (3=1+2)

Po tych (1+2) wyjaśnieniach, jako ich podsumowanie czyli (3), można ponownie zastanowić się nad tym, jaką pozycję zajmują znane tezy często, a wg mnie błędnie, przyjmowane jako fundament i istota marksizmu. Mam na myśli walkę klas, wiodącą rolę proletariatu i krwawą rewolucję jako jedyną drogę postępu.

Zacytuję fragment rozprawy Dionizego Tanalskiego zatytułowanej "Czy śmierć socjalizmu?":
«W przedmowie do „Przyczynku do krytyki ekonomii politycznej” Marks pisał: „całokształt stosunków produkcji tworzy ekonomiczną strukturę społeczeństwa, realną podstawę, nad która wznosi się nadbudowa prawna i polityczna i której odpowiadają pewne formy świadomości społecznej. Sposób życia materialnego warunkuje proces społeczny, polityczny i duchowy w ogólności. Nie świadomość ludzi stanowi o ich bycie, lecz odwrotnie, ich byt społeczny określa ich świadomość”. Sekwencja myśli Marksa jest taka: decydującym o całym rozwoju jest sposób zdobywania środków do życia, czyli sposób produkcji. O nim zaś decydują siły wytwórcze, tj. narzędzia pracy i zdolności ludzi oraz wynikające z nich stosunki produkcji. Każda epoka ma takie prawa, moralność, jaki ma ustrój gospodarczy. Jednakże idee uformowane w różnych stadiach rozwoju uzyskują status samodzielny i same z kolei oddziałują na ustrój gospodarczy - mówiąc językiem cybernetyki - jest to sprzężenie zwrotne. Nierozumni i niekonsekwentni interpretatorzy marksizmu przyjmują sprowadzanie całego rozwoju społecznego, jakoby według Marksa, do czynników gospodarczych. Marks powiedział o nich: nie jestem marksistą.»

W przytoczonym urywku DT napisał o materializmie dialektycznym, które to dwa terminy są ściśle ze sobą związane i - jak to wspomniałem - omawianie osobno materializmu i dialektyki wymaga gwałcącego ścisłość rozumowania wypreparowania każdego z tych pojęć z ich nierozdzielnego związku. O ile zaś taka operacja w odniesieniu do materializmu wygląda względnie sensownie, z dialektyką, taką jaką mamy w marksizmie, sprawa jest trudniejsza. Do tego, o ile nadal pozostaje aktualny jej (wymagający obszernego tekstu) opis dokonany przez Hegla, gdy stosujemy ją w badaniu niezwykle złożonego przedmiotu, jakim jest społeczeństwo, konieczne jest uwzględnienie komplikacji wynikających z uwikłania w historię. A po trzecie, o ile czynnik powodujący zmienność w czasie występuje również przy badaniu zjawisk przyrodniczych, to zaznacza się on stosunkowo słabo. Np. gdy sporządzamy prognozę pogody, możemy śmiało założyć, że klimat pozostaje niezmieniony. Podobnie, gdy lekarz ma określić postępowanie mające zachować pacjenta w możliwie dobrym stanie zdrowia do końca życia, może z dużą dozą prawdopodobieństwa wykorzystać wiedzę o organizmie ludzkim zebraną w ciągu ostatnich stuleci. Nie ma jednak takiej pewności w stosunku do społeczeństwa, gdyż warunki określające jego reagowanie, przypominające znaczenie klimatu dla kształtowania pogody, czy praw fizjologii dla organizmu, wyraźnie zmieniają się jednocześnie z akcją, którą mamy opisać i przewidzieć jej skutki. Np. gdy chcemy przewidzieć rezultat wprowadzonej regulacji prawnej, to w czasie, gdy uwidocznią się skutki tej innowacji (z reguły dotyczy to najmniej kilku lat) nastąpi również zmiana gospodarki, obyczajów (moda, wzorce zachowań), wiedzy itp. na tyle znacząca, że pominięcie różnicy staje się niedopuszczalne - będziemy mieli do czynienia ze społeczeństwem wyraźnie innym niż było ono w momencie podejmowania decyzji.

Historia w tych rozważaniach jest więc czynnikiem nie dającym się pominąć, a dowodzi ona, że dzieje ludzkości przebiegają zarazem zgodnie z dialektyką marksistowską i ją definiują. Wciąż ludzie ulepszają narzędzia, rozwijają swoje umiejętności i powiększają wiedzę, to powoduje, że może ich żyć więcej i w większym komforcie, ale zarazem zmieniają środowisko przyrodnicze i coraz bardziej uzależniają się od społeczeństwa, gdyż proces produkcji i przekazywania wiedzy wymaga współdziałania coraz większych grup złożonych z osobników z których każdy jest wyspecjalizowany w jednej, coraz bardziej zawężonej i bogatej w szczegóły czynności. Powstaje sprzeczność między formą organizacji współdziałania, która wystarczała na niższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, a bardziej skomplikowaną siecią zależności powstałą w wyniku opisanego wyżej postępu, co prowadzi do konfliktów, a te powodują zmianę niekiedy gwałtowną - nazywaną rewolucją. Zmiana ta teoretycznie mogłaby przebiegać spokojnie, w praktyce jednak, każda forma organizacji społeczeństwa stwarza nierówny rozdział korzyści, a warstwy uprzywilejowane zagrożone utratą przywilejów stawiają nowościom czynny opór, który im jest silniejszy, tym gwałtowniejszą, często krwawą, wywołuje akcję, tym silniejsze powstają przy tym po obu stronach konfliktu emocje. A cały ten opis wzajemnie warunkujących się zdarzeń i zjawisk ma dać wyobrażenie o tym, co nazywamy marksistowską dialektyką.

4. Podstawowe twierdzenia marksizmu

Często wyrażana jest opinia, że istnieją twierdzenia stanowiące fundament marksizmu. Zwolennicy tego wyobrażenia wymieniają tu najczęściej istnienie walki klas. Marksizm nie jest jednak ideologią ani światopoglądem, jest nauką, co automatycznie narzuca mu stosowanie zasad materializmu dialektycznego. Nie posiada więc przypisywanych mu fundamentów takich jak konieczność walki klas, potrzeba walki z wyzyskiem, obowiązek obrony słabych, czy poszczególne inne twierdzenia Marksa. Te elementy występują w nim wyłącznie jako wnioski z marksistowskiej analizy historii poparte wynikami nauk przyrodniczych i wiedzą o psychice człowieka. Podstawę jego stanowi wspomniany materializm dialektyczny, który określa nie prawa, lecz metodę prowadzenia badań, a uzyskane, wspomniane w poprzednim zdaniu wnioski, należy pamiętać, sprawdzają się jedynie w określonych warunkach, w określonym czasie i w określonym obszarze.

Marks posługując się tą metodą wykazał istnienie zjawisk takich jak we współczesnym społeczeństwie, a badając zapiski historii dowiódł, że wszystkie konflikty mają jeśli nie podstawę, to istotne uwikłanie w podziale społeczeństwa na klasy, oraz, że zawsze powodem antagonizmu jest wyzysk, który prowadzi do ogólnego zubożenia społeczeństwa, do patologii dotykającej wszystkich bez wyjątku, także i szukających krótkowzrocznie postrzeganej, jednostkowej, własnej korzyści. W ten też sposób dowiódł, że gdy mamy do czynienia nie z pojedynczymi ludźmi, czy stosunkowo nielicznymi grupami, lecz obserwujemy masę ludzką przez dłuższy przeciąg czasu, okazuje się, iż decydująco na zachowanie społeczeństwa wpływają czynniki ekonomiczne, że byt określa świadomość a nie odwrotnie. Jednak należy podkreślić, że nawet te dwa (walka klas i ekonomia jako czynnik decydujący) - zdawałoby się fundamentalne - twierdzenia marksizmu podlegają falsyfikacji i nie ma pewności, czy w przyszłości lub w szczególnych warunkach nie okażą się błędnymi. Możemy tylko stwierdzić, że aktualnie żadne zarówno zdarzenia, jak i wyniki badań psychologicznych, antropologicznych i socjologicznych nie wskazują na taką ewentualność, że np. twierdzenie o walce klas wyodrębnionych przez warunki ekonomiczne pozostaje - jednak prawdopodobnie tymczasowo - słuszne.

Podobnie przedstawia się sprawa z jeszcze bardziej przypominającym fundament wiedzy o społeczeństwie spostrzeżeniu dokonanemu przez Hegla zwanym niekiedy triadą - teza, antyteza, synteza. Okazuje się bowiem, a badanie przeszłości i próby prognozowania potwierdzają, że rozwój odbywa się zawsze na drodze konfliktu jako rezultat zderzenia przeciwieństw. Sprawia to, że antagonizmy (w tym także walka klas) mimo iż przejawiają się w destrukcji, są nie tylko przyczyną, lecz nawet niezbędnym warunkiem udoskonalania warunków życia. Tak wygląda rzeczywistość, ale przecież często sobie wyobrażamy przyszłość, w której coraz lepsze systemy rządzenia będą powstawały bez wojen, źródłem postępu naukowego i technicznego nie będzie dążenie do zysku i dominacji, lecz czyste pragnienie służenia i poznania (w przypadkach jednostkowych zdarza się to obecnie) itp., nie więc ma pewności czy jutro nie okaże się, że to "bezwzględnie obowiązujące" prawo spełnia się tylko w ograniczonym zakresie warunków. Wszystkie naukowe twierdzenia egzystują w sposób obrazowo porównywany do węża zjadającego swój ogon: niby rządzą zjawiskami, lecz zarazem mają sens tylko o tyle, o ile z tych zjawisk wynikają jako wniosek i o ile zjawiska te słuszność owych reguł potwierdzają.

Tak więc, gdy chcemy poznać reguły rządzące postępowaniem mas ludzkich, musimy przywołać wiedzę o zmianach dokonanych w historii i doszukać się w nich prawidłowości, a następnie, odwołując się do postulowanego przez materializm doświadczenia wykazać, że spełniały się one w historii. Z kolei zaś, krytykując metodę marksowską zostawić w spokoju rozważania nt. ew. błędów popełnionych przez jednostki (Marksa, Lenina, Trockiego, Stalina itp.), a zająć się bezosobową nauką. Przecież mechanika klasyczna znajduje uznanie i jest powszechnie wykorzystywana do celów praktycznych nie dla tego, że Newton, Laplace i inni nigdy nie popełniali błędów, lecz dla tego, że jej tezy są sprawdzalne. A że o mechanice nie mówimy newtonizm, o meteorologii - torricellizm, zaś naukę o materialistycznym i dialektycznym badaniu społeczeństwa przyjęło się nazywać marksizmem? Ja w ew. dyskusji nad zmianą nazwy tego ostatniego udziału wiedzy nie wezmę. Po prostu ważna jest nie nazwa, lecz istota przedmiotu.

Przestrzegając przed fundamentalizmem i przed dogmatyzmem należy wystrzegać się przesadnego sceptycyzmu. Są twierdzenia, których prawdziwość wykazał Marks i jego następcy, a o których - jak wspomniałem - z całego doświadczenia historii, psychologii, ekonomii i innych gałęzi wiedzy wynika, że nie tylko zachowują swą aktualność, lecz również nic nie wskazuje na to, by w przyszłości mogły tą aktualność utracić. Twierdzenia te w praktyce działania społecznego i politycznego należy traktować jako podstawowe w takim sensie, w jakim np. w fizyce posługujemy się twierdzeniem o zachowaniu energii. Ten, kto twierdzi, że zachowanie energii nie może być podstawą obliczeń, jeśli nie zostanie na nowo udowodnione, nie jest fizykiem. Ten tytuł przysługuje tylko tym, którzy zdają sobie sprawę z tego, że niezniszczalność energii musimy uznawać za fakt przynajmniej do momentu, gdy ew. nastąpi odkrycie zjawiska jej przeczącemu. Należy najpierw w doświadczeniu doprowadzić do zaniku energii, a potem dopiero kwestionować prawo, a nie odwrotnie. I podobnie jest z tym, co nazywamy podstawowymi twierdzeniami marksizmu. Marksistą jest tylko ten, kto uznaje aktualność tych nielicznych praw, co do których nie istnieją racjonalnie uzasadnione wątpliwości, a zarazem wystrzega się fundamentalizmu i polegania na autorytetach. Kwestia ustalenia tak pojmowanego kanonu marksizmu winna być przedmiotem stałej dyskusji.

Następnym istotnym dla marksizmu jest wyobrażenie procesu/zjawiska społecznego, urzeczywistnianego przez masy ludzkie. Powstaje on/ono zawsze spontanicznie, powodowane w decydującej mierze przez zjawiska z zakresu ekonomii. Wszelkie oddziaływania innego rodzaju (ideowe, socjotechniczne, demagogia, stosowanie przymusu administracyjnego itp) nie są w stanie wytworzyć nieistniejącego zjawiska społecznego. Możliwe jest jedynie wytworzenie impulsu lub stworzenia pretekstu do ujawnienia się istniejącego a nie dość uświadamianego problemu i ew. w ograniczonej skali wpływać na obiektywnie istniejący i już ujawniony proces.

Realnie zaś proces/zjawisko istnieje, gdy jest pożądany przez większą część społeczeństwa, które jako całość posiada autonomię, jest w podejmowaniu decyzji praktycznie niezależne. Ściślej rzecz biorąc wspomniana, nadająca atrybut realności, większość może zawierać znaczący odsetek członków, o których nie można powiedzieć, że pożądają, a jedynie że sympatyzują, lub wręcz nie są gotowi czynnie występować przeciw temu procesowi. Pojmowanie słowa "większość" nie można przy tym sformalizować, historia daje jednak dowody na to, że siła wspomnianej realności urzeczywistnia się, gdy "pożądający" przytłaczają ilościowo garstkę przeciwników.

5. Czy Marks był marksistą?

Komentując z ironią wyczyny jakiś hurrarewolucjonistów Marks powiedział coś w tym sensie, że "jeśli to ma być marksizm, to ja marksistą nie jestem". Wiemy także, iż jego życiorys zawiera kilka epizodów nie pasujących do przedstawionych wyżej zasad marksizmu. Dotyczy to np. jego futurologicznych wizji przyszłego ustroju komunistycznego, które mu wypomniał Andrzej Walicki. Należy jednak podkreślić, że jeśli Marks ową futurologię nazwaną komunizmem rzeczywiście traktował serio, to przeczył samemu sobie, co sprawia, że jego wizja świadczy o nim samym, nie daje natomiast podstaw do zakwestionowania przedstawionej wyżej postaci marksizmu, który jest czymś niezależnym od niedoskonałości uprawiającej tą metodę osoby. Potwierdza to uderzający kontrast między ścisłością rozumowania widoczną w opracowywaniu wskazań na najbliższą przyszłość, w Kapitale i przy analizowaniu zdarzeń z wcześniejszych epok, a dowolnością wizji ostatecznego celu. Marks sprawdził się w swoich dziełach jako interpretator przeszłości i teraźniejszości, natomiast w przewidywaniu wydarzeń, które mają nastąpić, być może, zlekceważył ścisłość rozumowania.

Np. stwierdzenie, że ewolucja, jaka odbywała się przy przechodzeniu przez kolejne ustroje do aktualnego kapitalizmu, prowadzi do zaniku własności, jest typową ekstrapolacją: rzeczywiście pojęcia własności i wolności ewoluują w kierunku od pojmowania ich indywidualnego do bardziej kolektywnego, nie można jednak z takiej tendencji wnioskować, że proces ten zakończy się zanikiem jednego z tych dwu typów posiadania. Proces ten zachodzi obecnie i wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości nic pod tym względem się nie zmieni, ale nie można twierdzić, że w przyszłych, trudnych do przewidzenia warunkach bytowych i mentalnych trend ten się zachowa. Może się nawet odwrócić, choć zmiany kulturowej i ekonomicznej powodującej taki skutek wyobrazić sobie nie potrafię, czemu nie można się dziwić. Nasi przodkowie też nie potrafili wyobrazić sobie rozwoju elektroniki, informatyki itp. oraz zmian społecznych przezeń spowodowanych.

Podobne odejście od zasad uderza w opisie przyszłego ustroju przedstawionego bez choćby naszkicowania ram prawnych i organizacyjnych, w których na skalę globalną miałby ten system funkcjonować, utrzymywać porządek, zapewniać działanie przedsiębiorstw produkcyjnych, zaopatrywać ludzi w potrzebne im dobra i zaspokajać ich wszelkie potrzeby. Ta niekonsekwencja mogła wynikać z potrzeby chwili: Marks miał na celu uświadomienie ogółowi istoty zjawisk, doprowadzenie do tego, by odbywającym się spontanicznym wybuchom rewolucyjnym nadać postać pozwalającą uzyskać maksymalny efekt przy minimum strat i zniszczeń. Uzyskiwanie takiego masowego stanu mentalnego nie da się osiągnąć bez agitacji, na drodze dyskursu czysto racjonalnego, bez uciekania się do wyobrażenia wyraźnie i atrakcyjnie zarysowanego celu. Trudno chyba udowodnić, czy i w jakim stopniu Marks zdawał sobie sprawę z tego, że przekraczał granice właściwe jego metodzie. Wiadomo, że w tworzenie międzynarodówki zaangażował się nie tylko intelektualnie, lecz również emocjonalnie, co zawsze zakłóca równowagę umysłu. Wiadomo też, że istniejące stosunki własnościowe akceptował (zwłaszcza w życiu prywatnym) i wierząc w sens i powodzenie mobilizacji mas nie czynił nic, co wskazywałoby na osobiste przygotowywanie się na radykalną zmianę ustroju taką, jaką kreśliła głoszona przezeń wizja przyszłości.

Marks nie był teoretykiem, jego przemyślenia były podporządkowane dążeniu do osiągnięcia efektu praktycznego w myśl powiedzenia, że "nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria". I tak należy pojmować jego marksizm. Organizowanie społeczeństwa jest polityką, a tej nie da się prowadzić bez udziału ogółu obywateli, co szczególnie jest wyraźne na obecnym stopniu rozwoju ludzkości. Wymaga to pogodzenia dwu sprzeczności: werbowanie mas ludzkich wymaga przedstawienia wizji wyrażonej prosto i pobudzające wyobraźnię, opracowanie naukowe tematu wyklucza obydwa te postulaty, a polityk musi znaleźć i zastosować rozsądny kompromis.

Zastrzegłem wyżej, że "jeśli Marks komunizm traktował serio", gdyż rzeczywiście są podstawy do podejrzewania go o świadome tworzenie fikcji. Teksty bowiem, w których pojawia się zarys tego ustroju "Manifest komunistyczny" i artykuły polemiczne z okresu zabiegów o utworzenie i utrzymanie przy życiu Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników, miały za cel mobilizować ludzi do działania, co z góry wykluczało użycie w zdaniach trybu warunkowego i słów "jeśli", "być może" itp. Marks - jak to twierdzą jego biografowie - nie był teoretykiem. Interesowała go w pierwszej kolejności nie teoria, potrzebna mu jedynie jako narzędzie, lecz prowadził działalność praktyczną, która wymagała szczegółów i konkretu jedynie w odniesieniu do spraw bieżących. Odległymi czasowo wydarzeniami, które dla praktyka wymagają zaledwie orientującego zarysu, sądzę, że zajmował się niejako zmuszony do tego żądaniami niecierpliwego ogółu. Być może zdawał sobie sprawę z tego, że opracowywanie szczegółów na wzór Platona czy "Utopii" Morusa, jest stratą czasu, gdyż stają się one widoczne tylko wówczas, gdy znane są warunki bazowe i mentalność istniejące w chwili podejmowania decyzji, a tego żadne rozważania nie dadzą. Ostatecznie więc przewidywania uzyskane metodą marksistowską mogą dać duże prawdopodobieństwo zgodności z rzeczywistością tylko dla zdarzeń bliskich czasowo, zaś dla dalszych, im dłuższego dotyczą odstępu czasowego, tym ich dokładność jest mniejsza (znowu podobieństwo do meteorologii). W takim rozumieniu należy więc zdawać sobie sprawę z tego, że realizacji wskazań musi cały czas towarzyszyć obserwacja ewoluujących warunków bazowych i wynikające z niej wciąż powtarzane korekty programu.

Z kolei traktowanie materiału historycznego i zawarta w Kapitale analiza teraźniejszości są zdecydowanie marksistowskie, choć zastrzeżenie może budzić całkowite pominięcie ludów spoza kręgu cywilizacji europejskiej i dość powierzchowne potraktowanie w tym problemu ludności wiejskiej, co może było uzasadnione w silnie zurbanizowanej Anglii, jednak już we Francji (jak wskazuje dramat upadku Komuny Paryskiej), a tym bardziej w pozostałych krajach Europy prowadziło do poważnych błędów. Równie niemarksistowski był brak rzetelnej analizy przyczyn rozpadu międzynarodówki, której potrzeba utworzenia - jak sądzę - była przez M. uzasadniona należycie.

Należy również przypomnieć, że M. nigdy nie usiłował spisywać zasad rządzących jakąś ideologią, systemem filozoficznym itp. Jedynym jego dziełem, któremu można przypisać określenie "program", jest "Kapitał", w którym, wykorzystując opisaną wyżej metodę, dokonał on analizy systemu stosowanego przez narody Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, a oddziałującego na cały świat. Pozostałe jego pisma są to albo zaledwie szkice ("Manifest Komunistyczny"), albo, jak przedmowa do "Przyczynek do krytyki ekonomii politycznej" (http://www.marxists.org/polski/marks-engels/1859/ekon-pol/00.htm) oraz inne artykuły i listy, poświęcone są czy to bieżącym wydarzeniom, czy polemice z poglądami powstającymi z pominięciem przedstawionych wyżej zasad materializmu dialektycznego. Jedyny tekst ujmujący istotę marksizmu, jak ją pojmowali twórcy jego podstaw, przedstawił po śmierci Marksa Engels w drugim rozdziale dzieła zatytułowanego "Rozwój socjalizmu od utopii do nauki" (http://www.marxists.org/polski/marks-engels/1880/soc-utop/index.htm). Wszystkie inne prace nt. marksizmu, albo (jak tekst nin.) powstają w luźnym związku z poglądami Marksa, albo stanowią rozważania na temat, co napisałby M., gdyby zabrał się do systematycznego ujęcia swoich zasad ideowych.

Sądzę, że właściwym podsumowaniem tych wszystkich uwag będzie stwierdzenie, że Marks był marksistą w stopniu niedoskonałym, popełniał błędy tak jak każdy człowiek.

6. Sprawdzalność założeń marksizmu (metody marksistowskiej)

Tak wygląda w dużym uproszczeniu ten proces objaśniony zresztą przez Hegla, którego Marks był uczniem. Dokładny opis zdarzeń jest bardziej złożony, co oczywiście dialektyka uwzględnia, a co opisuje m. in. tzw. teoria chaosu. Już z tego, że postęp cywilizacyjny powoduje konflikt prowadzący do doskonalszej organizacji stwarzającej warunki do dalszego rozwoju widać, że nie da się w tym procesie określić, co jest przyczyną, a co skutkiem, tok tych przemian odbywa się w sposób ciągły bez wyraźnego początku i bez perspektyw na osiągnięcie jakiegoś "końca historii". Na dodatek poszczególne epizodyczne udoskonalenia techniczne i naukowe dające w sumie postęp, realizujące praktycznie wspomniany konflikt, lokalne i chwilowe spięcia, a w końcu podobnie drobne rewolucje, stanowią razem mozaikę, w której trudno zorientować się tym bardziej, że sieci powiązań między tymi wszystkimi zdarzeniami są splątane. Np. o ile poszczególne wynalazki i odkrycia potrafimy dokładnie określić, a często udaje się uzgodnić autorstwo i datę realizacji, to przypisanie konkretnej bójki lub sprzeczki ograniczonej liczby osobników do zdefiniowanego konfliktu społecznego (a szczególnie klasowego) jest bardzo trudne.

Powoduje to, iż nie jest możliwe utworzenie systemu stałych praw i reguł, w każdym przypadku konieczna jest analiza okoliczności warunkujących odbywający się proces. To, co było prawidłową wiedzą o zdarzeniach w Rosji w 1917 roku, nie musi sprawdzić się ani w tejże Rosji w 1930 roku, ani w 1917 roku w Polsce, ani - itd. Dialektyka jest zaprzeczeniem zarówno niezmienności jak i fundamentalizmu. W każdym przypadku, by zaproponować działanie, należy rozpoznać w obszarze rozgrywającej się akcji warunki bazowe (w znanej nam historii są to zasoby materialne, stopień zorganizowania społeczeństwa i panującą mentalność), na podstawie analogii historycznej przewidzieć dla tych warunków sposób postępowania, w miarę jego wdrażania wyciągać wnioski z zaobserwowanych błędów i na tej podstawie dokonywać kolejnych korekt.

Wynika stąd, że założona sprawdzalność, siłą rzeczy ograniczona do analizowania zdarzeń przeszłych nie jest procesem prostym. Dla stwierdzenia, czy metoda marksistowska daje rezultaty zgodne z rzeczywistością, musimy więc wybrać konkretną prognozę aspirującą do zgodności z marksizmem, ex post stwierdzić, jakie przy jej konstruowaniu popełniono błędy i na koniec podjąć próbę ocenienia, czy odstępstwa od przewidywań mieszczą się w granicach przewidywanych przez teorię a powiększonych przez błędy w prognozowaniu. Jest zarazem oczywiste, że popnieważ marksizm nie został ujęty w formuły matematyczne, określaniu wspomnianych granic dokładności nie może być ścisłe. Nie należy przy tym rezygnować z wykorzystania siły dowodowej analizy zdarzeń nie poprzedzonych prognozowaniem, co dotyczy nie tylko zdarzeń sprzed połowy XIX wieku, ale również współczesności, co prowadzi do wniosku, iż marksizm jest jedyną racjonalną próbą określenia praw rządzących historią zbiorowości ludzkich.

7. Próba marksistowskiego objaśnienia wydarzeń pomarksowskich

Jak wspomniałem w p. 5, twórcy marksizmu opisując przyszłość wyraźnie odeszli od - nieosiągalnego zresztą w odniesieniu od wszystkich teorii - idealnego, pełnego wykorzystania możliwości stwarzanych przez opracowaną metodę. Mimo tego, do Pierwszej Wojny Światowej rozwój produkcji, konfliktów międzyklasowych i wojen o rynki zbytu przebiegał zgodnie z ich przewidywaniem. Jedyna - jak sądzę - różnica polegała na tym, że perspektywa światowej rewolucji stawała się coraz bardziej mglista. Zarazem mnogość poglądów powstających na bazie marksizmu wskazywała z jednej strony na ograniczenia ludzi usiłujących tworzyć aktualny zestaw wskazań dla działalności, z drugiej zaś na konieczność wprowadzania zmian programowych spowodowaną ewolucją warunków bazowych.

W tej - jak to nazwałem - mnogości poglądów najbardziej zbliżona do ideału marksistowskiego okazuje się działalność Lenina, w której można wyróżnić zarówno ścisłe wiązanie teorii z praktyką, realizowanie dialogu (agitacja z uważnym wysłuchiwaniem opinii i uwzględnianie postulatów sformułowanych w wyniku dyskusji) zarówno z elitą jak i z możliwie szerokimi masami ludzkimi oraz stałe analizowanie wydarzeń nastawione na wykrycie ew. błędów i ich naprawienie. Zarazem Lenin w swoich rozważaniach teoretycznych, chociaż zamiast procesu globalizacji uwzględnił jedynie jeden z jego skutków nazwany przezeń imperializmem, zauważył nieaktualność wyobrażenia o rewolucji światowej i zaniku państw. Z kolei, czy to z jego własnej niewiedzy, czy w wyniku tego, że ani nie posiadał władzy absolutnej, ani do tego nie dążył, w powstałym ZSRR nastąpiło zdeformowanie rad robotników i chłopów, które z oryginalnej formy demokracji przeewoluowały w dyktaturę stalinowską. Przypuszczalnie zaważyły tu trzy czynniki o charakterze mentalnym: terror spowodowany przez pierwotne, tłumiące rozsądek pragnienie odwetu sprowokowanego przez bezwzględność kontrrewolucji, nierozwinięta zwłaszcza na wsi świadomość klasowa i głęboko zakorzeniona (wyraźnie widoczna zresztą także np. u współczesnych Polaków) skłonność do podporządkowania się autorytetowi przywódcy. Uwzględniając te niedoróbki i utrudnienia należy uznać za sukces zarówno trwanie przez 70 lat tworu, w którym do końca zachowały się wyraźne elementy ustroju określone programem opracowanym głównie przez Lenina, jak i pozytywne jego oddziaływanie na globalne procesy dekolonizacji i demokratyzacji. Uderza zwłaszcza porównanie z Wielką Rewolucją Francuską 1789-99 i z trwającą zaledwie kilka miesięcy Komuną Paryską. Widzimy więc znaczący postęp, który przypisuję wykorzystaniu (niestety w sposób daleki od ideału) w tworzeniu tego organizmu metody marksistowskiej, co potwierdza jej wartość.

Dalsze próby tworzenia programów działania w oparciu o marksizmu (np. Luxemburg, Trocki, Gramsci, Togliatti) nie dają możliwości przeanalizowania przydatności tej metody bez szczegółowych odwołań do obfitej literatury. Jest tak m. in. dlatego, że kierowana potrzebami chwili uwaga lewicowych myślicieli skupiła się na negatywnych skutkach stalinizmu, lub była przezeń deformowana.

Ogólnie stwierdzić należy, co stanowi poważne oskarżenie współczesnych marksistów, że marksistowskie rozpoznanie dziejów pomarksowskich wygląda bardzo źle. Uderza zwłaszcza brak poważnych prób zinterpretowania dziejów I-szej Międzynarodówki, która - w moim przekonaniu - była niezwykle ważnym wydarzeniem, o czym świadczą kolejne, niezdarne próby powtórzenia tego tworu. O ile przy tym można zrozumieć zaniedbanie tej pracy, przecież koniecznej dla zrozumienia stanu obecnego, przez pokolenia marksistów uwikłanych w walkę narzuconą przez przeciwników i w spory ze zwolennikami czy to nadgorliwymi, czy kierowanymi wybujałymi ambicjami, to nie widzę możliwości usprawiedliwienia współczesnych lewicowców uważających się za adeptów tej nauki. Obecnie bowiem, gdy marksizm został uwolniony od piętna oręża w zimnej wojnie, gdy znalazł ogólne (wyjąwszy zagorzałych politykierów) poważanie, a zarazem został w globalnej świadomości skutecznie zmarginalizowany, powstały zarazem i warunki dla dokonania sine ira et studio pod jego wskazaniami obrachunku historii, i także potrzeba pracy teoretyków, wyjaśnienia dlaczego, mimo swej aktualności nie inspiruje praktycznych działań, oraz jakich należy dokonać rewizji, by znowu stał się źródłem wskazań porywających masy?

A wspomniane oskarżenie nie jest czczym wymysłem, lecz wskazuje na ogólną degrengoladę. Innym jej przejawem jest przeczący ostatniemu zdaniu "Manifestu Komunistycznego" podział środowiska "marksistów" na nieliczne grupki izolujące się w imię zachowania "prawdziwej, nieskażonej ortodoksji". Uczestnicy tych partyjek, kół naukowych, komitetów redakcyjnych itp. podpierając się swoimi doktoratami filozofii, antropologii, ekonomii i socjologii z uporem godnym lepszej sprawy wmawiają sobie kontynuowanie myśli marksowskiej, która przecież nie istnieje oderwana od mas i od rzeczywistego wpływu na politykę. Nic dziwnego, że taki "marksizm" nie budzi sprzeciwu, wegetuje jako ciekawostka na wydziałach filozofii uniwersytetów kształcących kadry dla potrzeb różnorakich instytucji ubarwiających świat podlegających władzy kapitału, podczas gdy rzeczywiste procesy kształtujące ustrój świata przebiegają inspirowane przez popełniających błędy dyletantów w rodzaju Moralesa, Castro, Lula da Silva, przywódców Chin itp..

8. Marksizm a meteorologia - podobieństwa i różnice

Wspomniałem już, że poglądowo można przedstawić moje wyobrażenie o marksizmie zestawiając go z meteorologią, z którą wiąże go wiele podobieństw. Meteorologia bowiem, także bada prawidłowości zachodzące w masach, tyle że nie ludzi, ale luźno związanych cząstek powietrza i podobnie jak marksizm stawia sobie zadanie, by przewidując następstwo zdarzeń: wiatr, upał, gołoledź na drogach, mgłę utrudniającą komunikację lotniczą itd., wskazać odpowiednie sposoby postępowania zmniejszające straty. Podobnie też w obu tych gałęziach wiedzy pożyteczne są pojęcia, których rzeczywista postać trudna do zauważenia w skali jednostkowej (tzn. u jednego człowieka w przypadku marksizmu i odpowiednio - cząstki gazu dla meteorologii), nabiera sensu, gdy traktować ją w zamazującej szczegóły skali masowej. Są to: w atmosferze opisywane fikcyjnymi liniami (tzw. izobary) wyże i niże, oraz fronty, a w społeczeństwie klasy i zachodzące między niemi sprzeczności. Charakterystyczne jest przy tym, że o ile w realność i zmienność ciśnienia atmosferycznego nikt wśród nas nie wątpi, to mówienie o podziale społeczeństwa na klasy (a tym bardziej o antagonizmie klasowym) często wywołuje (nieraz gwałtowny!) sprzeciw nie tylko jedermanów, lecz również ludzi wykształconych. A należało by spodziewać się odwrotnego wyniku porównania. Przecież, o ile przed wynalezieniem barometru nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że powietrze posiada masę i podlega ciążeniu, to stały stan napięcia, a raczej walka, między panami i niewolnikami, między arystokracją i mieszczaństwem itd. są znane od niepamiętnych czasów. Tymczasem, nikt nie kwestionuje stwierdzenia o powstawaniu burz w wyniku ścierania się mas powietrza, natomiast np. papież Jan Paweł II stwierdził w jednym ze swoich pism, że marksizm - co ma dowodzić jego błędności - "postuluje" walkę klas. Przecież zarówno meteorologia jak i marksizm nie postulują odpowiednio istnienia frontów burzowych i zantagonizowanych klas, tylko stwierdzają realność tych pojęć i ich użyteczność.

Należy podkreślić, że ani meteorologia, ani marksizm nie zaprzeczają prawom rządzącym poszczególnymi składnikami, odpowiednio - atmosfery i społeczeństwa. Zdarzenia opisywane przez te nauki można przewidzieć - i to ze znacznie większą dokładnością - rozwiązując równania mechaniki dla każdej cząstki powietrza i rozpatrując psychologiczne uwarunkowania każdego człowieka z osobna. Jest to jednak praktycznie niewykonalne i wobec tego zmuszeni jesteśmy odłożyć na stronę zdarzenia indywidualne i szukać innych metod operując sztucznie wykreowanymi pojęciami mas powietrza i mas ludzkich. Po prostu w obu wypadkach mamy niewyobrażalnie wielką złożoność procesów zachodzących w zbiorowiskach elementów bardzo licznych, bardzo zróżnicowanych i poddanych bardzo różnym oddziaływaniom zewnętrznym.

Potrzeba tej uwagi wynika z często popełnianego błędu. Wciąż zdarza się bowiem, że nawet wykształceni ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że efekt działania zbiorowości może bardzo różnić się od tego, co wiemy o jednostce. I tak np. papież Jan Paweł II napisał był kiedyś, że marksizm traktuje człowieka jako homo oeconomicus bezwolnie kierowanego przez warunki bytowe, a na przeciwnej stronie podziału poglądowego, nasi socjaliści nagminnie osądzają, kto nie jest lewicowcem, na podstawie jednego lub kilku szczegółów zakładając w tej formacji absolutną jednolitość. Charakterystycznym jest, że błąd ten popełniają ludzie tylko zajmując się zjawiskami społecznymi, podczas gdy ta sama prawidłowość (różnica m. cechami elementu i masy) w meteorologii przyjmowana jest jako oczywista. Nikt nie twierdzi, że mówienie o przesuwaniu się mas powietrza przeczy istnieniu bardzo różniących się jedna od drugiej cząsteczek tlenu i azotu, ani nie uważa, iż wolniej od innych poruszająca się cząsteczka jest czymś obcym w gorącym wietrze. Najwyraźniej emocje, powstające podczas rozważania kwestii społecznych, zaciemniają umysły.

W konsekwencji wspomnianej wyżej złożoności, w obu przypadkach mamy zbliżoną dużą skalę niepewności przewidywań. I tak prognozy meteorologiczne zajmują się jedynie uśrednionymi zjawiskami na dość dużym obszarze: np. miejscowe burze zapowiedzieć z wyprzedzeniem jednodniowym można jedynie dla całej Wielkopolski, czy zaś nawałnica trafi nad Leszno, czy nad Rawicz można zapowiedzieć najwyżej na kilka godzin przed zdarzeniem, a podobnie trudne jest prognozowanie przemian społecznych.

Podobieństwo również dotyczy wykorzystania zdobytej wiedzy. Przeprowadza się co prawda zarówno próby wpływania na pogodę jak i eksperymentowanie nazwane inżynierią społeczną, efekty jednak w obu wypadkach są bardzo ograniczone. W praktyce więc tak samo wiedzę o przewidywanych zjawiskach atmosferycznych jak i o działaniach mas ludzi raczej należy spożytkować dla ograniczenia strat i powiększenia korzyści związanych ze spontanicznie odbywającymi się zmianami.

9. Problemy współczesnego marksizmu

W oparciu o powyższe tezy powstaje możliwość konkretnego przedstawienia zadań stojących przed współczesnym marksizmem. Jest to zamierzenie na miarę tego, co w swoim czasie przedsiębrali Marks i Engels, wyczerpanie więc tego tematu przerasta moje możliwości. Mogę jednak przedstawić niektóre praktyczne wskazania dotyczące nie tylko zainteresowanych marksizmem, lecz całej lewicy a przynajmniej jej polskiej części. W świetle tych wyjaśnień staje się mianowicie widoczne, iż po pierwsze zaniedbaliśmy pracę nad logicznym i historycznym uporządkowaniem wiedzy o zaszłych wydarzeniach oraz nad ich analizą, po drugie - wskazania dla działalności politycznej wykonujemy bez należytego ich oparcia na tak uzyskanych teoretycznych podstawach. Wiąże się to zresztą z ogólnym marazmem intelektualnym, o którym wielokrotnie pisałem apelując m. in. o wyjście z zamkniętych grupek o charakterze określanym jako "towarzystwo wzajemnej adoracji" stwarzających brak konfliktów i wynikające z tego bezrefleksyjne zadowolenia z siebie.

Złożoność aktualnie odbywających się przemian wywołana jest zarówno globalizacją jak i ogromnym i bardzo szybkim rozwojem cywilizacji. Zmiany są tak szybkie, że psychika ludzi nie nadąża z przystosowaniem się do nich. I tak np. o ile mentalność (memy) większości obywateli takich krajów jak Szwecja, Anglia, Szwajcaria i Francja dość dobrze dostosowała się do porządku demokratycznego wymagającego dyscypliny moralnej i poczucia odpowiedzialności indywidualnej w zespole, to np. Polakom bardzo trudno przychodzi wyzbyć się skłonności do biernego podporządkowania się autorytetom, z czego wynikają klientyzm i tolerowanie korupcji, skłonność do anarchii oraz powszechne zniechęcenie. Z kolei w krajach, w których samorządność jest zupełnym novum, niedostosowanie do propagowanego systemu jest tak znaczne, że niejednokrotnie usunięcie okrutnego autokraty zamiast rozkwitu samorządności powoduje chaos. Zarazem zaś siła ogarniających całą Ziemię powiązań i zależności wzajemnych jest tak znaczna, że nie jest możliwe, jak to było za życia Marksa, rozpatrywanie sytuacji w kilku najbardziej uprzemysłowionych krajach w oderwaniu od wydarzeń poza nimi. Tak więc dokonując wspomnianych uporządkowania i analizy przemian społecznych (czyli odbywających się w skali masowej) należy wyróżnić składniki wspólne dla całego globu, powiązane z poszczególnymi kręgami cywilizacyjnymi i na koniec z suwerennymi państwami. Wszystko to razem wskazuje na potrzebę kontynuowania prac rozpoczętych przez Marksa i Engelsa. Przede wszystkim chodzi tu o dokonywanie analizy wydarzeń współczesnych na wzór tytanicznej pracy dokonanej ongiś głównie przez Marksa.

Pod tym względem sytuacja przedstawia się źle. Z jednej strony ujawnia się tendencja do traktowania marksizmu jako filozofii (np. Etienne Balibar, Louis Althusser), z drugiej zaś do widocznego w określających się jako marksistowskie polskich kręgach, antynaukowego sekciarstwa. W obu tych kręgach widoczne jest nonszalanckie traktowanie rzeczywistości. Tam, gdzie klasycy wyprowadzali wnioski na podstawie analizy zgromadzonej obszernej faktografii, naszym "marksistom" wystarcza zestawienie kilku frazesów do tego, by rozwijać sieć skomplikowanych rozważań, lub by określić, kto jest prawdziwym socjalistą, a kto odszczepieńcem, czy nawet "zdrajcą" itp.. Nic więc dziwnego że w tej sytuacji lewica polska, pozbawiona teoretycznych podstaw zwyrodniała i straciła możliwość wpływania na politykę. Właściwe zrozumienie marksizmu, stwarza podstawę do racjonalnie uporządkowanych sporów; jest jednym z elementów działania koniecznego do naprawy. Wciąż mam nadzieję, że taki dyskurs powstanie.

Wyjaśnienia

[1] Np.:
Wikipedia: Marksizm – światopogląd polityczno-społeczno-gospodarczy wywodzący się z myśli Karola Marksa, a także, w mniejszym stopniu Fryderyka Engelsa.
Encyklopedia PWN 1965 r.: Marksizm – system poglądów filozoficznych, ekonomicznych i społeczno-politycznych stanowiący podstawę światopoglądu socjalistycznego.
Internetowa encyklopedia PWN: Marksizm – koncepcja stworzona przez K. Marksa i rozwijana przez jego następców w obrębie filozofii, ekonomii, socjologii i wszystkich nauk, które dotyczą człowieka i jego działania w świecie; schemat marksistowski zawierał 3 główne elementy: krytyczną diagnozę kapitalizmu, pozytywną wizję komunizmu oraz koncepcję przejścia od jednego ustroju do drugiego.
W Stanford Encyclopedia of Philosophy hasła "marksizm" nie ma.
Britannica Online Encyclopedia podaje definicję bliską przedstawionej przeze mnie: Marxism, a body [główna część, ew. również - podstawa] of doctrine [nauczanie, zespół twierdzeń] developed by Karl Marx and, to a lesser extent, by Friedrich Engels in the mid-19th century. It originally consisted of three related ideas: a philosophical anthropology, a theory of history, and an economic and political program. The written work of Marx cannot be reduced to a philosophy, much less to a philosophical system. The whole of his work is a radical critique of philosophy ... One could no longer be content with interpreting the world; one must be concerned with transforming it, which meant transforming both the world itself and human consciousness of it. This, in turn, required a critique of experience together with a critique of ideas. ... he examines each problem in its dynamic relation to the others and, above all, tries to relate them to historical, social, political, and economic realities.
[powrót]
[2] W cytowanym zdaniu A. W. wspomina co prawda, że ma na myśli jedynie szczególną, zniekształconą odmianę marksizmu, jednak zarówno tytuł książki, jak i cała treść, narzucają czytelnikowi przekonanie o tym, że wyprowadzone krytyczne wnioski dotyczą nie jedynie stalinizmu i jego pochodnych, lecz marksizmu w ogóle.[powrót]
[3] A. W. w jednym ze swoich pism wykazuje absurdalność tego przekonania wykazując, że poglądy Marksa do końca jego życia ewoluowały nie przyjmując formy uzasadniającej przypisanie jej bycia systemem filozoficznym. Sądzę, że Marks nie miał nawet takiego zamiaru, by utworzyć doktrynę w postaci zupełnego zbioru reguł obowiązujących zawsze i wszędzie. Stwierdził przecież wyraźnie "nie jestem filozofem".[powrót]

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. KONWERSATORIUM "DIALOG I PRZYSZŁOŚĆ". PRZECZYTAŁEM I APELUJĘ [2013-09-26].

Przeglądając w Internecie dzisiejsze doniesienia natrafiłem w serwisie "Portal gospodarczy" na notatkę, z której wynika, że istnieje jakieś konwersatorium "Dialog i Przyszłość" firmowane nazwiskami m. in. znanych działaczy lewicowych. Ponieważ dość uważnie śledzę wszelkie doniesienia o tym, co dzieje się na lewicy, zdumiało mnie, że nic o tym na łamach tej formacji nie zauważyłem i czym prędzej uruchomiłem wyszukiwarkę. W rezultacie dowiedziałem się, że poza newsowymi wzmiankami Gazety Wyborczej i jeszcze kilku innych czasopism nikt nie przedstawił owego konwersatorium na poświęconej mu stronie internetowej, i jedynie na prywatnej witrynie prof. Genowefy Grabowskiej natrafiłem na tekst, z którego wynika, że inicjatywa ta funkcjonuje od prawie dwu lat. Tekst ten zresztą relacjonujący bezrefleksyjnie, kto uczestniczył w spotkaniu i o czym mniej więcej mówił, przypomina spuszczenie wody w wiadomym miejscu i po wiadomej czynności. Narzuca się wprost czytelnikowi wniosek, że intencję Autorki wyrazić można zdaniem: „byłam tam, więc aby promować swoją osobę powinnam się tą bytnością pochwalić, a czy poza tym coś z tej imprezy może wyniknąć, to mnie nie interesuje”.

Całe zdarzenie przedstawiam jako precedens pozwalający zwrócić się z apelem do wszystkich lewicowców: przypatrzcie się swojemu postępowaniu, opamiętajcie się i zacznijcie lewicowcami być nie tylko z nazwy, lecz także w praktyce! Okazuje się bowiem, że uczestnicy tej formacji nie rozumieją tego, że lewicowość (a ogólniej demokracja, czy bardziej szczegółowo socjaldemokracja i socjalizm) nie może funkcjonować w środowisku izolujących się indywiduów. Rzeczywistym demokratą, lewicowcem, socjaldemokratą, socjalistą czy komunistą można być tylko w ścisłej łączności przede wszystkim z partią (ogólniej - ze swoim ugrupowaniem), a także z całym społeczeństwem. Wyraża się to w pierwszej kolejności nawiązywaniem dialogu: należy z jednaj strony dbać o to, by umożliwić innym poznanie poglądu (własnego, czy zapożyczonego), który uważamy za pożyteczny, z drugiej zaś dążyć do tego, by uzyskiwać wiedzę o przekonaniach ludzi i omawiać je w możliwie najszerszym gronie.

Jak realizacja tak wyrażonego warunku bycia lewicowcem przedstawia się w świetle przedstawionych tekstów dotyczących "Dialogu i Przyszłości"? Otóż przede wszystkim uczestnikom konwersatorium najwidoczniej nie zależy na tym, by ktokolwiek spoza wybranego grona miał możność włączyć się w dyskusję, a nawet jest im obojętne, czy ktokolwiek pozna merytoryczną treść wypowiedzi. Najwyraźniej wystarcz im fakt, że ich spotkanie będzie odnotowane w popularnej prasie, dając im rozgłos przydatny do kontynuowania kariery politycznej. Nikt nie podjął wysiłku, by konwersatorium zaistniało w Internecie mimo, iż założenie witryny, lub choćby kilku stron przy większym tytule (mam na myśli np. Kuźnicę, Przegląd socjalistyczny itp.) wymaga minimum starań i ew. kosztów. Najwidoczniej wśród uczestników obradującego gremium panuje przekonanie, że nie ma sensu upowszechniać swoich dylematów przedstawiając je ciemnemu ludowi, że wystarczy dyskusja w gronie osób mających ugruntowaną pozycję w urzędowej polityce, gdyż reszta tak czy owak nie ma żadnego znaczenia w realnym świecie. Tu przypomnę, że ludzi o takim nastawieniu nazywamy aparatczykami, co nie jest komplementem.

Jak o tym niejednokrotnie pisałem (np. "Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej", "Intelektualny regres polskiej lewicy" i in. ), opisany przypadek jest na lewicy typowym. Nawet najświetniejszy artykuł, a podobnie najbardziej wołające o pomstę do nieba brednie, nie znajduje odzewu w publicystyce lewicowej i to nawet w tym tytule prasowym czy internetowym, w którym został opublikowany. Ba, nie przypominam sobie, by któryś autor nawiązał do swoich wcześniejszych wypowiedzi. A przecież przypomnę, że o ile nawet najzjadliwsza krytyka jest jakimś wyrazem uznania, zwróceniem uwagi, to milczenie świadczy o totalnej bezmyślności. Brak reakcji na opublikowany pogląd kompromituje zarówno autora, gdy ten nie próbuje jawnie zanalizować przyczyn swojej porażki, redakcję, która przyjęła artykuł do druku i nie usiłuje wytłumaczyć ciszy wokół tego wydarzenia i wreszcie czytelników, których najwidoczniej nie stać choćby na wyrażenie swej dezaprobaty wobec takiej postawy obu wymienionych.

Nie sposób przy tym nie wspomnieć o szczególnie rażące na lewicy, widoczne także w omawianym przykładzie dotyczącym konwersatorium brakiem zainteresowania opiniami powstającymi wśród zwykłych ludzi: członków partii, czytelników publicystyki i całkowicie postronnych. Razi brak zainteresowania autorów i redaktorów tym, jak przyjmowana jest przekazywana przez nich informacja. Przecież nawet, jeżeli np. artykuły publikowane na witrynie „lewica.pl” po każdym artykule czytelnicy mają możność wypisać swoje uwagi, to widoczny jest całkowity brak zainteresowania tymi komentarzami. Uzewnętrznia się w tym, jak sądzę, przekonanie autorów i redaktorów o miernocie intelektualnej czytelników, którzy widocznie nie zasługują nie tylko na przedstawienie im podsumowania dyskusji, lecz nawet na to, by skorygować popełnione przez nich błędy.

Mając nadzieję, że wykorzystując opisane zdarzenie prasowe przedstawiłem dość wyraźnie błędy popełniane powszechnie przez lewicowców. Apeluję więc o zainteresowanie poglądami tworzącymi podkład myślowy naszej formacji politycznej, o ich propagowanie i komentowanie, o powszechną, obejmującą najszersze kręgi dyskusję, o ożywienie myśli.

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. INTELEKTUALNY REGRES POLSKIEJ LEWICY [2013-07-23].

Opublikowanie nowego numeru Przeglądu Socjalistycznego stanowi dobry pretekst do zastanowienia się nad przyczynami marnej kondycji polskiej lewicy. Mam na myśli widoczny w tym egzemplarzu, a typowy dla całej polskiej lewicy, nienormalny brak zainteresowania ideami, propozycjami programowymi i podobnymi produktami intelektu powstającymi w naszym środowisku. W omawianym numerze, a to samo dotyczy wszystkich znanych mi publikacji zaliczanych do nurtu lewicowego ostatnich kilkunastu lat, próżno szukać artykułu poświęconego rozpatrywaniu aktualnie publikowanej myśli politycznej. Nie widzę nawet, by ktokolwiek próbował, co jest przecież często i z pożytkiem dla czytelnika stosowane, podeprzeć się np. w formie przypisu lub dygresji sądem wyrażonym przez koleżeństwo po piórze. Doświadczenie wskazuje zarazem na to, że aspirujące do nowatorstwa i aktualności artykuły omawianego wydania PS, podobnie nie zostaną zauważone przez nikogo. A dotyczy to nie tylko takich tytułów jak „Kuźnica”, „Forum klubowe”, „Krytyka Polityczna”, „lewica.pl” itd., lecz także przyszłego wydania macierzystego periodyku. Ba, nawet nie znam zdarzenia, by któryś nasz lewicowy autor przypomniał swój wcześniej wyrażony sąd. Krótko mówiąc rzucone myśli nie doczekują się ani kontynuacji, ani polemiki, czy choćby pytań o szczegóły. Po prostu mamy na lewicy obraz kompletnej martwoty intelektualnej.

W konkretnym przypadku omawianego n-ru, co jest typowe dla wszystkich naszych publikatorów, nie ma artykułu lub choćby notatki o aktualnej myśli lewicowej. Mógłby jednak ktoś zaprotestować twierdząc, że – choć nie tak oczywiste – oznaki zainteresowania istnieją. Np. Andrzej Ziemski na stronie 7 napisał, że „diagnoza sporządzona na użytek m.in. Kongresu Lewicy, który zbiera się w połowie czerwca, zawiera wiele cennych spostrzeżeń i elementów programowych”, jednak czytelnik z cytowanego zdania dowiaduje się jedynie, że wspomniane treści Autor ponoć uważa za „ciekawe” (jestem przeciwnego zdania, ale teraz nie o to chodzi), co stanowi nic nie mówiący komplement. W dalszym ciągu tego samego artykułu A.Z. rzuca uwagę, że „wymagają one rzetelnego opisania i interpretacji. Do dziś tego nie zrobiono a niektórzy historycy żerujący na ludzkiej niewiedzy podrzucają wybrane fakty i opinie, aby je później wykorzystywać wyłącznie w walce politycznej” odnoszącą się do wspomnianych w tym samym akapicie zdarzeń. Wynika stąd, że Autor dostrzega zarówno sens i możliwość pisania o owej „diagnozie” w sposób dający się nazwać „zainteresowanie tematem”, jak i stwierdza ogólny brak tego „zainteresowania”, czym potwierdza moją opinię o istnieniu „martwoty intelektualnej” przynajmniej w odniesieniu do wspomnianej „diagnozy”. Zarazem uwidacznia się brak istniejący w artykule, zacytowane bowiem zdanie mogłoby skłonić czytelnika do namysłu, gdyby Autor przynajmniej wymienił kilka przykładów ilustrujących jego jałowe, rzucone bez wskazania dowodu i winowajcy, oskarżenie.

Podobnie nie jest – jak to nazywam - „zainteresowaniem poglądami” poprawny, lecz bezrefleksyjny, czysto formalny, podany w dalszej części artykułu opis aktualnego stanu lewicy polskiej. Razi tam szczególnie nazwanie ideowością „wyrazistej orientacji” (str. 12), co odniesiono do Millera. Jeśli bowiem nawet przyjmiemy, że, sprzeczne z własnym zdaniem głoszonym przed kilku laty, hasła głoszone aktualnie przez tego polityka nie wynikają jedynie z rozważenia koniunktury wyborczej, to przecież brak jakiejkolwiek dyskusji wskazuje na bezrefleksyjność ogółu członków, którzy kilka miesięcy wcześniej tak samo milcząco asystowali Napieralskiemu kokietującemu biznesmenów z BCC. Bierne podporządkowanie się dyrektywom przywódcy, a taki przebieg miało przyjęcie owej „wyrazistej orientacji” przez partię, nie jest ideowością! Nie jest też nią niepoddany wewnątrzpartyjnej dyskusji, a więc czysto werbalny, dokonany przez samowładnego lidera przekaz owej „wyrazistej orientacji”.

Opisuję te braki, które – zastrzegam - nie dotyczą tematu objaśnionego w tytule artykułu, gdyż są one charakterystyczne. Aczkolwiek więc w konkretnym przypadku Autorowi nie można zarzucić popełnienie błędu, to pozostaje faktem, że zarówno aktualny zeszyt PS, jak i cała publicystyka lewicowa są pozbawione tekstów omawiających idee i propozycje programowe przedstawiane przez zwolenników naszej formacji aktualnie żyjących w Polsce, a artykuły, w których ten wątek występuje ubocznie – jak to widać na powyższym przykładzie – bezrefleksyjnie omijają konkrety. Gdyby ten brak (ew. uproszczenie zamierzone przez Autora) miało miejsce tylko w nielicznych tekstach, nie byłoby sensu o tym pisać. Jednak w publicystyce lewicowej pomijanie konkretów jest regułą, a ta wstrzemięźliwość pozwala zachować miłą, ale zarazem zgniłą atmosferę charakterystyczną dla „towarzystwa wzajemnej adoracji” w którym nikt nie krytykuje, nie zadaje pytań, nie zgłasza wątpliwości. Zarazem ten brak sporów, pytań itp. towarzyszących próbom przedstawienia efektów przemyśleń świadczy o fatalnym stanie umysłów członków środowiska, w którym zjawisko to występuje. Jeżeli, jak to u nas ma miejsce we wszystkich znanych mi bardzo licznych przypadkach, myśl aspirująca do nowatorstwa nie znajduje żadnego odzewu, możliwe są tylko dwa wytłumaczenia: albo jest ona bublem intelektualnym, albo wszyscy przejawiają chorobliwe zadowolenie z siebie pozwalające lekceważyć to, czego mogą się dowiedzieć. Najostrzejsza nawet krytyka jest dowodem, że coś z pisania wynikło, podczas gdy przemilczenie kompromituje zarówno autora oraz redaktorów jak i czytelników.

Podobnie przygnębiające wnioski dotyczące stanu umysłowości polskiej lewicy wynikają z uwag nasuwających się po lekturze artykułu Bartosza Rydlińskiego „Dlaczego Centrum im. Ignacego Daszyńskiego jest potrzebne polskiej socjaldemokracji?” oraz z zanotowanych głosów w debacie nt. „Demokratyczny socjalizm - utopia czy realna perspektywa?”, w których - jak sądzę - widoczna jest powszechna w publicystyce lewicowej bezmyślność przejawiająca się brakiem autokrytycyzmu, przerażającą nieumiejętnością stawiania pytań (przypuszczalnie spowodowana blokadą czy autocenzurą umysłową) i epatowanie się wywoływaniem znanych nazwisk czy popisywaniem się znajomością historii, co - podejrzewam - stanowi rodzaj zasłony skrywającej odczuwaną (acz usilnie spychaną do podświadomości) miałkość własnych wywodów.

W pierwszej kolejności razi wielokrotne powoływanie się przez wszystkich Autorów na demokrację i jednoczesny brak wzmianki o niedemokratycznym, wodzowskim funkcjonowaniu SLD. Przecież jeżeli nawet np. pan Rydliński jakimś cudem tego faktu nie dostrzega, to winien zwrócić uwagę na powszechnie znane opinie Cimoszewicza, Kika i wielu innych osób. A taka przecząca podstawom lewicowości koincydencja chyba jednak zasługuje na omówienie bardziej niż obdarzenie CIT mianem „sldowskiej przybudówki”, czemu z jakiś przyczyn Autor poświęcił część swych wywodów. Podejrzewam zresztą, że nieświadomość pana R. jest udawana, o czym świadczy enigmatyczna wzmianka o "pragmatyzmie elit", który dotyczy również SLD, jako że ta (chyba ten?) "nacechowana jest w pewnym sensie skazą całego systemu polskiej demokracji przedstawicielskiej". No cóż, w istniejącym wodzowskim systemie sponsorowane przez partię "centrum" jest w praktyce prywatną własnością aktualnego lidera, a to wyklucza poruszanie spraw dlań niewygodnych.

Dodatkowo pan Rydliński stwierdza, że "odbudowanie pozycji polskiej socjaldemokracji" ma się urzeczywistnić przez "spotkania różnych progresywnych środowisk politycznych", co nijak ma się do rzeczywistej działalności CID ograniczającej się do produkowania kiepskich tekstów mających stworzyć "intelektualne" tło dla osoby Millera. Nie wiadomo też, skąd autor uzyskał wiedzę, że spowodowany przez postponowanie reguł demokracji zanik na lewicy zdolności do dyskusji Instytut zdoła naprawić. Wobec wielokrotnie wspominanego przez wszystkich Autorów ścisłego związku demokracji i socjalizmu logicznym jest zastanowienie się, czy może jednak wymagająca odbudowy „pozycja polskiej socjaldemokracji” jest spowodowana brakiem owej demokracji? Stanowczo teza o uzdrowieńczym działaniu jakiś „spotkań”, które jakoby mogą się odbywać tylko w CID, bez uzasadnienia okazuje się być rzuconą ot tak sobie „z kapelusza”.

Drugim – jak wspomniałem – przejawem bezmyślności jest brak wątpliwości (dubio ergo sum), brak pytań, które przecież narzucają się. Nie jest dla mnie zrozumiałe np. jak prof. Anna Siwik mogła pominąć milczeniem niepokojącą sprzeczność między pozytywnym wydźwiękiem opisu historii programu PPS a kompletnym brakiem efektów i aktualnym statusem partii kanapowej. Razi przy tym bezsens zdania wspominającego „alergiczną wręcz niechęć społeczeństwa do wszystkiego, co po 1989 roku kojarzyło się nie tylko z socjalizmem, ale z lewicą generalnie”, czemu przecież przeczą wyniki wyborów 1993 i zwłaszcza 2001 roku. Referat wygłoszony przez AS. miał być przecież wstępem do dyskusji. Jak w takim razie rozumieć zupełny brak wzmianki o tym, jak poszczególne fakty i oceny mogą być wykorzystane przy szukaniu odpowiedzi na pytanie czy socjalizm jest „utopią czy realną perspektywą?”. A są podstawy, by wątpić w realność np. sukcesu PPS w demokratycznych wyborach 1945 roku, czy w uzyskanie zgody na bezodszkodowaniowe wywłaszczenie majątków obszarniczych.

Podobnie trudno jest mi wyobrazić sobie związek między tematem debaty a referatem prof. Marii Szyszkowskiej naszpikowanym zaklęciami na demokratyzm i jakąś nieokreśloną ideowość, której jakoby brakuje lewicy a posiada ją PiS. Przy tym, po przeczytaniu tej wypowiedzi odniosłem wrażenie, że mówiąc o posiadaniu lub braku ideowości partii Autorka ma na myśli nie stan umysłów ogółu członków, lecz jedynie werbalne deklaracje lidera, osoba którego stanowić ma chyba istotę organizacji, podczas gdy reszta jest mało znaczącym dodatkiem.

Ogólnie całość wypowiedzi pani profesor oceniam jako zbieraninę frazesów, w której nie mogę dopatrzeć się jakiejkolwiek przewodniej myśli. Niby mamy końcowy wniosek, że w Polsce powinniśmy praktykować „socjalizm pacyfistyczny”, jednak jak to dziwo ma funkcjonować w realnym świecie i jakim sposobem ten wniosek ma wynikać z poprzedzającej go powodzi wzniosłych i podszytych dramatyzmem rozważań, pojąć nie mogę. Z całą zaś stanowczością, w oparciu o dane historii twierdzę, że społeczeństwo polskie, aczkolwiek posiada wiele wad, jest na tyle rozwinięte, iż wbrew twierdzeniu Autorki zarówno demokrację jak i socjalizm mogą być w nim urzeczywistnione. Należy natomiast zawołać „medice cura te ipsum”, gdyż widoczne w publicystyce pani MS: brak tak istotnego w działalności demokraty zainteresowania zarówno uczestnikiem dialogu (czytelnikiem) jak i pisaniną innych autorów (cechujące, jak wspomniałem, całą elitę lewicową), oraz zabrnięcie w filozoficznych rozważaniach nad socjalizmem w regiony oderwane od rzeczywistości wskazują, że zarówno w odniesieniu do demokratyzmu jak i socjalizmu winna pani profesor wiele przemyśleć i ewentualnie nauczyć się.

O to samo apeluję do Piotra Machalicy, z tą jednak różnicą, że jego główny błąd w pojmowaniu socjalizmu jakie dotyczy akceptowania sprzecznych z demokratyzmem praktyk stosowanych na lewicy, czy to w formie „niedostrzegania” wodzostwa Millera, oraz bezkrytycznego udziału w Centrum im. Daszyńskiego o dość podejrzanej, tajemniczej postaci (np. oficjalnie nastawione na dyskusje, dostępne jest jedynie dla osób i opinii wyselekcjonowanych wg. ściśle utajnionych kryteriów, które dają jako rezultat odrzucenie wszelkich wypowiedzi poza pozwalającymi utrzymać korzystny obraz lidera SLD).

Zresztą artykuł pana Piotra, choć w porównaniu z poprzednim posiada wyraźną logiczną strukturę prowadzącą do założonego celu (trochę jednak niedopasowanego do tematu debaty), również zawiera masę stwierdzeń przyjętych bez przemyślenia. Przecież przykłady choćby Szwecji lub republiki San Marino we Włoszech zdają się przeczyć przekonaniu, iż jeśli „demokratyczny socjalizm ma zostać urzeczywistniony, to tylko w skali regionalnej”, zaś twierdzenie, iż „powrót do Polski armii reemigrantów, którzy zetknęli się z europejskim modelem socjalnym połączonym z państwem neutralnym światopoglądowo może spowodować wytworzenie się w Polsce nowego elektoratu lewicy” ma sens jedynie, gdy założymy, że postulowany pobyt w obcym kraju obdarza delikwenta mocą nadprzyrodzoną.

Kończąc wyjaśniam, że nie analiza omawianych tekstów jest celem mojego listu i z tego względu pominąłem wiele innych krytycznych uwag. Chodzi mi o to, by zwrócić uwagę na powszechną na lewicy bezmyślność, głoszenie sądów bez należytego ich przemyślenia, a podobnie sprawa wygląda od strony odbiorcy – czytelnika. Nie widzę możliwości poprawy kondycji polskiej lewicy, jeżeli przynajmniej jej elita nie zdobędzie się na krytyczny ogląd publikowanych tekstów i dzielenie się powstałymi w trakcie lektury uwagami, pytaniami i wątpliwościami.

I jeszcze jedna uwaga: w międzyczasie Andrzej Ziemski opublikował (http://przeglad-socjalistyczny.pl/opinie/aziemski/938-ziemski) artykuł „Lewicowy projekt dla Polski”. Ponieważ jest to uporządkowana analiza stanu polskiej lewicy (pod każdym względem przewyższający trudnodostępną opinię o zbliżonej tematyce ogłoszoną na łamach Centrum im. Daszyńskiego), mógłby stanowić podstawę do dyskusji na bardzo ważny temat. Niestety, ani na witrynie Przeglądu Socjalistycznego nie można dopatrzeć się śladu zainteresowania wymianą zdań z czytelnikami, ani sam Autor nie podaje informacji o tym, jaką drogą można przesłać uwagi, a lektura artykułu nasuwa podejrzenie, że Autor swoje zdanie traktuje jako prawdę ostateczną.

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. NAPRAWIANIE RZECZYPOSPOLITEJ. [2013-06-30]

Jestem poruszony treścią witryny internetowej http://forum-z.cba.pl/, na którą natrafiłem 2013-06-30. Mimo, iż opisane tam skandaliczne wydarzenia stanowią - w moim przekonaniu - nie źródło, lecz objaw głębiej zakorzenionych wad naszego społeczeństwa, uważam, że przekonanie Autora witryny o konieczności czynnego przeciwstawienia się wskazanemu złu zasługuje na poparcie. Zastrzeżenie budzą jednak proponowane zmiany, które mają spowodować poprawę. Zawierają się one w trzech punktach:
1. Zlikwidowania przywilejów sędziów, jak immunitet, nieusuwalność i nieprzenaszalność.
2. Powołania Niezależnej Komisji Analiz Procesów NKAP, do analizy i oceny rażących przypadków wyroków naruszających prawo, podobnej do Angielskiej CCRC.
3. Wprowadzenia wyborów na sędziów i prokuratorów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych.
Znając ułomności naszej demokracji zarówno w skali państwowej (co dotyczy p-ktu 1-go) jak i lokalnej czy samorządowej (dot. p-ktu 3) obawiam się bowiem, że zaprowadzenie tych zmian spowodowałoby nie polepszenie, lecz pogorszenie sytuacji.

Być może, jak to twierdzi Autor witryny, zasady takie funkcjonują z powodzeniem w Anglii i innych krajach, w których odpowiedzialne zaangażowanie obywateli skutecznie ogranicza samowolę różnego rodzaju demagogów i populistów zręcznie wykorzystujących powszechną frustrację połączoną ze skłonnością do wyżywania się w piętnowaniu kogokolwiek i jakiegokolwiek powodu. U nas niestety zarówno poziom odpowiedzialności społecznej, poszanowanie prawa i świadomość potrzeby współdziałania o charakterze pozytywnym są bardzo niskie. W rezultacie chyba bardziej celowe niż domaganie się wspomnianych zmian prawa są inicjatywy wspomagające rozwój wspomnianych zalet obywatelskich. Np. w chwili obecnej wskazane jest zastanowienie się nad tym, jak każdy z nas może przyczynić się do uzyskania choćby niewielkich pożytecznych skutków wdrażanych właśnie przepisów gospodarowania śmieciami. I to niezależnie od tego, czy i w jakiej mierze powszechna krytyka postępowania administracji w tej sprawie jest słuszna. Jestem bowiem głęboko przekonany, że fatalny poziom organów porządkowych w państwie jest w głównej mierze zależny od tego, jak daleko jest nam do stanu idealnego tzw. demokracji uczestniczącej (vide Piotr Uziębło "Demokracja partycypacyjna" Wyd. Centrum Badań Społecznych, Gdańs 2009), która kształtuje się w codziennych, nieraz drobnych wydarzeniach.

powrót do spisu tekstów



Stach Głąbiński. MANIFESTACJE, PROTESTY, STRAJKI..

Po świecie rozlała się fala manifestacji, protestów i strajków budząc entuzjazm i nadzieje tych, którzy przygnębieni rujnującym większość świata kryzysem domagają się zmian. Strajkują nie tylko robotnicy, lecz nawet np. pracownicy linii lotniczych, a także studenci, którzy wraz z wykładowcami sprzeciwiają się komercjalizacji szkół, żądają bezpłatnej, dostępnej również dla niezamożnej młodzieży nauki. I właśnie artykuł poświęcony wydarzeniom na uczelniach dał pretekst do zastanowienia się nad powszechnym buntem. Czy i jakie możliwości wyjścia z kryzysu stwarzają te protesty?

Otóż skuteczność opisanych protestów jest znacznie zmniejszona m. in. przez to, że skierowane one są nie przeciw przyczynom zła, lecz przeciw objawom. Komercjalizacja – nie tylko edukacji, lecz całej naszej rzeczywistości – powstaje przecież wskutek uniezależnienia się finansjery od instytucji, które powinny narzucać wymagania wymuszające uwzględnianie interesu publicznego. Nie jestem przeciwny opisanym akcjom, lecz namawiam protestujących, by do swych haseł dołączyli – i to jako pierwszoplanowe – żądania np. opodatkowania transakcji finansowych (tzw. podatek Tobina), likwidacji tzw. rajów podatkowych, wspólnej polityki fiskalnej itd. Obawiam się, że zarówno buntujący się studenci jak i autorka przywołanego na wstępie artykułu mają poważne luki w znajomości podstaw ekonomii, a szczególnie jej gałęzi zwanej ekonomią polityczną.

Należy zdawać sobie sprawę z tego, że manifestacje przed nowojorską giełdą na Wall Street nie zagrażają finansjerze międzynarodowej bezpośrednio. Nawet ew. zburzenie tego budynku wraz z uśmierceniem tamtejszych urzędników i interesantów, podobnie jak zniszczenie WTC byłoby ciosem raczej w instytucje powołane do jej kontrolowania, a wielu nawet by ucieszyło zniknięcie przechowywanych tam dokumentacji. Majątek i istota rządzących finansami świata korporacji i osób nie mają jakiegoś centrum, uderzenie którego mogłoby im zaszkodzić. Ten "rząd świata" egzystuje jako twór złożony z wielu drobnych elementów rozmieszczonych zarówno w metropoliach jak i w krajach, w których bogaci nie płacą podatków i nikt ich nie pyta o źródła pochodzenia kapitału. Uderzenie w któreś z tych elementów nie wymusi zmiany podobnie jak nie zachwiały światowym kapitałem wywłaszczenia i represje podczas rewolucji bolszewickiej w Rosji, lub kary nałożone na wspierających Hitlera finansistów po II WŚ. W tym towarzystwie nie ma jedności i wzajemnych sentymentów. Tam bankructwo lub śmierć jednego jest zdarzeniem powszednim, a najczęściej po prostu daje korzyść pozostałym. Jedyny dostępny aktualnie sposób na ograniczenie samowoli tego "rządu", to międzynarodowa współpraca polegająca na kontroli operacji finansowych i ich opodatkowaniu.

powrót do spisu tekstów