Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt

powrót do spisu tekstów


OPINIE cz. 1


10. Stach Głąbiński. Lewica intelektualnie uboga.

Czytam w „Le Monde Diplomatique” (wyd. polskie) artykuł Zbigniewa Kowalewskiego „Kto odpowie za Irak?” i widzę, jak w jego treści odbija się smutna rzeczywistość intelektualnego uwiądu naszej lewicy. Nie chodzi przy tym o braki umiejętności logicznego i poprawnego językowo formułowania swojego poglądu, czy o niedostatek erudycji: te autorzy i redaktorzy lewicowych pism mają opanowane w stopniu nie gorszym niż ich koledzy z „Naszego Dziennika”, „Niedzieli”, „Tygodnika Powszechnego” itp., że wymienię np. prof. Nowaka, ks. Bajdę, K. Zanussiego i innych. Nie chodzi również mi o to, że przekonania Z. K. są „niesłuszne”, czy „nielewicowe”, lecz o widoczny w treści omawianego artykułu "nielewicowy" irracjonalizm, który o ile – być może – nie razi na przyznającej uczuciom pierwszeństwo przed rozumem prawicy, to po Marksie i po tragicznych doświadczeniach socrealizmu jest dla trzeźwo myślącego człowieka pozbawionym sensu anachronizmem. I nie miał bym powodu do utyskiwania, gdyby dotyczyło to tylko mniejszości autorów orientacji lewicowej. Niestety łatwiej jest wyliczyć tych, którzy jak Passent, Łagowski czy Żychiewicz potrafią dyskutować zwracając uwagę na rzeczowe objaśnienie swoich racji, niż tych znacznie liczniejszych, którzy są ślepo zapatrzeni w swoje podbudowane szlachetnym zapałem racje. Typowe jest likwidujące możliwość dyskusji pomijanie zasady „audiatur et altera pars”. Autor nie zwraca się do myślącego czytelnika, nie ma zamiaru rzeczowo zbijać argumentacji strony przeciwnej, zależy mu jedynie na tym, by maksymalnie udramatyzować opis i wzbudzać emocje.

Tak w omawianym artykule autor jasno przedstawia swoje przekonanie o moralnej nicości wskazanych przez siebie osób, natomiast uzasadnienie tego sądu jest - najoględniej się wyrażając - niezrozumiałe. Mamy więc liczne bezładnie zebrane, a za to do maksimum udramatyzowane przypomnienia tragicznych epizodów mających wzbudzić oburzenie czytelnika przy zupełnym braku racjonalnego uzasadnienia tezy, że odpowiedzialni za te wydarzenia są wskazani Polacy. Po prostu, ponieważ przed przybyciem naszych żołnierzy do Iraku zbrodni dokonywano w tym kraju na mniejszą skalę niż obecnie, wina Michnika, Millera i kogoś tam jeszcze jest udowodniona! Nic przy tym nie obchodzi autora fakt, że podobne okropności mają miejsce w Algerii, Egipcie, Pakistanie, Sudanie i w Centralnej Afryce. Nie jest dlań istotne, że sprawcami większości opisywanych masakr są arabscy ekstremiści, że tortur dokonywali Amerykanie. Jakiś iracki polityk wysunął "oskarżenia polskiej armii, że jest bandą pospolitych złodziei i paserów", że "Polacy rozkradli wyposażenie irackie i wywieźli je do swojego kraju, przemalowali i odesłali nam po cenie 2 tysięcy dolarów za karabin" i jest to w całym artykule jedyny zarzut, jaki odnosi się do piętnowanej odpowiedzialności naszych rodaków. Przy takim dowodzeniu winy IPN i ABW jawią się jako wzorce prawa i sprawiedliwości oraz racjonalnego i krytycznego traktowania faktów.

Ponieważ z doświadczenia jest mi wiadome, że ew. polemiści pokroju autora omawianego artykułu chętnie sięgają w dyskusji do argumentacji "ad personam", z wyprzedzeniem wyjaśniam, że o ile kilka lat temu uważałem decyzję udziału w wojnie przeciw Saddamowi za słuszną, obecnie zmieniłem zdanie: to był błąd. Zarazem jestem i byłem przekonany, że o ile Miller postępując wbrew woli większości członków partii przeciwnych włączeniu się do poczynań USA sprzeniewierzył się obowiązkom przewodniczącego SLD i powinien był za to odpowiedzieć przed sądem partyjnym, to jako premier mógł mieć przekonanie, że popiera go większość rodaków, bowiem pod tym względem sprawa nie jest oczywista. Co do odpowiedzialności za okropności mające miejsce w Iraku to ani w omawianym artykule, ani w innych znanych mi filipikach nie potrafię dopatrzyć się dowodów tego, że ktokolwiek z wymienionych "zbrodniarzy" świadomie i dobrowolnie łamiąc konkretne przepisy prawa przyczynił się do ich zaistnienia. Wrażliwość na cudze nieszczęście jest piękną cechą, która jednak staje się niebezpiecznym oszołomstwem, gdy wyraża się nierozważnym oskarżaniem.

I jeszcze uwaga: dochodzenie prawdy przez komisję sejmową jest potrzebne w wypadku, gdy okoliczności dotyczące decyzja podjętej przez członka rządu nie są jasne, gdy np. nie wiadomo, kto odpowiada za tekst rozporządzenia, lub czy nie doszło do korupcji. W przypadku awantury irackiej ani autor artykułu, ani inne znane mi źródła o takich wątpliwościach nie wspominają. W tej sytuacji wyrzut, że "żadna sejmowa komisja śledcza nie bada okoliczności udziału Polski w tej wojnie" nasuwa podejrzenie, że po prostu przedstawienia odbywające się w TV pod tytułem komisji śledczej wywarły na panu Kowalewskim tak silne wrażenie, że pragnie powtórzenia spektaklu jako seansu upokorzenia skazanych przez niego osób, co nb. nie świadczy dobrze o jego możliwości racjonalnego traktowania zjawisk medialnych.

Wspomniane lewicowe ubóstwo myśli daje się zauważyć w innych tekstach naszych publicystów. Np. Paweł Szelegieniec pisząc o naszych problemach ("Problemy z lewicą" "Le Monde diplomatique" 2010 nr 3 - wyd. polskie) wspomina - jakże słusznie! - o "oddolnej samoorganizacja ludzi pracy", przypomina nam, iż "wyzwolenie proletariatu musi być jego własnym dziełem", lecz niestety chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że wszechpanujący schemat każe nam wyobrażać sobie ten proletariat jako bezmyślną masę, którą poruszy "wódz" rzucający piękne hasło, czy jakiśtam "program". Mało kto jest świadomy tego, że wspomniana "samoorganizacja" w znacznej mierze dotyczy intelektu, myśli. Żaden wódz, czy nim będzie Napieralski ze swoimi "7-ma kotwicami", "konstytucją" lub innymi bredniami, czy mędrcy z "Krytyki Politycznej", albo z "Forum Klubowego" itp. nic nie zdziała, jeżeli jego (ich) agitacja nie będzie opierała się na wymianie, wzajemnym uczeniu się w możliwie szerokim gronie. Program nie wówczas zostanie zaakceptowany, gdy będzie zawierał "słuszne", "prawdziwie lewicowe" postulaty, lecz gdy powstanie jako wspólne dzieło. Wspólne przy tym oznacza, że nie może być podziału na myślącą elitę i kierowane masy. I nieszczęściem naszym jest, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Na każdym kroku daje się zauważyć dwojaki separatyzm: każdy "prawdziwy lewicowiec" w pierwszej kolejności dba o to, by nie skalać się nawiązaniem dialogu z jakimś "zdrajcą", "kryptoliberałem", czy innym odpowiednikiem tego, czym dla ortodoksyjnego Żyda jest "goj", a po drugie w stosunku do reszty przyjmuje pozę nauczyciela udzielającego swej wiedzy nieuświadomionym prostaczkom, co również powoduje wykluczenie, alienację.

Podobnym brakiem wywodu Pawła S. jest brak konsekwencji wobec - również bardzo słusznie postawionego - postulatu "odwołania się do dorobku marksizmu klasycznego", po którym mamy serię bardzo - moim zdaniem - trafnych uwag. Niestety, ten ciąg zostaje w pewnym momencie przerwany pustosłowiem w rodzaju "lewica musi szybko znaleźć wyjście z impasu i przejść do zaprezentowania atrakcyjnego i konsekwentnie lewicowego programu", lub naiwnych podszytych kultem wodzostwa pragnień w rodzaju "zobaczyć polityków ... na protestach" i marzycielskich westchnień jak "przełamie się impas w zaangażowaniu społeczeństwa", w których tle widnieje wspomniane intelektualne ubóstwo lewicy.

Na zakończenie jeszcze raz powtarzam: piszę nie po to, by zmienić czyjeś przekonanie w konkretnej sprawie (po prostu uważam to za sprawę drugorzędną), lecz z powodu niepokojącego panoszenia się na lewicy irracjonalizmu, wręcz głupoty. Jeżeli w naszej formacji twierdzenia oparte na emocjach i fundamentalistycznych "prawdach" pozostaną regułą, jeżeli wypowiedzi oparte na rzetelnym rozważeniu argumentacji za i przeciw nadal będą rodzynkami w cieście złożonym z bardzo szlachetnych, ale powierzchownie traktujących rzeczywistość porywów, pozostaniemy pozbawioną realnego znaczenia atrapą lewicy. Przy każdej okazji powtarzam, że agitacja oparta na emocjach i fundamentalistycznie traktowanych "prawdach" jest niezaprzeczalną domeną prawicy. Konkurowanie z nią na tym polu jest bez sensu. Lewica nie istnieje jeśli nie traktuje zjawiska społeczne racjonalnie czyli uwzględniając zarówno materialistyczne (rzeczowe) ich podstawy jak i dialektyczną złożoność i zmienność.



9. Stach Głąbiński. Aparatczykostwo – uwagi po spotkaniu z L. Millerem 2010-02-22 .

Kończąc w Gdańsku klubowe spotkanie poświęcone omówieniu sytuacji politycznej Leszek Miller stwierdził, że lewica za mało dyskutuje. Z tym zdaniem zgadzam się jednak zastrzegając, że przecież zwrot „za mało” oznacza, iż jakąś dyskusję, choć w niedostatecznej ilości, jednak lewicowcy prowadzą, a to moim zdaniem jest nieprawdą. Dyskusji, tej podstawy demokracji uczestniczącej, nie mamy wcale. Zdarzają się jedynie imprezy, które formą przypominają konfrontację sprzecznych opinii – przykład takiego zgromadzenia stanowi omawiane spotkanie – jednak jest to tylko pozór. Aby miała miejsce dyskusja rzeczywista, czyli taka w wyniku której następuje kształtowanie poglądów i rozpoznanie problemów umożliwiające ustanowienie ładu uwzględniającego różnorodność istniejącą w każdym zbiorowisku ludzkim, należy spełnić szereg warunków, które [muszę omówić]->[omówię] kolejno je numerując i przytaczając przykłady niedopełnienia wskazanych wymagań. Podkreślam zarazem, że aczkolwiek, jeśli chodzi o szczegóły, piszę o stosunkach panujących w mojej partii, w SLD, to ogólne wnioski dotyczą całej lewicy, tyle że jeżeli nie są tak wyraźnie widoczne w pozostałych ugrupowaniach, to fakt ten wynika wyłącznie z ich ograniczonej liczebności i z ich zmarginalizowania w kwestii dostępu do władzy.

1.
Przede wszystkim chodzi o równoprawność: strony biorące udział muszą mieć podobną możliwość wyjaśnienia swojego stanowiska i zapytania o niezrozumiałe sformułowania w wypowiedziach pozostałych uczestników. Ten warunek nie jest spełniony, gdy uczestnik siedzący „na sali” ma możność zabrania głosu tylko raz, a odpowiedź prowadzącego temat (w naszym wypadku L. Miller) zamyka sprawę niezależnie od tego, czy rzecz została wyjaśniona, czy nie. Doświadczyłem tego na sobie, gdy wypomniałem praktykowany od początku istnienia SLD brak wymiany informacji: zarząd partii, który swoje problemy i zamierzenia ukrywa przed całością partii, nie przyjmuje zarazem do wiadomości tego, czego chcą członkowie, a tym z kolei utrudnia porozumienie wzajemne. Otóż Miller odpowiadając skupił się, co nie wyjaśniało poruszonej sprawy, w zupełności na objaśnianiu sensu czterech decyzji, które wymieniłem przecież nie jako przykłady błędnych postanowień, lecz ponieważ zarówno przed ich powzięciem nie liczył się z opinią ogółu jak i po fakcie uniemożliwiona została dyskusja prowadząca do wyciągnięcia wniosków na przyszłość. W jednym tylko przypadku – nie zrozumiałem, którego z tych czterech zdarzeń to dotyczyło – stwierdził, że dyskusja była, gdzie jednak ją Miller dostrzegł i jak to możliwe, że śledząc wypadki uważnie fakt ten przeoczyłem, dowiedzieć się szansy mi nie dano.

Tu muszę wspomnieć, że tego rodzaju spotkania, na których prominentna osoba wykłada słuchaczom swoje widzimisię, a następnie odpowiada na pytania, przy czym każda odpowiedź choćby bezsensowna zamyka sprawę, są praktycznie jedyną namiastką dyskusji gwarantowanej w Statucie SLD. Uderza przy tym paradoks, że przecież taka impreza wymaga dużo więcej wysiłku i nakładu pieniężnego niż np. rozmowy prowadzone w Internecie dostępne nie dla szczupłej liczby osób mieszczących się w sali, lecz dla tysięcy. Gdyby np. przewodniczący partii (ongiś Miller, obecnie Napieralski) zamiast tracić czas i pieniądze na przejazdy do kolejnych miejscowości spisał swoje racje i umieścił na witrynie internetowej, gdyby zarazem obok uwidocznić przynajmniej niektóre uwagi odbiorców oraz wynikające z nich kolejne pytania i wyjaśnienia, oszczędność była by pod każdym względem ogromna, a ilość uczestniczących w takiej dyskusji jeszcze większa. Jedyne wyjaśnienie tego, że nigdy na SLD-owskich stronach internetowych wojewódzkich czy na stronie ogólnokrajowej nie pojawia się choćby ślad dyskusji, czy nawet pytań i odpowiedzi, że nie wykorzystuje się tego tak taniego i potężnego narzędzia, jest to, iż nasi prominenci boją się jawności, co jest cechą każdego tzw. aparatczyka. Słowa są ulotne, szybko zostają zapomniane, mówić można byle co, wystarczy tylko przybrać ton besserwissera, wyrażać się dobitnie i ze swadą, natomiast tekst napisany zachowuje swój pierwotny sens w całości przez lata. I o to chodzi! I to jest jedną z przyczyn słabości lewicy; ale dokładniej sprawę należy omówić w końcowym podsumowaniu tych refleksji.

Podkreślić należy, że uwagi powyższe dotyczą wymiany informacji nawet na zgromadzeniach o tak poważnej randze jak ogólnokrajowe kongresy, konwencje i sesje Rady Krajowej SLD, z tym jednak, że wspomniane zabiegi są tam staranniej kamuflowane, a repertuar stosowanych manipulacji znacznie bogatszy. Nie będę próbował zreferować ten temat w całości, ograniczę się do przykładu. Otóż jak zdołałem się dowiedzieć drogą nieoficjalną (jawnych informacji o tej sprawie, n. b. gwarantowanych członkom w Statucie, nie ma i nie było), na ostatnim Kongresie z okręgu dolnośląskiego partii wpłynął wniosek o zmianę w statucie ograniczającą usadowionym przy ogólnokrajowym Zarządzie SLD koteriom możliwość dowolnego sytuowania swoich protegowanych na listach wyborczych. Z niewiadomych mi przyczyn prezydium zgromadzenia nie odważyło się na przemilczenie tej sprawy. Zastosowano inną taktykę: odwlekanie rozstrzygnięcia przypuszczalnie w nadziei, że z biegiem czasu rzecz zostanie zapomniana. I tak najpierw, z jakiś „ważnych” przyczyn rozpatrzenie propozycji przełożono na konwencję (zarazem jednak starannie i skutecznie zadbano o to, by kwestia nie stała się wiadomą poza salą obrad), następnie pewnie również z „ważnych” powodów nie została podjęta na najbliższej konwencji i ... zobaczymy, co będzie dalej.

2.
Podobnie wątpliwa jest realność dyskusji, gdy ograniczony jest dostęp do udziału w niej{ i do poznania jej przebiegu}. Oczywiście, jeżeli tematem spotkania są sprawy o znaczeniu lokalnym (które n. b. są prezentowane na ogólnokrajowej stronie internetowej SLD wyjątkowo obficie), dostęp, wspomniany jako warunek podstawowy, jest konieczny tylko w obrębie rejonu, którego ta lokalność dotyczy. Nie wyklucza to oczywiście podania do wiadomości ogólnej, jednak to poszerzenie grona poinformowanych ma w tym przypadku znaczenie drugorzędne. I tak np. krótkie sprawozdanie z Konwencji Wyborczej SLD w Siedlcach 2010.02.20 umieszczone na witrynie ogólnokrajowej stanowi dla mnie wiadomość, która poszerza nieco moją wiedzę o partii, ale jako dodatek niekonieczny, gdyż wszystkie przedstawione do rozwiązania problemy (nb. pod tym względem sprawozdanie to jest niezwykle ubogie) dotyczą wyłącznie Siedlec. Zupełnie inaczej sprawa przedstawia się w wypadku omówionej w p. 1 propozycji zmiany Statutu SLD. Powiadomienie wszystkich członków o takiej inicjatywie, której przedmiot dotyczy przecież całej partii, oraz umożliwienie udziału w przygotowaniu decyzji, jest sprawą bardzo ważną, a zgodnie z Art. 8 p. 2.i Statutu powinno być przedmiotem szczególnej troski Zarządu Krajowego. I tu muszę stwierdzić, że takich wiadomości członkowie SLD nie otrzymują ani za pośrednictwem wspomnianej witryny, ani na zebraniach partyjnych, ani w żaden inny sposób, a dotyczy to zarówno spraw podejmowanych przez organa lokalne, jak i przez kongresy, konwencje, Radę Krajową oraz Zarząd Krajowy. Wiedza o wszystkich kwestiach dotyczących całej partii zostaje ograniczona do uczestników konkretnego zgromadzenia. Skala tego niedopełnienia jest tak uderzająca, że daje podstawę do postawienia zarzutu o celowe utrudnianie. Chociażby jednak było to jedynie zaniedbanie, faktem jest, że również ten kolejny warunek decydujący o realności dyskusji nie jest dopełniony w SLD, ale również w całej lewicy.

Opisałem zjawisko ograniczania informacji, jednak udział w dyskusji staje się fikcją również wówczas, gdy uniemożliwione jest przedstawienie własnego sądu całości partii. Przykładem tego jest fakt, iż L. Miller, gdy został usunięty z kręgu władzy, swoje żale wypłakiwał w jakiejś gazecie prawicowej; znając dobrze stosunki, które sam praktykował, wiedział bowiem, że z chwilą, gdy stał się zwykłym członkiem, możliwość przedstawienia poglądów ogółowi została mu odjęta. Podobnie zresztą dzieje się w momentach zawirowań wywołanych rozgrywkami międzykoteryjnymi, jak to zdarzyło się, gdy próba sił między klikami Napieralskiego i Olejniczaka spowodowała, że każdy z nich musiał uciec się do pomocy mediów (któryś z nich wyżalał się przez „Radio Z”, drugi w jakiejś gazecie). Nb. w wymienionych trzech wypadkach chodziło o sprawy typowe dla personalnych rozgrywek o władzę; w ogóle podejrzewam, że istotne problemy partii żadnemu z wymienionych głowy nie zaprzątają. Należy zarazem zastrzec, że na ogół forma w jakiej opinia członka partii jest wyrażona, oraz duża ilość zabierających głos, uniemożliwiają publikację całości. Są jednak znane powszechnie sposoby pozwalające każdą z tych trudności rozwiązać w sposób zgodny z zasadami demokracji uczestniczącej (omawianie ich pomijam ze względu na niedopuszczalne powiększenie tekstu), a w każdym bądź razie nie można zgodzić się na to, by wspomniane zastrzeżenie usprawiedliwiło praktykowaną przez zarządy likwidację dyskusji ogólnopartyjnej.

Poruszone wyżej ograniczenie udziału w dyskusji odbywa się dwojako. Nie tylko bowiem Zarząd Krajowy (a podobnie, choć w mniejszej skali, zarządy wojewódzkie) utrudnia dostęp do niej ogółowi członków, lecz jednocześnie sam odcina się od całości. Nawet bowiem, gdy osoba z kręgu władzy bierze (jak to pro forma jest praktykowane) udział w zgromadzeniu dyskusyjnym, nie znajduje to odzwierciedlenia w działaniach, do kierowania którymi przecież zarządy są powołane. Wygląda to, jakby obowiązywała zasada, iż prominent posłucha, co plebs wygaduje, sam coś tam powie, lecz następnie traktuje wydarzenie jako niebyłe. Np. nie znam żadnego wypadku, by w wypowiedziach liderów, lub w dokumentach partyjnych redagowanych przez kierownictwo był widoczny choćby ślad tego, że jakikolwiek szczegół miał związek z inicjatywą spoza grupy bliskiej przywódcy. Nie zdarzyło się nie tylko, by wymieniona została jako projektodawca (ew. współprojektodawca) konkretna osoba, lecz nawet choćby wzmianka w rodzaju "... potwierdza to powszechna opinia widoczna na wielu spotkaniach jak np. w Kielcach i Szczecinie, gdzie znaczna część zabierających głos domagała się ... itd.". Być może, zdarza się, iż jakaś inicjatywa ma swoje korzenie w sugestii wyrażonej poza ścisłym kręgiem uprzywilejowanych osób, lecz wyraźnie odbywa się to z pominięciem obowiązującej w demokracji jawności podejmowania decyzji. Sytuacja przypomina stosunki folwarczne, gdy właściciel, jeśli był łaskawy, pozwalał swoim fornalom w obecności pana czynić uwagi o gospodarowaniu, a czasem nawet odnosił z tego jakąś korzyść, ale wara parobkom od wglądu w tajniki podejmowania decyzji!

3.
Dyskusja, nawet gdy w jakieś szczątkowej formie istnieje, traci jednak sens, staje się fikcją, gdy jest oderwana od praktyki: wszyscy zainteresowani winni w miarę swoich możliwości poczuwać się do odpowiedzialności za to, by wynik debaty znalazł swój wyraz praktyczny, a zarazem o to by szczegóły powstania decyzji prowadzącej do wspomnianych wyników były wiadome jej uczestnikom, a ew. całej partii. Nie po to świadomy lewicowiec wstępuje do partii, by być klakierem na występach wodza, lecz po to, by odpowiedzialnie uczestniczyć w kształtowaniu polityki swego kraju. W p-kcie 2-gim wspomniałem już o całkowitym lekceważeniu "dyskusji" organizowanych z okazji wizyt prominentnych osób. Bardziej jednak drastycznego przykładu takiego marginalizowania opinii kształtowanej poza gabinetami koterii dostarcza los Platform Programowych, które przecież powołano dla umożliwienia formowania się różnych opinii i stworzenia im szans realizacji. Jak dobrze wszystkim wiadomo, platformy powstały i formalnie istnieją (na stronie internetowej SLD nie ma jednak o nich wzmianki), ale w rzeczywistości są fikcją. Jak do tego doszło? Zawiniło tu nie tylko omówione w p-kcie 1 "wodzostwo" (inicjatorzy platform są zainteresowani wyłącznie promowaniem swojej osoby), ale również fakt, że Zarząd Krajowy ani sam nie próbował wykorzystać praktycznie otrzymywane opinie, ani nie dopuścił, by stały się one przedmiotem obrad Rady Krajowej. Nastąpiło to z jawnym pogwałceniem "Uchwały Rady Krajowej SLD z dn. 16.12.2000 r. o trybie i zasadach funkcjonowania Platform Programowych", która nakłada obowiązek organom wykonawczym partii rzeczywiste i rzeczowe komunikowanie się z platformami. Stanowisko ZK można opisać słowami: "dyskutujcie sobie, nam to nie przeszkadza". Otóż nie po to wymyślił ktoś (autorstwo tej inicjatywy jest utajnione jak wszystko podobne) platformy, by przeszkadzały, lub nie przeszkadzały zarządowi, lecz po to by m. in. umożliwić niezależny od grupy wodzowskiej wpływ partii na działalność polityczną. Zarząd Krajowy jest zobowiązany wspomnianą uchwałą do zaznajamiania się z wnioskami platform i wykorzystywaniem ich pod kontrolą Rady Krajowej w praktyce, czego nie czyni, a by całkiem być wolnym od kłopotów, nie dopuszcza do tego, by niewydolnością platform zainteresowała się Rada Krajowa, lub ogół członków partii.

Nic też dziwnego w tym, że platformy programowe praktycznie nie istnieją, gdyż przewodniczący tych tworów zorientowawszy się, iż nie uzyskują przez nie wpływu, po kilkutygodniowej aktywności przestali się interesować pełnieniem swojej funkcji i wrócili do bardziej efektywnego uczestnictwa w dających realne osobiste korzyści korytarzowo-gabinetowych rozgrywkach. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nikt nie interweniuje w tej sprawie, jest prosta: członkowie platform, w których - na wzór całej partii - nie zaprowadzono procedur umożliwiających porządek demokratyczny, głosu nie mają, a osoby zarządzające, by skutecznie zaprotestować przeciw zmarginalizowaniu, musiały by odwołać się do członków przyznając im tym samym realne znaczenie, na co jako typowi aparatczykowie nigdy się nie zdecydują.

Innym przykładem pozbawionego przez nieefektywność sensu gadania jest to, czego widocznym przejawem są zeszyty czasopisma „Forum klubowe”, którego istnienie wg opinii (wypowiedzianej na spotkaniu w Gdyni 13 XI 2009) Grzegorza Napieralskiego jest dowodem intelektualnej aktywności członków SLD. Ten subsydiowany przez partię periodyk, który de facto jest organem silnie powiązanych z Zarządem Krajowym kilku stołecznych kół partyjnych, słusznie szczyci się potężnymi, z reguły obficie okraszonymi przypisami z klasyków myśli lewicowej, artykułami, relacjami z obsadzonych przez znane osobistości dyskusji i innymi, mniej już może reprezentacyjnymi tekstami. Niestety, mimo, iż – jak wspomniałem – środowisko, w którym odzwierciedlona w FK burza mózgów powstaje, obejmuje osoby mające realny wpływ na politykę partii, w działaniach SLD, oraz we wszelkich enuncjacjach pisanych czy wypowiedzianych, nie można się dopatrzyć nawet najdrobniejszego śladu tych myśli. Wygląda na to, że – jak to już wspomniałem w odniesieniu do występów prominentnych osób na spotkaniach – nasi liderzy jak typowi aparatczykowie żyją w dwu niepowiązanych wzajemnie światach: jeden istniejący na pokaz z mającymi pozór demokracji głosowaniami, „dyskusjami”, oraz przemówieniami pełnymi pięknych idei i drugi, rzeczywisty, w którym liczą się tylko międzyosobowe układy i PR-owskie demagogiczne zabiegi o to, by uzyskać „dodatkowe 2% poparcia”. Wspomnę jeszcze, że ten brak efektywności nie jest jedyną słabą stroną twórczości pokazanej w FK, ale to już nie dotyczy tematu mojej wypowiedzi. W każdym bądź razie widzimy tam przejawy jedynie indywidualnej aktywności umysłowej, co nie może być przypisane grupie, całemu środowisku, które cechuje intelektualny marazm spowodowany niedopełnieniem zasad demokratycznego uczestnictwa, w tym także przez omawiany brak rzeczywistej dyskusji.

4.
Kolejnym istotnym warunkiem, którego niespełnienie powoduje, że dyskusja staje się pozorną, jest otwartość uczestników na poglądy innych osób. Różne stosujemy tego zjawiska określenia mające na celu bliżej wyjaśnić, na czym owa „otwartość” polega. Mówimy więc o szacunku dla odmiennych poglądów, o tolerancji, o koniecznym sceptycznym podejściu do własnego przekonania itp.. Z góry jednak zastrzec trzeba, że owa „otwartość” w żadnym wypadku nie przeczy sile własnych przekonań, czego niestety wiele osób nie jest w stanie pojąć. Swoje racje należy dokładnie przeanalizować, by mieć co do ich słuszności absolutną pewność, jednak ten, kto uzyskawszy taki stan umysłu nie potrafi uznać, że jego przeciwnicy ideowi mają swoje racje, które należy uszanować, kto zarazem nie chce się w działaniu podporządkować woli większości, ten nie rozumie, co to jest demokratyzm, nie jest lewicowcem. I nie zaprzecza temu najszlachetniejszy rewolucyjny entuzjazm: agitacja, propagowanie swojego poglądu obowiązuje, ale poza dyskusją prawdziwy socjalista postępuje zgodnie nie z tym, co uważa za słuszne, lecz wg woli większości. Jeżeli zostałem przegłosowany, znaczy to, że albo nie potrafiłem należycie argumentować, albo jestem w błędzie.

Brak poszanowania cudzych poglądów, a raczej całkowite ich lekceważenie, widoczne u członków koterii sprawujących władzę omówiłem wystarczająco w poprzednich punktach wywodu, pozostaje opisać przejawy tego widoczne na sali opisywanego zgromadzenia. Ten brak był szczególnie widoczny w wypowiedziach znajdujących się na sali członków PPS. Np. weźmy pod uwagę stwierdzenie, że M. „chciał wprowadzenia podatku liniowego”. Otóż minimum przyzwoitości w tym wypadku wymaga podania, kiedy i w jakiej formie ta chęć została wyrażona, lub stwierdzenia, że stawiający ten zarzut nie ma w tej kwestii dokładnych wiadomości. Na dodatek, cytowane zdanie przypuszczalnie zawiera fałsz, gdyż jedyną znaną mi wypowiedzią M. na ten temat było stwierdzenie, że „można przedyskutować ewentualne skutki” takiego opodatkowania postulowanego przez UW, co nb. mogło być po prostu gestem związanym z szukaniem poparcia dla pakietu ustaw. Takie tendencyjne ustawienie argumentacji w sposób oczywisty rzeczową dyskusję uniemożliwia.

Innym przykładem braku omawianej „otwartości” jest fundamentalizm. Dyskusji nie będzie, jeżeli jedna ze stron założy sobie jakieś ostro zarysowane kryterium, które ma wykluczać uwzględnienie jakichkolwiek okoliczności nie mieszczących się w jego ciasnej definicji, inaczej mówiąc ma stanowić bezwzględny fundament oceny. Tak właśnie jeden z młodych członków PPS zarzucił M. ubrudzenie rąk krwią przez przyłączenie Polski do nieuprawnionej na rządy Husajna w Iraku napaści, po której obecnie dochodzi w tym kraju do licznych zabójstw. Zwraca w tym przypadku uwagę kategoryczność stwierdzenia przy całkowitym i dla mnie niezrozumiałym pominięciu okoliczności wspomnianych przez M. w odpowiedzi, oraz faktu, że zamierzone zabójstwa są tam dokonywane wyłącznie przez tzw. bojowników, którzy nb. usiłują uniemożliwić tamtejszej ludności udział w wyborach. Przy tym trudno sobie wyobrazić, by stawiający zarzut nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego krańcowo wyrażonego poglądu nie podziela znaczna część rodaków i to nawet krytykujących „awanturę iracką” (do tych sam siebie zaliczam). Na dodatek muszę przypomnieć, że takie stanowisko ma jakieś logiczne wyjaśnienie jedynie w przypadku fanatyka religijnego, który znając wolę bóstwa pozostaje niewrażliwy zarówno na argumenty jak i na liczbę wątpiących w jego posłannictwo. Ogólnie, jeżeli dowodzę, że zdanie kontrdyskutanta jest sprzeczne z zasadami uznanymi przeze mnie, szanse porozumienia są małe. Rzeczywista wymiana myśli następuje wówczas, gdy krytykujący zakładając poprawność poglądu przeciwnej strony, dowodzi istnienia w nim wewnętrznych sprzeczności.

Podsumowanie
L. Miller omawiając przyczyny osłabienia lewicy wspomniał, że w Polsce dodatkowym czynnikiem pogarszającym sytuację jest fakt, że nasza demokracja stała się „demokracją medialną”, a odpowiadając na mój zarzut braku na lewicy rzeczywistej wymiany informacji i opinii jako podstawy udziału ludzi w zarządzaniu partią i krajem wyjaśnił, że „demokracja wewnątrzpartyjna jest piękna, lecz wyborców nie zwabi”. Te dwa cytaty charakteryzujące mentalność typowego aparatczyka pozwalają zrozumieć tło i przyczynę opisanych w podanej wyżej wyliczance braków obejmujących nie tylko nieistniejącą dyskusję, lecz całą mizerię intelektualną lewicy i jej słabość. Widać w nich opaczne wyobrażenie istoty partii jako jedynie zaplecza elity posiadającej sama z siebie wszystkie dane potrzebne do sprawowania władzy czy to wewnątrz stronnictwa, czy w całym kraju. W rzeczywistości bowiem lewicowa partia ma być czynnikiem umożliwiającym uczestnictwo ogółu obywateli w kierowaniu państwem, winna pełnić rolę ogniwa łączącego władzę ze społeczeństwem, umożliwiającego tworzenie powszechnego poczucia odpowiedzialności za kraj. Przeświadczenie o tym, że to media stanowią jedyną drogę przepływu informacji, wynika z założonej bierności społeczeństwa i tą bierność potęguje. Doświadczenia historii dowodzą, że tylko wrastająca w społeczeństwo, będąca jego integralną częścią partia lewicowa zdolna jest sprawić, że władza nie będzie wyobcowana, że będzie rozumiała potrzeby ogółu, a ten będzie świadomy swojego udziału w rządzeniu i swojej odpowiedzialności za stan państwa. Że partia ta, by wypełnić swoją rolę, winna być włączona w proces powstawania decyzji aparatu wykonawczego, czego podstawowym instrumentem jest dyskusja. Jeśli jej nie ma, powstaje pustka stwarzająca miejsce na „demokrację medialną” podatną na demagogię. Aparatczyk tego nie rozumie, gdyż jest bez reszty pochłonięty wymyślaniem reklamiarskich sztuczek nastawionych na bezmyślnego odbiorcę. Te chwyty rzeczywiście, w trudnym do przewidzenia rozwoju wypadków, dają jednemu ze współzawodniczących ugrupowań krótkotrwały sukces, który sprawia, że naiwny obserwator mniej efektowną pracę ukierunkowaną na ukształtowanie intelektualnie czynnej, a zarazem wrośniętej w społeczeństwo partii, widzi jako utopię. Zarazem aparatczyk zdaje sobie sprawę z tego, że taka społeczność nie podda się biernie kierownictwu, lecz stawia wymagania. Że żąda więcej i staranniej sporządzonych informacji, więcej dyskusji i siłą rzeczy mniej czasu pozostaje na krygowanie się przed kamerą telewizyjną i na flirty z redaktorami mniej lub więcej poczytnych czasopism, mniejsze są możliwości tak miłego naszym prominentom reklamowania własnej osoby. Demokracja medialna nie „stała się”, lecz wytworzyli ją aparatczykowie, a zmianę kształtującej ich postępowanie mentalności może spowodować rzeczywista dyskusja.



8. Stach Głąbiński. O zagrożeniu demokracji w Polsce. Głos w debacie.

Otrzymałem zaproszenie na debatę na temat „Komercjalizacja przestrzeni publicznej. Zagrożenie dla demokracji?” organizowaną 2010-02-05. W załączonych pytaniach precyzujących cel przewidzianej dyskusji (Czy własność ogranicza wolność? Jaka jest rola przestrzeni wspólnej w demokracji? Co oznacza równość w wyborach? Czy obywatele mają wpływ na swoje otoczenie?) przejawiono chęć poszukiwania przyczyn niedostatków polskiego społeczeństwa, wśród których w sposób – jak sądzę – oczywisty wyróżnia się bierność ogółu obywateli w sprawach dotyczących zarządzania wspólnym dobrem, jakim jest państwo. Nasz porządek polityczny w sposób rażący odbiega od ideału nazywanego demokracją uczestniczącą. Władze państwowe i w znacznej mierze również samorządowe są wyobcowane ze społeczeństwa, powszechne jest przekonanie o zupełnym braku wpływu na państwo obywateli, którzy nie poczuwają się do osobistej odpowiedzialności za stan państwa, co w praktyce codziennej przejawia się m. in. używaniem w stosunku do władz określenia „oni”, nikłą liczebnością stronnictw politycznych i niechęcią do udziału w wyborach.

O ile widzę potrzebę tego rodzaju debaty, to nie mogę zgodzić się z wymową tematu, która wskazuje jednoznacznie na komercjalizację jako główną, lub przynajmniej bardzo istotną, przyczynę wskazanego zła. Uważam, że takie narzucone ukierunkowanie debaty jest szkodliwe, gdyż w moim przekonaniu powód okulawienia polskiej demokracji jest inny, a sugerowanie uczestnikom rozwiązania utrudni, a nawet może uniemożliwić uświadomienie sobie istoty rzeczy, której w omawianej sprawie nie potrafimy prawidłowo określić. A jest nią niezwykle silnie ogólnie ugruntowane błędne pojmowanie demokratyzmu, wyrażające się zwłaszcza w przeświadczeniu o decydującej w społeczeństwie roli autorytetu, przywódcy itp.. W ogólnym wyobrażeniu funkcjonowanie organizacji określa nie – jak powinno być – statut (ew. konstytucja), lecz jego wykładnia dokonana przez osobę lub grupę, która uzyskała pozycję dominującą. W rezultacie powszechności tego wyobrażenia o demokracji mamy stan zaprzeczający idei uczestnictwa. M. in. kierownictwo każdego istniejącego stronnictwa politycznego, zamiast wykonywać wolę ogółu członków, podejmuje decyzje samo. Typowego przykładu tej patologii dostarczył Miller włączając Polskę do awantury irackiej wbrew opinii ogromnej większości szeregowych SLD-owców, który to fakt we wszystkich debatach jest pomijany: dyskutanci zarówno z wewnątrz jak i spoza organizacji wyraźnie nie zdają sobie sprawy, że zasadniczym błędem było w tej sprawie nie co innego jak odstąpienie od zasad demokratyzmu.

W stosunku do tego zasadniczego zła deformującego polskie życie społeczne wpływ komercjalizacji – poddawanie się społeczeństwa wpływom reklam, manii zakupów itp. - jest zjawiskiem wtórnym. Nastawienie bowiem określane tym mianem oraz połączony z nią konsumpcjonizm są manifestacją genetycznie uwarunkowanego egoizmu, który jest temperowany nie tylko przez stale formujące działanie kultury, lecz również niekiedy przez konieczność wspólnego działania w trudnych warunkach (wojna, przemoc, katastrofa). Otóż, jeśli wystąpi również ta druga okoliczność, wówczas, gdy później sytuacja ulega poprawie, nasza skłonność do dbania wyłącznie o siebie zostaje uwolniona od jednego hamulca – ciężkich okoliczności. Widziałem to u nas, gdy po tragicznych czasach kolejno przedwojennej nędzy gospodarczej i następnie niszczącej okupacji hitlerowskiej, społeczeństwo w coraz większym stopniu uwalniało się od koszmaru walki o minimum egzystencji, co właśnie powodowało ujawnianie się postaw konsumpcyjnych i powstawanie warunków dla komercjalizacji życia. Należy pamiętać, że odbywało się to w warunkach administracyjnego ograniczenia swobody działań społecznych, która nieskrępowana stwarza warunki dla ugruntowania się nieegoistycznych postaw demokratycznych, czego pozytywne skutki widzimy np. u Szwajcarów, czy Skandynawów (jakie czynniki ograniczające inicjatywę obywateli wystąpiły w większości pozostałych krajów Europy Zachodniej i Ameryki Północnej oraz jakie wywołały skutki, to osobny i obszerny temat). Jak wspomniałem, w warunkach reżimu, ten czynnik nie mógł przeciwdziałać formowaniu się egoistycznych postaw roszczeniowych. Powstał w ten sposób grunt, na którym naiwnie demagogiczne, odwołujące się do korzyści osobistych hasła głoszone przez „Solidarność” (np. Wałęsa wielokrotnie stwierdzał, że gdy wybierzemy zarządzających państwem, wybierzemy oczywiście najmądrzejszych, a oni tak będą kierować gospodarką, że wkrótce automatycznie staniemy się równie bogaci jak ogół Europejczyków żyjących w warunkach liberalnej demokracji) znalazły większościowe uznanie. Niestety ten masowy aplauz przyczynił się do ugruntowania zarówno postaw konsumpcyjnych, jak i do bierności, do przekonania, że demokratyzm nie jest sprzeczny z poleganiem na autorytecie przywódcy, że kontrola sprawowana nad władzą wystarczy, gdy ograniczy się do odbywanych co jakiś czas wyborów.

Tyle mam do powiedzenia o uwidocznionej w temacie debaty komercjalizacji i o ukrytym w jej cieniu konsumpcjonizmie. Powtarzam, że przypisuję im rolę czynników wtórnych, takich jak wysypka, gorączka lub kaszel towarzyszące niszczącej organizm chorobie, którym nie należy poświęcać czasu i uwagi potrzebnych do omówienia głównej przyczyny zła. Tą zaś jest w moim przekonaniu brak demokratyzmu tym groźniejszy, że nie tylko dotyczy aparatu władzy i opozycji politycznej, lecz głęboko jest zakorzeniony w mentalności ogółu skłonnej do bierności i poddawania się autorytetom, a na dodatek – co jest dla mnie niezrozumiałe – niewidoczny dla publicystyki, nawet dla autorów odznaczających się wszelkimi walorami umysłu i charakteru (np. zapis debaty w lewica.pl).

Wskazany wyżej zarzut powszechnego niezrozumienia istoty demokracji wymaga omówienia objawów tego zjawiska, dowodów jego istnienia. Jeden fakt – błąd Millera – już przypomniałem, a podkreślam, że polega on nie na podjęciu niewłaściwej moralnie i politycznie decyzji (taki wypadek może zdarzyć się każdemu), lecz na zlekceważeniu woli partii i społeczeństwa, a widocznym w tym casusie przejawem fatalnej mentalności ogółu jest to, że żadnego z licznych krytyków naszego udziału w wojaczce zlekceważenie powszechnej opinii nie razi – pomijając bowiem kilka niejasnych wzmianek prasowych poruszających ten temat nikt o tym nigdy nie wspomniał.

Taki wręcz pogardliwy stosunek do – będącej przecież fundamentem demokratycznego porządku – woli ogółu cechuje wszystkie bez wyjątku osoby postawione na odpowiedzialnych stanowiskach urzędowych czy partyjnych i tak samo to postępowanie spotyka się z milczącą aprobatą społeczeństwa. Szczególnie fatalne następstwa mamy, gdy odbywa się to wewnątrz partii, są one bowiem organizacjami z założenia przewidzianymi dla transferowania uprawnień obywateli do skutecznego udziału w rządzeniu państwem i będące kuźnią kadr. Gdy nie udaje się zdemokratyzować stronnictw, nie jest możliwe realizowanie powszechnego udziału we władzy, stąd chcąc kontynuować podjęty temat będę nadal, podobnie jak we wspomnianym przykładzie, zajmował się demokracją wewnątrzpartyjną. Zaznaczam zarazem, że mówię o partiach lewicowych, gdyż tylko o nich mam wystarczającą do formułowania opinii wiedzę. Tak więc za podstawowe zadanie uważam uświadomienie członkom i sympatykom organizacji lewicowych szkodliwości degenerującego je nadmiernego polegania na wodzach i autorytetach.

W prawidłowym, zgodnym z założeniami demokratyzmu sensie, podstawę istnienia partii stanowi jej statut, istotę zaś ogół członków, którzy zgłaszają swój akces, gdyż pragną czynnie działać dla osiągnięcia celów w tym statucie wskazanych. Następnie członkowie wybierają kierownictwo i przedstawicieli, bez czego trudno jest uzyskać skuteczność poczynań. Jest jednak jeden warunek, bez spełnienia którego partia staje się tworem społecznie bezużytecznym: przewodniczący i zgrupowani wkoło niego aktywiści mają realizować nie swój – choćby najpiękniejszy – pogląd na praktykę wdrażania celów statutowych, lecz kierować się wolą partii, czyli ogółu jej członków. Oczywiście przewodniczący też jest członkiem, a wyróżnienie go w wyniku głosowania zobowiązuje do wysłuchania jego opinii z największą uwagą, ale jeżeli pozwolił sobie podjąć decyzję sprzeczną z przekonaniem większości (wspomniany wyżej casus Millera), a nie stracił swojego stanowiska, dowodzi to, że partia jest tworem niezdolnym do prawidłowego funkcjonowania. Oczywiste jest również, że badanie opinii ogółu w każdej sprawie jest niewykonalne, podobnie trudne jest bezdyskusyjne ustalenie, które działania mają rangę wymagającą szerokich uzgodnień, jednak jeżeli kierownictwo całkowicie zaniedbuje informowanie o podstawach swoich decyzji i o zastrzeżeniach wysuwanych także przez osoby z dalszych szeregów, jeżeli nie stwarza warunków umożliwiających obejmującą wszystkich dyskusję nad tymi kwestiami, mamy do czynienia z typowym ugrupowaniem „wodzowskim” – skupionym wokół samowolnego wodza zależnego (na podobieństwa ongisiejszych dworów monarszych) jedynie od rywalizujących między sobą koterii. A tak przedstawiają się wszystkie znane mi partie zwane lewicowymi, a nawet więcej – wszystkie formalne i nieformalne ugrupowania tej orientacji.

Otóż przeglądając statuty i składy członkowskie tak licznych partii lewicowych nie potrafię dopatrzyć się istotnych różnic uzasadniających tą mnogość. Wszystkie jednakowo odwołują się do troski o ludzi pracy i – niestety – we wszystkich członkowie biernie tolerują samowolę swojego wodza, który uzurpuje sobie nieomylność w interpretowaniu celów ogólnikowo wymienionych w statucie. Żaden bowiem ze znanych mi przewodniczących partii nie zdradza ochoty do podporządkowania się woli ogólnej, do równoprawnej dyskusji i do dzielenia się odpowiedzialnością za decyzje. We wszystkich organizacjach lewicowych widać wyraźny podział na „liczącą się” garstkę skupionych wokół „wodza” zaufanych członków koterii i na pozostałych - biernych statystów. Taki jest też powód widocznego rozdrobnienia, tak powstały wszystkie nasze ugrupowania. Mający bowiem swoje zdanie członek ma do wyboru: albo pozostać posłusznym potakującym szeregowcem, który pokornie czeka na okazję, gdy w wyniku jakiś toczących się stale w kierownictwie mimo pozorów jedności rozgrywek uda mu się wskoczyć do pierwszego szeregu, albo założyć swoją partię, w której on będzie wyrocznią. Taki też jest przebieg wszystkich odbywających się wyłącznie w gabinetach władzy rokowań „zjednoczeniowych”, w których widać wyraźnie, że jakieś tam niuanse ideowe są jedynie dodatkiem do ustaleń, kto jakie zajmie stanowisko we władzach, czy na listach wyborczych. Ten jest też powód hałasu towarzyszącego powrotowi do SLD Millera. Przecież gdyby chodziło jedynie o odzyskanie przezeń członkostwa w organizacji żyrardowskiej, nikt by się tym nie interesował. Jednak wiadomo, że wchodzi on na pozycję bliską centrum władzy, a zorganizowanie klaki stwarzającej pozór, że dzieje się to zgodnie z wymaganiami demokracji, jest wielokrotnie wypraktykowaną, rutynową czynnością – załatwi się bez kłopotu.

Nieszczęściem, a nawet chorobą bowiem każdego z działaczy, którzy – jestem o tym przekonany – posiadają szczerą wolę i przekonania lewicowe, jest brak zdolności wyobrażenia sobie tego, że z jednej strony większościowe uznanie swoich racji mógłby zdobyć w drodze dyskursu, z drugiej, że rzeczywista lewicowość wymaga bezwzględnego uznania woli większości, również w tym wypadku, gdy różni się ona od własnych przekonań. Powstaje błędne koło przyczyn i skutków: w każdej z naszych partii „wódz” nie toleruje dyskusji na skalę większą niż kręgi kilkuosobowe, lub tolerowane ze względów formalnych nieco liczniejsze spotkania z prominentną osobą, a absolutny brak możności rozmowy z całą partią sprawia, że nikt poza wolnym od tego ograniczenia „wodzem” nie znajduje warunków dla – jak to nazwałem – uzyskiwania poparcia dla swojego odrębnego zdania. Widać to wyraźnie na stronach internetowych, na których pierwociny ścierania się poglądów potrafię znaleźć jedynie u „lewica.pl” i „Krytyka polityczna”, gdy na pozostałych cenzura obowiązuje absolutnie. Charakterystyczne jest przy tym, że – co najwyraźniej jest widoczne na witrynie SLD jako skutek względnej liczebności tej partii – kierownictwo nie toleruje jakiejkolwiek wzmianki o inicjatywie programowej grożącej wywołaniem niekontrolowanej dyskusji. SLD-owski redaktor obficie raczy czytelników uszczypliwymi uwagami o przeciwnikach z ław sejmowych oraz opisami wydarzeń w centrum i w ogniwach prowincjonalnych, natomiast absolutnie pomijane są opinie wyrażane na sesjach Rady Krajowej, kongresach i konwencjach, zebraniach oddziałów i kołach. Dla systemu wodzowskiego niebezpieczne bowiem okazują się nie tylko uwagi krytyczne, lecz także wszelkie przejawy samodzielnego myślenia, nie będące kalką tego, co dyktuje wódz.

Innym przejawem powszechnego fałszywego rozumienia demokracji i wodzostwa będącego jego najgłupszą odmianą jest brak zainteresowania cudzymi poglądami. Każdy „wódz”, ponieważ jest pewny prawdziwości swoich wyobrażeń o lewicowości i sposobach realizacji sprawiedliwości społecznej, jest niezdolny do równoprawnego sporu ideowego czy programowego, uznaje tylko głoszenie swojej racji. Na lewicy nie mamy dyskusji, wygłaszane są jedynie monologi wysłuchiwane zresztą tylko przez wiernych wyznawców mówcy. By było inaczej konieczne jest jasne postawienie sprawy: jeżeli większość uczestników wymiany poglądów uzna za słuszne inne niż moje racje, bezwzględnie się tej woli podporządkuję, mimo iż sam zdania nie zmienię i nadal przy każdej sposobności będę pracował nad tym, by wszystkich o słuszności mojego widzenia sprawy przekonywać. Trudno, źle się stało, może nie potrafiłem dość jasno wyrazić się, a może – też zawsze należy się z tym liczyć – jestem w błędzie. Czyja była słuszność, okaże się niestety dopiero wówczas, gdy błędne działanie spowoduje szkody, jednak gorzej sprawy się potoczą, gdy zlekceważę podstawowy postulat demokracji – audiatur et altera pars. Inne podejście powoduje, że głoszenie najsłuszniejszego poglądu jest pozbawione sensu. A nieszczęściem naszym jest, że nie są tego świadomi nie tylko wspomniani kandydaci na wodzów, lecz dotyczy to wszystkich.

Stach Głąbiński
2010-02-02

7. Stach Głąbiński. O tym, czego Slavojowi Żiżekowi brakuje. Uwagi po spotkaniu z Żiżekiem w gdańskiej świetlicy KP.

Ponieważ ze względu na nadmiar chętnych nie było mi dane wziąć udział w spotkaniu ze Slavojem Żiżekiem (niżej p. 6) zorganizowanym 27 listopada 2009 r. przez gdański (trójmiejski) oddział Krytyki Politycznej, musiałem zadowolić się wywiadem, który przeprowadził z pisarzem Przemysław Gulda, opublikowanym 29 XI przez Gazetę Wyborczą (www.trójmiasto.gazeta.pl) pt. "Najpierw kopię, a potem wygłaszam kazanie". Z całej przedstawionej rozmowy zainteresowało mnie najbardziej zdanie: "domagam się powrotu do komunizmu", uzupełnione wyjaśnieniami dotyczącymi jakiegoś "nowego znaczenia" pojęcia "komunizm".

Otóż chodzi o to, że - moim zdaniem - Żiżek podświadomie (w tekście słowo "marksizm" nie występuje) tęskni za komunizmem takim, jaki wynika z teorii określanej jako marksizm, jednak nie potrafi - z jednej strony - sprecyzować, czym ten komunizm ma być ("...znaczenie ... źródłowe, odnoszące się do poczucia wspólnoty ... dóbr, zasobów, rządzenia."), - z drugiej zaś - ma bardzo mętne pojęcie o marksizmie, co zresztą jest charakterystyczne dla większości myślicieli interesujących się tą teorią, a znanych mi z lektury ich felietonów i innych tekstów.

Pominę zarówno wymagający obszernych i skomplikowanych wyjaśnień opis sposobu dokonanej przeze mnie penetracji podświadomości Żiżeka, jak i opis uzasadnienia mojego przekonania o zgodności wyniku tej operacji z rzeczywistym stanem umysłu pisarza, gdyż zależy mi głównie na tym, by dokonać próby przedstawienia bardzo często popełnianych błędów w rozumieniu marksizmu.

Po pierwsze więc komunizmu czy którejkolwiek innej formacji społecznej nie można zadekretować, ani nadać jej wymarzoną przez siebie postać. Ustrój może powstać tylko taki i w takiej odmianie, jakie są warunki bazowe: techniczne i mentalne. Marzenie Żiżeka miałoby sens jedynie wówczas, gdyby opisał on, stan aktualny tych warunków i następnie zdefiniował, jak (w kraju, w którym ma zaistnieć ów komunizm) należy rozwinąć technikę produkcji i jakie przedsięwziąć działania edukacyjne, popularyzatorskie itp., by osiągnąć stan możliwie bliski temu, który da podstawę do "poczucia wspólnoty ... dóbr, zasobów, rządzenia". Innymi słowy SŻ opisując idealny komunizm wymienił cechy wtórne, które - jak to wykazał Marks - wynikają w sposób konieczny z czynników je kształtujących. To tak jakby architekt projektując dom umiał powiedzieć jedynie ogólnikowo, że ma być ładny, wygodny i zdrowy nie precyzując jakie detale materiałowe i techniczne o tak opisanych walorach decydują.

Należy w tym momencie przypomnieć, że nasza rzeczywistość jest zmienna w czasie i poszczególne jej elementy wzajemnie siebie kształtują, czyli - jak to nazwał Marks - jest dialektyczna. Jeżeli więc określamy czynnik pierwotny, który decyduje o pozostałych składnikach tej rzeczywistości, stwierdzamy jedynie, że zależność tego elementu od okoliczności istniejących w danym momencie jest bardzo słaba, podczas gdy wpływ nań okoliczności, które miały miejsce w czasie przeszłym, bardzo istotny, może być różny. Np. jeżeli stwierdzamy, że "byt określa świadomość", znaczy to, że aktualne warunki ekonomiczne, w jakich żyje omawiana grupa społeczna (klasa, lub rzadziej plemię, wspólnota religijna itp.) oddziałują na większość ludzi tak silnie, że uśredniona mentalność obserwowana w masie, gdy wpływ jednostek ulega rozmyciu, wykazuje wyraźną zależność od tych warunków modyfikowaną jednak przez przeszłość. I tak w Polsce, jeszcze do połowy XX wieku, w klasie chłopskiej, dość jednorodnej pod względem poglądów społecznych i politycznych, występowały jednak wyraźne różnice między wsiami, w których przeważali spadkobiercy chłopów pańszczyźnianych, a osadami z przewagą elementu zdeklasowanego (drobna szlachta i mieszczaństwo).

Nie sposób także nie wspomnieć o tak istotnej dla marksistów kwestii doświadczeń, których dostarcza historia, a szczególnie rewolucje: angielska (Cromwell), amerykańska (Washington), francuska i zwłaszcza dzieje ZSRR. Widać np., że jedynie w stanach Ameryki Północnej, gdzie warunki narzucały konieczność współdziałania z zachowaniem indywidualnej inicjatywy, w społeczeństwie powstał zestaw memów umożliwiających trwałe rządy demokratyczne, podczas gdy w pozostałych przypadkach mentalnie ludzie do takiej formy ustrojowej nie byli przygotowani tak, że nastąpiła szybka ewolucja w kierunku despotii. Nasuwa się przy tym wniosek, że wczesny marksizm chyba nie doceniał znaczenia świadomości, czyli memów i skali ich (jej) - ograniczonej, ale odczuwalnej - niezależności od bazy technicznej. Zarazem wspomniane doświadczenia wyraźnie wskazują, że osiągnięcie stanu postulowanego przez Ż. jest bardzo trudne, gdyż wspomniane "poczucie" stawia przed ogółem członków społeczności bardzo wysokie wymagania moralne i intelektualne, czego dowodzi np. katastrofa ZSRR.



6. Stach Głąbiński. Spotkanie z trójmiejską Krytyką Polityczną.

2009-11-23 w nowootwartej gdańskiej świetlicy Krytyki Politycznej Paweł Śpiewak i Sławomir Sierakowski dyskutowali z udziałem publiczności o roli miłości, czy ogólniej - emocji w polityce lewicowej. Byłem tam, jednak zainteresowany nie tyle tematem sporu, ile instytucją noszącą nazwę Krytyka Polityczna, a szczególnie jej oddziałem trójmiejskim. W rezultacie, zamiast na gorąco spisać wrażenia z dyskusji, postanowiłem poczekać do następnego spotkania zapowiedzianego trzy dni później. Jakoż okazało się, że omówienie sylwetki Slavoja Żiżeka - lewicowego pisarza i myśliciela przez prof. Tomasza Szkudlarka całkiem odebrało mi ochotę zajmowania się poprzednim spotkaniem. Niestety - pojawiła się zarazem perspektywa uczestnictwa w dyskusji z Żiżekiem zapowiedzianej na następny dzień. Oczywiście wybrałem się tam i ze względu na napływ zainteresowanych odszedłem od drzwi zatarasowanych przez napierający tłum. Na koniec całkowitej zmiany swoich pisarskich zamierzeń dokonałem po przeczytaniu wywiadu w Gazecie Wyborczej, co miało zastąpić niedoszłą obecność na spotkaniu z pisarzem, gdyż całkowicie uwagę zwróciłem na kwestię uczestnictwa naszego trójmiejskiego społeczeństwa w rozmowach o polityce i na zdanie wypowiedziane o komunizmie przez SŻ.

O ile w tej drugiej kwestii spróbuję wypowiedzieć się osobno, przedstawiając swoją ukształtowaną opinię, to obserwacje poczynione nad uczestnikami spotkań dyskusyjnych potrafię przedstawić jedynie w postaci pytań: Czy ogromne zainteresowanie Żiżekiem wynika z jego lewicowości, czy z opinii wiecznego i kwestionującego wszystko kontestatora? Na czym polegają i skąd powstają różnice między spotkaniami organizowanymi przez gdańską świetlicę KP z jednej a zebraniami Klubu WMP z drugiej strony? Czym należy tłumaczyć miałkość dyskusji wywołanej tematem tych licznych spotkań, w których miałem okazję w ciągu szeregu lat uczestniczyć (szczególnie zastanawia brak prób pisemnych, a więc dokładnie przemyślanych wypowiedzi)? Czy jest ona oznaką braku zainteresowania lub zaangażowania? - chyba nie? Przecież sądząc po obfitości blogów i komentarzy na tzw. forach reakcja w postaci uwag pisemnych jest w naszym społeczeństwie typowa. O czym świadczy wyraźny podział na dwie grupy wiekowe? Itp.

Na koniec pozostaje wspomnieć kwestię zainteresowania, jakie wzbudza samo środowisko Krytyki Politycznej i jego samookreślenie się w stosunku od innych znanych mi ugrupowań lewicowych. Wiele w tym widzę niezrozumiałych zjawisk, których wyjaśnienie - jak sądzę - spowodowałoby racjonalizację rozwichrowanego życia politycznego naszego kraju.



6a. Stach Głąbiński. Głos w dyskusji o mediach lewicy. (30.07.2009 r).

Redakcja kwartalnika "Beton" zapowiedziała na 2009-07-20 spotkanie dyskusyjne na temat "Media lewicowych organizacji w Polsce". Nie mogę wybrać się do Warszawy, by skorzystać z możliwości wyrażenia swojej opinii w tej ważnej kwestii, nie mniej chcę zabrać głos w dyskusji, co wykonuję przez e-mail. Prawdę mówiąc ten sposób wyrażenia z wielu względów bardziej mi odpowiada niż wypowiedzenie się w trakcie rozmowy. Przede wszystkim mogę dokładnie przemyśleć treść. Druga sprawa to ulotność mowy (dicta flaviant, scripta manet), co w połączeniu z ograniczoną pojemnością pamięci słuchaczy sprawia, że często nawet przekonywujące dowodzenie ulega zapomnieniu w natłoku licznych wygłoszonych opinii. I jeszcze jedno: tekst pisany ma tą zaletę, że niezainteresowani mogą go sobie pominąć, lub pozostawić na sposobniejszy czas.

Przez media rozumiem głównie Internet. Słowo drukowane traktuję jedynie jako niewiele dla mnie znaczący dodatek, którego jedyną cechą użyteczną jest - z punktu widzenia możliwości odzyskiwania pieniędzy wyłożonych na działalność publicystyczną - względna trudność kopiowania. Niestety bowiem, wśród znanych mi lewicowców, konieczność wywiązywania się z należności finansowych jest traktowana w sposób zupełnie nieodpowiedzialny, co szczególnie daje się zauważyć przy zbieranie składek partyjnych, klubowych itp.. Zarazem jednak przyznać muszę, że w preferowaniu czytania z monitora jestem wyjątkiem wśród zwolenników zadrukowanego papieru. Liczę jednak na to, że te przyzwyczajenia ulegną zmianie.

Druga sprawa, którą muszę zastrzec na wstępie, to moje przekonanie o błędnym ujęciu wytycznych do dyskusji: "w jaki sposób oddziaływują na odbiorców i jakie powinny być cechy lewicowego pisma we współczesnej Polsce, aby zyskało aprobatę czytelników", jak to przedstawiono w zawiadomieniu. Uważam bowiem, że fatalny stan czytelnictwa prasy lewicowej nie jest - jak to sugeruje zacytowane zdanie - zjawiskiem samoistnym, lecz jest jednym z licznych przejawów błędnego pojmowania lewicowości dotyczącego wszystkich znanych mi środowisk tej formacji ideowej. Nasi zwolennicy nie rozumieją, że lewicowość wynikająca z racjonalnego traktowania społeczeństwa polega na obiektywnym, materialistycznym traktowaniu doświadczanej rzeczywistości i na uwzględnieniu dialektycznej złożoności zjawisk. Podstawowy, wynikający z takiego podejścia wniosek jest ten, że założeń programu działania nie można tworzyć w oparciu o idee, jakieś wieczne, niezależne od zmiennej rzeczywistości prawdy, lecz muszą one uwzględniać również analizę warunków istniejących, czego nie osiągnie się bez czynnego udziału mas ludzkich, których dobru ten program ma służyć. Konieczna jest wciąż powtarzana rzeczowa analiza warunków bazowych wykonywana nie przez wyobcowaną elitę, lecz z realnym udziałem społeczności.

Udział elit (szczególnie dotyczy to krańcowo wynaturzonej ich postaci - "wodza") jest konieczny, lecz muszą one (on) być organiczną częścią ogółu. Trzeba zarazem zdawać sobie sprawę z tego, że elita czy wódz, jeśli nie jest bezwzględnie podporządkowana masie, natychmiast wynaturza się, wyobcowuje ze społeczeństwa, co właśnie widzimy u naszej lewicy obfitującej w "wodzów" i grupujące się wokół nich kręgi zaufanych, wielbicieli itp.. Tak więc, zarówno w ogólnej ocenie stanu polskiej lewicy, jak i w szczególnym elemencie tego stanu - fatalnej kondycji mediów (dotyczy zarówno redakcji jak i odbioru) widzę przejaw: 1 - braku obiektywnego spojrzenia na warunki określające sytuację, 2 - niezdolności do dialektycznego, pozbawionego dogmatów myślenia i 3 - wynikającego z w.w. wyobcowywania się jednostek, powszechnej alienacji przyjmującej formę wspomnianego "wodzostwa", inaczej mówiąc - braku dialektycznego wiązania zdolności indywidualnych z działaniem jako część całości.

Te wymienione nasze wady dotyczą głównie życia partyjnego, w którym są bardziej widoczne. W mediach sytuacja jest nieco lepsza i skutkiem tego wielu wydaje się, że redagując swoje niezależne od stronnictw medium, mają prawo do pouczania i wybrzydzania, jest to jednak przekonanie bardzo szkodliwe, utrudniające rozpoznanie i naprawę własnych błędów. A przecież, jak to postaram się wykazać, redakcje i grona współpracowników każdego z naszych publikatorów nie są tworami działającymi racjonalniej niż nasze godne pożałowania partie, lecz podobnie każda stanowi towarzystwo wzajemnej adoracji, skupione wokół mniej lub bardziej wyrazistego "wodza". Krąg ten charakteryzuje już nie tylko niemożność zrozumienia innych, lecz wręcz brak zainteresowania zarówno konkurencyjnymi grupami, jak i swoimi istniejącymi czy potencjalnymi zwolennikami-czytelnikami, których traktuje się jako biernych odbiorców przekazywanych myśli.

Najwyraźniej wspomniane w poprzednim zdaniu cechy kręgów redakcyjnych przejawiają się w publicystyce omawiającej słabość lewicy. Autorzy niechętnie podejmują ten temat wykazując przy tym obawę przed konkretem. Nie udało mi się np. w całej publicystyce lewicowej znaleźć próbę analizy stosunków między poszczególnymi redakcjami. Wydawało by się, że wzięte jako przedmiot badania jakiekolwiek dwa zespoły albo mają poglądy idealnie zharmonizowane i wówczas oczekiwałbym współpracy, a nawet zjednoczenia, albo w przeciwnym wypadku wyartykułowania przyczyn takie współdziałanie uniemożliwiających. Stanowisko w rodzaju: wy nie przeszkadzajcie nam, my podobnie wam, jest bardzo wygodne, ale intelektualnie jałowe. A przecież nie tylko nikt nie podejmuje tego rodzaju analiz, lecz niezwykle rzadkie i ubogie treściowo, dotyczące drugorzędnych szczegółów są polemiki. Widzę w tym chorobliwe skupienie się na sobie samym, brak zainteresowania lewicą jako całością, wyobcowanie, które wymieniłem uprzednio jako p.3.

Jak dalece to solipsystyczne nastawienie kaleczy nasze środowisko przejawia się również brakiem sporów wewnątrz owych wyizolowanych kręgów. Np. w dwumiesięczniku "Forum Klubowe" często spotykam zdania dotyczące tematu poruszonego przez innego autora kilka miesięcy wcześniej, a zarazem pozbawione odniesienia do poprzednika (za to częstokroć obficie zaopatrzone wątpliwej wartości odnośnikami do klasyków). Wynika to częściowo z braku (często - obiektywnie rzecz biorąc - niestety usprawiedliwionego) zainteresowania tym, co piszą inni. Większość naszych autorów narcystycznie zapatrzonych jest wyłącznie we własną twórczość.

Inną jednak przyczyną tego braku dyskusji jest brak dialektycznego godzenia zdecydowanych przekonań z uznaniem obiektywnej zasadności różnych interpretacji tych samych zjawisk, co w połączeniu z innymi błędami daje wspomnianą patologię "wodzostwa". Ogólnie, to co prezentują nasze media, jest zbiorem monologów wygłaszanych wobec pustej sali. Podkreślam: widoczne w naszych mediach sielankowe, bezkonfliktowe współistnienie różnych autorów jest dzwonkiem alarmowym, wskazującym na konieczność zastanowienia się nad źródłem tego niedomagania. Lewicowość i brak różnic wykluczają się. Brak sporów, ich "wygładzanie", lub "niedostrzeganie", znamionuje nie jakąś sielankę, lecz jest oznaką uwiądu intelektu. Zaś obawa o szkodzące rozsądkowi zaognienie nie spełni się, jeżeli materialistyczne, obiektywne traktowanie tej dialektyki współistnienia odmienności sprawi, że konflikt nie przerodzi się w mordobicie. Jeżeli któryś ze wspomnianych warunków nie jest spełniony, objawy wskazują nam natychmiast, że nasza lewicowość jest ułudą.

To ukrywanie konfliktów powoduje zarazem niemożność pozytywnego określenia swojego stanowiska. Wszystkie teksty, zatytułowane "O nas", "Nasz program" i tp., objaśniające cel istnienia medium, rażą ogólnikowością i brakiem cech wyróżniających. Czytelnik tych definiujących tekstów, jeżeli nie zwraca uwagi na trzeciorzędne szczegóły i na różnice wynikające z użycia odmiennych formalnie, a równoważnych treściowo sformułowań, dochodzi do słusznego wniosku, że lewicowość jest jedna, a widoczna wielość odrębnych publikatorów pozostaje dlań niezrozumiała. Ja sądzę, że jedyną istotną różnicą między jedną a drugą redakcją jest odmienność osoby "wodza" (z utęsknieniem oczekuję wykazania mi błędu w tym rozumieniu). Daje to dodatkowo ten skutek, że czytelnik zupełnie pozbawiony jest informacji pozwalających zorientować się co do tego, jaki i czym od innych naszych mediów różniący się program posiadają poszczególne zespoły. Ew. rozumowanie, że rzeczą czytelnika jest, by studiując uważnie treści poszczególnych mediów, sam określił i osądził odmienności, dowodziłoby niezrozumienia zobowiązań, które podejmuje każdy decydujący się na rozpoczęcie działalności redakcyjnej. Podobnie nie widzę żadnej oznaki wskazującej na potrzebę mnożenia wydawnictw ze względu na ograniczoną pojemność istniejących łamów. Raczej widziałbym potrzebę selekcji w celu ograniczenia ilości powtórzeń i podniesienia poziomu.

Zarzucającym mi nieznajomość rynku wydawniczego, na którym opisany brak wyrazistości jest regułą, przypominam, że zajmujemy się nie prasą w ogóle, lecz mediami lewicowymi, dla których - jak to wspomniałem na wstępie - rzeczowe traktowanie tematyki i odpowiedzialne informowanie odbiorcy, jest warunkiem podstawowym. Albo jesteśmy racjonalni, albo nie wmawiajmy ludziom, że jesteśmy lewicą. Odpowiedzialny zwolennik tej formacji ideowej albo potrafi wyartykułować sens, celowość swojego działania i określić jego rolę w warunkach istniejącego otoczenia, albo nie powinienem rozpoczynać działalności wydawniczej.

Innym przejawem wyobcowania jest brak zainteresowania czytelnikiem. Mam akurat przed sobą ostatni numer "Forum Klubowe", który cudem udało mi się zdobyć. W obfitości wielce uczonym językiem (prawidłowe, lecz nieuprzejme określenie to "żargon") artykułów nie ma śladu zastanowienia nad tym, czy kolportaż tego rozprowadzanego darmowo dwumiesięcznika umożliwia dotarcie do szerszego kręgu odbiorców. Ba, zupełny brak w dość obszernym dziale "Napisali do nas" uwag związanych z treścią poprzednich numerów nasuwa podejrzenie, iż czytelnikami poszczególnych artykułów byli jedynie autor i korektor. Jeszcze gorzej sprawa wygląda w innych mediach, które demonstracyjnie okazują brak zainteresowania czytelnikami. Wygląda na to, że stosowanie innej formy publicznego kontaktu z nimi niż tzw. forum internetowe przerasta wyobraźnię redaktorów, a gdy takowe lewica.pl i SLD swego czasu swoim zwolennikom zafundowały, to wyraźnie nie były zainteresowane z rzadka pojawiającymi się tam sensownymi treściami dającymi się wyłowić w zalewie bezwartościowej paplaniny. Z kolei, jako przykład z innego medium podam, że optymizm Sierakowskiego widoczny w notatce o klubach "Krytyki Politycznej" niepokojąco przypomina demonstrowaną przez Napieralskiego dumę z faktu, że "wzrosło nam o 2%" czy podobnie. Przecież znikome zainteresowanie publicystyką lewicową jest faktem, którego nie da się przemilczeć ani zasłonić sztucznym entuzjazmem, a zastanowienie się nad przyczynami tego zła jest ważniejsze niż skomplikowane rozważania nad "istotą lewicowości", "europejskimi szansami", błędami prawicy i tp. Należy więc podjąć ten temat.

Jedną z przyczyn naszego nikłego odbioru jest - w moim przekonaniu - oderwanie treści od praktyki. Lewicowość w istocie swojej nie jest piękną ideą, lecz działaniem ukierunkowanym na osiągnięcie realnych celów, głównie na poprawę warunków życia ogółu obywateli. Nikogo z potencjalnych zwolenników socjalizmu nie zainteresuje kaznodzieja wygłaszający nauki nie mające szans na ich wdrożenie w zarządzaniu krajem. Jedynym zaś narzędziem potrzebnym do uzyskania tego rodzaju wpływu jest partia. Wynika stąd dla naszego medium konieczność co najmniej określenia swojego stosunku do istniejących, czy postulowanych partii lewicowych. Rozsądny czytelnik poważnie potraktuje jedynie taką publicystykę, która zmusza kierownictwo akceptowanej przez niego lewicowej partii do poddanego opinii członków i sympatyków reagowania, a w dalszym etapie następstwa przyczyn i skutków daje szansę wywołania reakcji rządu.

Podkreślam to, gdyż kolejnym patologicznym przejawem wspomnianego na wstępie nieracjonalnego wyobcowania jest widoczne u wielu naszych publicystów przekonanie, że lewicowość może istnieć sama z siebie, jako idealny twór oderwany od działalności politycznej, że socjalistą można sobie być ot tak, jako samotny (no ew. zespolony z kilkorgiem wybranych wtajemniczonych), odizolowany od motłochu, pięknie i uczenie myślący marzyciel, a partyjność, no to ewentualnie - jako dodatek - pożyteczny, ale raczej jako ozdoba. Wyjaśniam tu, że ew. odwołanie się do powiązania z kręgiem czytelniczym, jako argument przeciw temu zarzutowi jest całkowicie chybione: kontakt z odbiorcami treści medialnych nigdy nie stworzy takiej wspólnoty, jaką umożliwia organizacja partyjna (to, że nasze partie tej możliwości nie wykorzystują, to osobna kwestia), a dodatkowo pogarsza sytuację wszechobecny bakcyl wodzostwa.

Z tej wyliczanki natychmiast widać, że trudna sytuacja naszych mediów nie jest przypadkiem, co więcej, że występują okoliczności, od nas w dużej mierze niezależne. W szczególności mam na myśli patologiczny stan naszych partii, czego nasza dyskusja bezpośrednio jednak nie dotyczy. Nie jestem jednak zdania, że pozostaje nam tylko biadolenie, tym bardziej, że częściową winę za degeneracje organizacji partyjnych ponosi nasza publicystyka, a raczej jej niedomagania, które staram się opisać. Tak samo jednak jak realnie to, co piszemy ma swój udział w pogarszaniu się stanu, osiągalne jest działanie uzdrawiające. Uważam, że można wskazać zasady postępowania, które nie dając natychmiastowych, efektownych zmian, stworzą warunki poprawy także działania naszych partii.

Lekceważenie znaczenia dla lewicowca działania w sferze polityki realizowanego w partii nie jest w środowisku naszych mediów całkowite. Sądzę, że istnieje ono jako stan nieświadomy przy jednoczesnym gołosłownym deklarowaniu potrzeby masowej organizacji. I tak np. Sierakowski i podobnie Stanisławski - każdy z nich osobno - wyrazili ongiś przekonanie, że (wraz z grupą przyjaciół) zdoła doprowadzić do powstania lewicowej partii nieobciążonej wspomnianymi patologiami. Ponieważ jestem przeświadczony, że ich wyobrażenia są, szczególnie w omawianym środowisku mediów, typowe, a zarazem bardzo silnie wiążą się z przyczynami słabości lewicowej publicystyki, muszę temu kazusowi poświęcić więcej uwagi.

Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że każdy z obu wymienionych, mimo braku własnego oryginalnego programu, nie bierze pod uwagę osiągnięcia założonego celu przez przyłączenie się do któregoś z istniejących stronnictw, nie podając jednak przyczyny tego odrzucenia. Nie jestem tym zaskoczony, a powód opiszę na podstawie własnych obserwacji. Chodzi mianowicie o to, że we wszystkich naszych partiach reguły demokratyczne istnieją w postaci martwego zapisu statutowego, funkcjonujące jedynie formalnie, w szczątkowej formie rozmaitych wyborów i głosowań. Pominę wymagający obszerniejszego tekstu opis mechanizmów zamieniających w będący fasadą rytuał wspomniane procedury mające zapewnić większościowe podejmowanie wspólnych decyzji. Wspomnę tylko, że zabiegi te są w swojej istocie takie same w innych partiach, jak poznane przeze mnie w praktyce członkowskiej manipulacje dokonywane w SLD. Nasze partie istnieją jako twory wodzowskie, w których liczą się tylko wódz i grono jego zaufanych, pozostali zaś członkowie mogą być widoczni jedynie w wypadku, gdy odpowiada to władającej organizacją koterii. Partię stanowi jedynie grupa "z pierwszego rzędu", reszta stanowi podrzędny dodatek. Członek albo należy do elity, albo jest zerem. Opisane wyżej stosunki sprawiają, że ten, kto wstępuje do partii, jeśli nie zdoła wypchnąć kogoś zajmującego miejsce w ograniczonej pojemności "pierwszym rzędzie", wbrew statutowemu prawu do czynnego udziału w podejmowaniu decyzji, ubezwłasnowolnia się, co stanowi poważną przeszkodę w kontynuowaniu np. działalności wydawniczej. Mechanizm ten sprawia, że przejawiający zdolność i chęć aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym zakładają nową partię (casus Borowskiego, Millera i in.), w której zresztą wiernie odtwarzają wyuczoną patologię, lub stają się bezpartyjnymi jak większość naszych redaktorów.

O ile przedstawiony wywód przekonywująco - jak sądzę - opisuje rzeczywiste powody bezpartyjności naszych publicystów, to pozostaje do omówienia, zadeklarowana (jak wspomniałem wyżej) przez S. i S. perspektywa wola doprowadzenia do zorganizowania lewicy w sposób wolny od patologii, co nadal ściśle wiąże się z omawianiem kryzysu mediów lewicy. Twierdzę bowiem, że świadomość wszystkich naszych publicystów jest obciążona wspomnianym wodzostwem, a to sprawia, że dokonywane przez nich ich analizy dla naprawienia sytuacji nie mają żadnej wartości. O ile bowiem, gdy zdarza mi się dyskutować na ten temat, nie spotykam się z tym, by ktokolwiek nie rozumiał, co oznacza termin "wodzostwo", lub zaprzeczył jego istnieniu na lewicy, to w rozmowie ujawnia się zarazem niezdolność do zaakceptowania reguł postępowania realnie demokratycznego, zgodnego ze statutem partii lub innymi zasadami. Dotyczy to naszych gremiów redakcyjnych w stopniu niemniejszym niż elit partyjnych i to sprawia, że wspomniane wyżej nadzieje panów S i S traktuję jako mrzonki. Nie może przyczynić się do budowania szczerze lewicowego, demokratycznego ugrupowania pisarstwo tego, kto nie potrafi szanować reguł lewicowej demokratyczności w swoim otoczeniu. Należy najpierw w swojej pracy redakcyjnej wyzbyć się nawyków charakterystycznych dla kultu wodza, a dopiero wtedy staniemy się zdolni do tworzenia swoją twórczością właściwych postaw.

Muszą więc nasze media nauczyć się, że odmienność poglądów i związany z tym krytyczny stosunek do tego, co za słuszne przyjął "wódz", zwłaszcza jeżeli opierają się na rzeczowej, pozbawionej emocji i pochopnych potępień argumentacji, nie tylko nie są wrogością, lecz - jak to już wspominałem - warunkują i legitymizują lewicowość. Ta rażąco nieobecna w naszych mediach postawa musi zaistnieć nie tyle w deklaracjach, ile być zdecydowanie wyraźniej widoczną w treści artykułów. Bowiem obecnie widzę, że w ocenie materiału redakcje więcej wagi przywiązują do zgodności z "prawdziwie lewicowymi poglądami" niż do rzeczowości argumentacji.

Innym, a wg mnie bardziej istotnym przejawem zaślepienia wodzostwem widocznym w naszej publicystyce jest nadmierne przywiązywanie uwagi do tego, co powiedział kiedyś jakiś "wódz". W tej sprawie, w wyniku tego, że w naszych mediach nie spotkałem nigdy (na co zwracałem uwagę uprzednio) próby określenia własnego stosunku do pozostałych ugrupowań, mogę podać przykłady jedynie dotyczące osądzania SLD. Z bardzo ostrymi (zdrada, SLD nie jest lewicą itp.) opiniami spotykam się względnie często. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek zdarzyło się poparcie tego określenia argumentami, co już samo kompromituje autorów tych inwektyw, którzy jakby naśladowali osławionego Benedykta Chmielowskiego, przekonanego, że opisywanie, czym wyróżnia się spośród innych zwierząt koń, jest zbędne, gdyż "jaki jest koń, każdy widzi". Kilka razy jednak wymogłem uzupełnienie tego braku i wówczas okazało się, że sąd jest oparty na ocenie postępowania któregoś "wodza". Na ogół chodziło o to, co kiedyśtam powiedział Miller. mamy więc wyraźne postawienie sprawy, że istotę partii stanowi "wódz", a inni są nieliczącym się dodatkiem do niego. Jest co prawda możliwe inne, bardziej racjonalne uzasadnienie sądu. Członkowie przecież ponoszą odpowiedzialność za to, że wygłaszający heretyckie w opinii krytyka poglądy wódz nie został przez nich usunięty. To prawda, sam również mam ogromny żal do kolegów, że nie buntują się przeciw jawnie panoszącemu się w SLD wodzostwu, jednak nawet gdyby zdarzyło się komu w ten sposób uzasadniać ostrą opinię o partii jako całości, odpowiem, że przecież takie zafałszowane kultem osoby pojęcie organizacji dotyczy całej naszej lewicy, a jeśli w małych partyjkach i redakcjach nie jest ono tak widoczne, to wyłącznie dzięki małej ilości uczestniczących ludzi. W tych bowiem wypadkach, gdy dochodzi do większej ilości kontaktów (w przypadku redakcji dotyczy to relacji wydawców z czytelnikami), ujawnia się niemożność psychiczna dialektycznego pogodzenia własnego indywidualizmu z podporządkowaniem się grupie, z praktyczną realizacją tego, że poza różnicami wynikającymi z obowiązków związanych z wykonywaną funkcją, jesteśmy równi, że nie ma podziału na mądrych nauczycieli i potrzebujących światłego kierownictwa maluczkich. Stale daje się odczuć przekonanie, że to nie my mamy dostosować się do społeczeństwa, lecz inni powinni pokornie poddać się naszemu mądremu dyktatowi.

Co więc chcę radzić naszym mediom. Pracujcie nad poprawieniem kontaktów z czytelnikami, z innymi redakcjami i z naszymi partiami (szukanie kontaktów nie oznacza zamazywania różnic. Przeciwnie, konieczna jest szczerość, oczywiście bez niepotrzebnych ubarwiających styl i wyrażających emocje określeń, zaś bardzo ważne jest poparcie każdej opinii rzeczową i otwartą na krytykę argumentacją). Ważniejsze od teoretyzującej publicystyki są próby określania swoich relacji z każdym ugrupowaniem lewicowym z osobna - zdefiniowanie podobieństw i różnic. Uświadomić sobie, że lewicowe medium nie może istnieć wyobcowane z całości swego środowiska tworzonego przez poszczególnych ludzi, ich partie i wyróżniające się z ogółu elity intelektualne (szczególnie te zgrupowane w redakcjach). Medium, które interesuje się opinią tylko wyodrębnionej grupy, jest kalekie.

Oczywiście niemożliwe jest osiągnięcie stanu idealnego, w którym zaniknie różnica między uznanymi współpracownikami i nieporadnie wyrażającymi swoje myśli czytelnikami. Jak sobie poradzić, by mimo ograniczeń czasowych przetrawić i choćby skrótowo przedstawić (a przynajmniej zasygnalizować ich istnienie) na łamach treści przekazane przez możliwie licznych zainteresowanych? Ano, tu jakiejś niezawodnej recepty nie ma, jednak jest to ważniejsze od wszystkiego innego.

I jeszcze jedno. Należy przyjąć za pewnik, że brak konfliktów wewnątrz zespołu i z środowiskami zewnątrz, oraz zmniejszanie się ilości listów od czytelników z krytyką i złorzeczeniem, są symptomami poważnego niedomagania, oznaczają stan zagrożenia zmuszający do natychmiastowego przemyślenia i zastosowania środków zapobiegających katastrofie.



5. Stach Głąbiński. Uwagi do dyskusji o oświacie.

Nie zabrałem głosu w czasie spotkania z dwu powodów. Po pierwsze - tok dyskusji, od pierwszego słowa skierowany był na omówienie aktualnego stanu oświaty, a tytułowa przyszłość sprowadzona została do kwestii zapobiegania szkodliwym zmianom. W takim razie, stało się jasne, że moje zainteresowania, dotyczące radykalnych zmian, wymagają obszernego omówienia, właściwie nowego referatu wprowadzającego, na co nie starczyło by czasu. Po drugie - zależało mi na udziale w spotkaniu (piszę o tym wyżej) organizowanym dwie i pół godziny później (19.00) przez "Krytykę Polityczną", więc musiałem opuścić zgromadzenie przed zakończeniem, gdy po wykładzie osób zasiadających za stołem prezydialnym, obecni na sali dopiero zaczynali zabierać głos.

Zmiany, o których wspomniałem wynikają z przekonania o wadach obowiązującego obecnie systemu klasowo-lekcyjnego organizacji nauczania w szkole. Zbieramy bowiem młodzież w zbyt liczne, utrudniające indywidualny tok oddziaływania wychowawczego, grupy i narzucamy im w sposób mechaniczny 45-ciominutowy cykl pracy, a przy tym osoba kierująca zajęciami, słusznie nazwana nie wychowawcą, lecz nauczycielem, jest nastawiona nie na szeroko pojęte kształcenie, lecz na przekazywanie wiedzy z jednej, odrębnej dziedziny wg ustalonego przez program i podręcznik schematu.

Około roku 1960, bodaj w Krakowie, zespół pedagogów zaproponował zachowanie systemu klasowo-lekcyjnego dla dzieci w wieku do max. 10 lat, zaś starszą młodzież zebrać w grupach około 6-cioosobowych (nazwano to, jeśli dobrze pamiętam, wychowanie grupowe) pracujących pod opieką wychowawcy. Okazuje się bowiem, że taka liczebność pozwala na powstanie indywidualnej relacji między pedagogiem i wychowankiem, a jednocześnie zapewnia naturalną potrzebę więzów towarzyskich przejawiającą się np. w powstawaniu młodzieżowych gangów. Dodatkowo w tak nielicznej grupie istnieje możliwość swobodnej wymiany myśli, nadająca zdobywaniu wiedzy aktywność własną, gdy nauczyciel nie tyle ma wtłaczać swoją mądrość do biernie konsumujących ją głów uczniowskich, ile jest pomocnikiem i organizatorem samokształcenia. W takiej szkole młodzież miała by stały kontakt jedynie z wychowawcą. Ze specjalistą znającym wyodrębnioną gałąź nauki uczniowie stykali by się jedynie na wykonywanych w aulach, lub przez telewizję, wykładach i w trakcie zajęć będących czymś pośrednim między konsultacją, seminarium i kolokwium. Okazuje się zarazem, że ten system nie wymaga dodatkowych nakładów, a zwiększa efektywność pracy zarówno odciążonych od dydaktyki (nauczanie wiedzy specjalistycznej) wychowawców, jak i uczniów uwolnionych od "odrabiania" zadań domowych.

Nie jestem oczywiście w stanie przedstawić pełną informację o "wychowaniu grupowym", które w moim przekonaniu zasługuje na wdrożenie go. Dodam jedynie, że jest możliwe ewolucyjne wprowadzanie tego systemu. Po prostu w pierwszej fazie mielibyśmy szkołę dokładnie taką jak obecnie, jedynie formalnie istniejącą jako zespół grup prowadzonych przez poszczególnych nauczycieli, którzy jednak posiadaliby bardzo szerokie uprawnienia dokonywania zmian organizacyjnych pracy swojej grupy. W takim razie "wyprowadzanie" poszczególnych grup z klas odbywało by się stopniowo, w miarę nabywania doświadczenia. I tak wyobrażam sobie przyszłość naszej oświaty.

Osobne zagadnienie dotyczy traktowania szkoły jako początkowego etapu trwającego przez całe życie tzw. kształcenia ustawicznego, o którym np. wzmiankuje ambasador szwedzki w wywiadzie na stronie 92 nowego (47 i 48) zeszytu dwumiesięcznika "Forum Klubowe". Wspomnę jedynie, że ten, przeze mnie jedynie zasygnalizowany, temat pośrednio nawiązuje do pytania, które w trakcie swego wykładu przedstawił słuchaczom p. Potulski: "czy szkoła ma uczyć wiedzy, czy umiejętności?" Jest się nad czym zastanowić w kontekście rozważania przyszłego kształtu oświaty.



4. Stach Głąbiński. Refleksje po debacie nt. urbanistyki partycypacyjnej.

Ta publiczna debata odbyła się zgodnie z programem zapowiedzianym w zaproszeniu, jedynie zmieniono salę, którą zapełniła młodzież studencka i kilkoro seniorów. Prelekcja - jak sądzę - w znacznej mierze (szczególnie wątek poświęcony prawu) była przeznaczona dla studentów. W ogólnym zarysie chodzi o potrzebę aktywnego udziału mieszkańców w tworzeniu ładu przestrzennego osiedla czy nawet całego miasta. Mimo, iż partycypacja jest typowym zjawiskiem odbywającym się spontanicznie, wymaga ona jednak wspomagania przez odpowiednie przepisy prawne, oraz przez działanie organów administracji. Najwyraźniej sprawę postawiła objaśniająca kwestie prawne pani Magdalena Laskowska. Wg niej prawo, choć dalekie od ideału, stwarza dobre warunki, znacznie gorzej jest z przygotowaniem kadr administracyjnych, a fatalnie przedstawia się najważniejszy, decydujący czynnik. Chodzi mianowicie o społeczeństwo, które, by wykorzystać szanse jaką ludziom stwarza partycypacja w kształtowaniu miasta, musi wykazać własną inicjatywę w tym kierunku. Nie jest możliwe bowiem, by biernych mieszkańców pobudził do działania, lub wręcz - jak to postulował jeden z dyskutantów - wyręczał ich w decyzjach, wykształcony odpowiednio, uczciwy itd. urzędnik. Nie uczynią tego również najlepiej pomyślane przepisy prawne. Odwrotnie - to nacisk zabiegających o spełnienie swoich wyobrażeń o przyjaznym otoczeniu mieszkańców zdolny jest zarówno do utrwalenia odpowiednich norm prawnych, jak i do ukształtowania w środowisku urzędniczym postaw sprzyjających współpracy ze społeczeństwem. Odniosłem wrażenie, iż prelegentki nie zaprzeczając potrzebie zmian w prawie i w postępowaniu urzędników główną przyczynę polskiego braku omawianej partycypacji widzą w bierności mieszkańców i ich braku myślenia kategoriami wspólnego, grupowego interesu.

Mam wrażenie, że dyskusja nad przedstawionym tematem potwierdza pesymistyczny pogląd na morale naszego społeczeństwa. Uderzyła w niej skłonność do tak typowego u nas, bezrefleksyjnego narzekania na prawo i urzędy połączona z zupełnym brakiem uwzględnienia argumentacji przypisującej część winy za niedociągnięcia wskazanej bierności nas samych i pomijaniem zjawisk pozytywnych.

Nie jestem jednak przekonany, czy te krytyczne uwagi należy odnieść do ogółu osób na sali, czy tylko do obecnych przedstawicieli starszego pokolenia, którzy zabierali głos jako jedyni. Zastanawiam się, dlaczego młodzież nie odzywała się, a nawet opuszczała zgromadzenie jakby znudzona niewątpliwie uciążliwym gadulstwem starszego pokolenia. Czy po prostu poczuli się przytłoczeni potokami słów dostojnie na tle ich niedojrzałej postury prezentujących się seniorów, czy rzeczywiście nie mieli nic do powiedzenia?

Spośród wypowiedzi zwróciłem uwagę na wzmiankę Zbigniewa Szczypińskiego o wybudowanym siłami społeczeństwa przed 1939 rokiem pięknym osiedlu na Żoliborzu w Warszawie. Niestety nie mogłem zrozumieć, jaką tezę uzasadniał pan Zbigniew tym przykładem (narzuca się tu uwaga o wyższości wypowiedzi pisemnej, którą można przeczytać powtórnie). W moim przekonaniu, udana realizacja tego dzieła urbanistyki dowodzi słuszności twierdzenia trojga prelegentów o podstawowym znaczeniu inicjatywy społecznej nazwanej partycypacją. Bowiem choć nie można pominąć zasług np. Adama Próchnika, który znacznie przyczynił się do realizacji tej budowy, to jest faktem, że on i jemu podobni po prostu nadawali konkretną i sprawną w działaniu formę inicjatywie ludzi pracy, (przeważnie średnio uposażeni urzędnicy) członków żoliborskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Jestem przekonany, że gdyby obecnie istniała grupa ludzi nastawionych pozytywnie do wspólnego, zorganizowanego wysiłku, okazało by się, że i jednostki uzdolnione przywódczo i prawna podstawa przedsięwzięcia już są.

powrót do spisu tekstów



3. Genowefa Janczewska-Korczagin. Wyzwania dzisiejszych czasów.

Słuchając ekonomicznej analizy porównawczej okresu międzywojennego w Polsce, czasów PRL-u i okresu transformacji, dokonanej przez prof. Rajmunda Rybińskiego na ostatnim naszym Klubowym spotkaniu byłam zszokowana osiągnięciami czasów PRL.PRL to wielka budowa domów i szkół, pokonanie analfabetyzmu oraz próba uspokojenia się po wojnie. Biegnąc dzisiaj za pieniądzem, w ostrej walce o przetrwanie zastanawiam się czego nam dzisiaj brakuje?

Na szczęście okres PRL nie skończył się jak czasy Bizancjum, ale być może brakuje nam tego samego dziś, czego brakowało ludziom w czasach Bizancjum i PRL-u, a także brakuje przez cały czas trwania odnowy systemowej w naszym kraju, a odnowa systemowa to tylko korzystanie z produktów wyższej technologii. Ile ludzi może dziś projektować takie produkty? A ile ludzi za 20 lat będzie mogło zaprojektować jeszcze wyższe technologie? Seneka, zastępca Nerona w czasach Bizancjum, nawoływał wtedy ludzi do gromadzenie dóbr w sobie. Jak je dziś, te dobra w sobie zdefiniować?

Słuchając prognoz na konferencji Instytutu Badań Rynku, z przerażeniem stwierdziłam, że mamy trochę podobną sytuację jak w Bizancjum. Co wydało mi się szczególnie niepokojące? Brak zapotrzebowania w 2015 roku na wyższe umiejętności umysłowe. Bo tak rozumiem dobra w sobie Seneki. Z naszego województwa tylko 1,8% ludzi będzie mogło wykorzystywać myślenie w pracy ale podobnie jest dzisiaj, czyli nic się nie zmieni. Grozi nam też upadek Służby Zdrowia oraz Opieki Społecznej.

Oczywiście zabrakło analizy związanej z naszą edukacją ale ja to rozumiem, bo jeżeli dokonujemy analizy tylko części warunków zewnętrznych człowieka, to jesteśmy skazani na wnioski o charakterze statystycznym oraz na brak perspektywy, a także niemożliwe staje się wtedy uwzględnienie strategii, która powinna być zawarta w każdej statystycznej podstawie analizy prognostycznej. Np.: gdy jeden z elementów tej strategii wysiada, to dokonuje się zamiany ważności jakiegoś elementu niepokojącego na podniesienie wagi innego elementu - to tylko jeden z wariantów strategii a takich elementów i metod strategii jest wiele. Tylko, że niewiele ludzi może się tym zajmować, bo wymaga ona nie tylko wyższych umiejętności umysłowych ale i wielkiej współpracy - a u nas w Polsce jest to raczej niemożliwe z powodu stałej walki o władzę i przetrwanie u jej szczytu i w ogóle o przetrwanie -ale to drugie przetrwanie jest już innym obszarem przetrwania.

Z tego, co ja przeżyłam i osiągnięć PRL, to czasów PRL-u nie powinnam się wstydzić. Ale jest coś co dalej trwa z czasów PRL, z czasów Bizancjum i dalszej naszej skomplikowanej historii - to ludzka dzikość. Pojęcie dzikości, jakże aktualne także dzisiaj, zapożyczyłam od Immanuela Kanta (żył na przełomie XVII-XVIII wieku) i powiedział: "Niezależnie od poziomu rozwoju cywilizacji ludzi należy wyciągać ze stanu dzikości". Ta dzikość ludzka ciągle trwająca w nas z czasów Bizancjum, dzikość nasza z okresu międzywojennego, wojny oraz czasów dzisiejszych jest podobna.

Ta dzikość wiąże się z niedostatkiem wyższych umiejętności umysłowych człowieka, a wiąże się ona z ludzkim chceniem (pisała H.Arendt o tym), które nie ma podstaw zawartych w umysłowej zdolności człowieka do sądzenia, co ważne a co nie jest ważne dla mnie, co mogę a czego mi nie wolno, co chcę ale muszę popracować żeby na to chcenie zarobić.

Oto dzisiejszy przykład. Warsztat zakładający alarmy w samochodach. Ale tajne rozmieszczenie punktów połączeń do odblokowania alarmu nie jest dla mnie dostępne, mam za krótkie ręce, nie mogę się tak głęboko schylać ale muszę zapłacić w warsztacie i za alarm i za to, że go nie mam - nawet gdy nie mogę z niego korzystać. Co to jest? Jestem ofiarą funkcjonalizmu, bo zdobywanie pieniędzy jest ponad wszystko. Jest ponad człowiekiem. Liczy się pieniądz. Już nie chcę wracać do sprawy likwidacji małych szkół, na szczęście Minister Edukacji zabrała na ten temat głos i jednoznacznie określiła, że najważniejsze jest dobro ucznia nawet w droższej szkole. Bo są na to pieniądze. A odwiecznego konfliktu między ekonomią a specjalistami nie wolno generować latami kosztem uczniów. Nauczanie dzisiaj nie polega na przelewaniu sapiencji z mózgu nauczyciela do mózgu dzieci. Dzisiejsze czasy wymagają wyższych umiejętności umysłowych, bo inaczej zamienimy się w skansen warsztatów i produktów zupełnie nam nieprzydatnych, staniemy się ofiarami marketingu i reklamy. Może patrzę na świat zbyt idealistycznie ale sadzę, że dzieci należy chronić przed inwazją takich potworów.

Rozwój dzieci ma swoje prawa i jeżeli chcemy je rozwijać, to tylko w zgodzie z ich możliwościami rozwojowymi. Mózg ludzki nie ulega zmianom historycznym, nie poddaje się wartościom w trakcie rozwoju ale powstaje myślenie i działanie w rezultacie własnych decyzji człowieka. Zmienia się świat zewnętrzny i ten świat stawia przed nami ciągle nowe zdania, tylko że neurofizjologia ma swoje nieubłagane prawidłowości. I czy chcemy czy nie, nie da się wychować ani rozwijać dziecka sterując zewnętrznie rozwojem, bez uwzględnienia jego wewnętrznych praw tego rozwoju. Jak to robić, aby nie popełniać kolejnych błędów? Po prostu trzeba też słuchać człowieka i praw natury rozwoju, który jest uzależniony nie tylko od neurofizjologii ale także znajomości reguł i prawidłowości tego rozwoju, a nie tylko statystyki i ekonomii. I właśnie dlatego bardzo spodobała mi się Deklaracja Programowa na konferencji Młodych Socjalistów i Polskiej Partii Socjalistycznej: bo w centrum tej deklaracji jest CZŁOWIEK.

Gdyby żył dziś I. Kant, co nazwałby stanem dzikości dzisiejszych czasów? Człowiek nie jest sam na tym świecie. Jest nas wiele, LUDZI. Między nami jest język którym się posługujemy. "Mowa jest instrumentem myślenia", tak powiedział też Kant. Więc rozmawiajmy i starajmy się siebie zrozumieć słuchając siebie wzajemnie. Kant też powiedział, że na tym świecie dla wszystkich starczy miejsca i jedzenia. A jeżeli nie starcza?

powrót do spisu tekstów



2. Stach Głąbiński. Porozumienie rzeczywiste a pozorowane.

Podsumowując nasze spotkanie (19 XI 2007), pani Jaruga-Nowacka podkreśliła konieczność dyskusji jako środka pozwalającego uzyskać porozumienie mimo istniejących różnic. Nie sposób zaprzeczyć słuszności tego sądu, jednak konieczne jest zastrzeżenie: dyskusja i porozumienie nie mogą być pozorowane, ograniczone do pięknych słów, lecz muszą mieć realnie odczuwane skutki. Otóż w SLD warunek ten nie jest spełniony, winę za to ponoszą zarządy - w pierwszej kolejności krajowy, ale również wojewódzkie - a dzieje się to z pogwałceniem postanowień 8-go p-ktu Statutu.

O ile bowiem członkowie SLD, rozwinęli wymianę koncepcji i zapatrywań w postaci klubów dyskusyjnych, platform programowych, sporów toczonych na zebraniach kół, rad powiatowych, wojewódzkich i rady krajowej, to zarządy zarówno krajowy jak i wojewódzkie w sposób demonstracyjny okazują swoje lekceważenie tym działaniom uznając jedynie rozmowy w ścisłych gronach zaufanych osób, a dosadniej się wyrażając w klikach i koteriach. W ich poczynaniach nie sposób dopatrzyć się śladu tych rozwiązań, które wysuwane są w dyskusjach toczonych otwarcie, brak również informacji, kto i na jakiej podstawie spowodował ich odrzucenie. Wszelkie wystąpienia i dyrektywy powstają w gabinetach i kuluarach bez ujawniania, kto je inicjował, kto miał jakieś zastrzeżenia, jakie jest uzasadnienie. Panuje całkowity rozbrat: co innego mówi ogół członków, co innego i innym językiem (z którym - dzięki nagraniom niejakiego Guzowatego - mieliśmy okazję się zapoznać!) mówią między sobą przewodniczący i ich otoczenie. Póki te praktyki nie zostaną zmienione, wszelkie dyskusje i inne procedury naśladujące demokrację wewnątrzpartyjną nadal będą jedynie zakrywały fałsz.

Podobne zastrzeżenia mam również do artykułu redaktora Pilawskiego. W opisie słabości SLD i ogólniej - polskiej lewicy pominął on objaw najbardziej istotny. Chodzi o masowe odejście członków. Jestem zarazem przekonany, że pominięcie to uniemożliwiło postawienie prawidłowej diagnozy i wskazanie środków naprawy. Zasadniczym bowiem powodem złej kondycji wszystkich organizacji mieniących się lewicą jest deptanie zasad demokratycznych przez gremia przywódcze tych stronnictw. Wyraźnie jest to widoczne w SLD, którego zarząd krajowy jawnie łamie postanowienia ósmego p-ktu Statutu wg którego członkowie mają prawo do informacji i dyskusji nad istotnymi dla partii sprawami. Wbrew temu jesteśmy pozbawieni możności dowiedzenia się o przebiegu prac nad istotnymi dla partii uchwałami, a w konsekwencji - również pozbawieni możności wyrażenia publicznie swej opinii i wpływania na treść tych uchwał - decyzje tego rodzaju zapadają niejawnie w kuluarach i gabinetach.

Ilustrację tego stanowi rozłam w 2004 roku: w normalnej partii, w której obowiązują procedury demokratyczne, gdy powstaje różnica zdań między dwiema osobami upoważnionymi przez członków do pełnienia funkcji kierowniczej, nastąpiłoby odwołanie się do ogółu, lub przynajmniej do organu przedstawicielskiego czyli do Rady Krajowej: niech ci, w których imieniu panowie działają, rozstrzygną, czyje zdanie znajdzie poparcie większościowe? Jak wiadomo panowie Miller i Borowski takimi wymogami nie przejmowali się. Wynika stąd, że "wojna na lewicy", której uniknięcie jest wg autora "kwestią dla LiD najważniejszą" jest po prostu rezultatem lekceważenia demokracji wewnątrzpartyjnej, traktowania organizacji jako tworu "wodzowskiego".

Należy tu jeszcze dodać, że obecne kierownictwo pod tym względem postępuje dokładnie tak samo jak ich poprzednicy. Np. wg Gazety Wyborczej Olejniczak toczy zawzięte spory z Napieralskim, ale dowiedzieć się o prawdziwości tego stwierdzenia sposobu nie ma: wszystkie dyskusje między członkami zarządu są utajnione.

Ten brak spostrzegawczości jest symptomatyczny: nasze elity traktują partię jako twór "wodzowski", w którym przewodniczący i jego otoczenie stanowią elitę nie podlegającą jakiejkolwiek rzeczywistej kontroli - wskazuje zarazem na to, że autor, podobnie jak większość naszego społeczeństwa traktuje partię jako twór wodzowski, w którym masy członkowskie stanowią jedynie drugorzędny dodatek do "wodza" i jego kliki. Ten, niestety bardzo popularny, sposób pojmowania organizacji jest powiązany z odejściem od demokracji i oczywiście nie ma nic wspólnego z lewicowością.

powrót do spisu tekstów



1. Stach Głąbiński. Dyskusja a demokracja.

W trakcie spotkania 27 VI 2007, gdy po prelekcji był czas przeznaczony do zadawania pytań z sali, okazało się, że zainteresowania znacznej części słuchaczy nie pokrywają się z założonym tematem. W zasadzie należało by wyrazić w tym miejscu dezaprobatę dla swego rodzaju anarchii, jaką stanowi dowolność wypowiedzi na zgromadzeniu, którego przedmiot został jednoznacznie określony. Trzeba jednak przyznać, że ten dysonans wynikł nie tyle z winy zakłócających porządek, ile z powszechnej w Polsce patologii w dziedzinie kontaktów między obywatelami, co szczególnie razi na lewicy. Patologia ta polega na wyodrębnieniu się nielicznej grupy, którą dla wygody nazwę elitą władzy, a której członkowie, poza chwilami szczerości, gdy sądzą, że "nikt obcy nie słyszy" (np. Oleksy), wypowiadają się w sposób wiążący, zaś w stosunku do ogółu unikają wszelkich spraw drażliwych i udają niedosłyszących. A twierdzę, że b. prezydent A. Kwaśniewski (gdyż to on był gościem i głównym mówcą) do tej grupy należy.

I nie dziwię się tym, którzy poza takim zakłóceniem porządku nie mają innej możliwości, by zmusić prominentną osobę do zajęcia stanowiska wobec poglądu swojego (bardzo licznego) środowiska, co przecież jest podstawowym postulatem demokracji. Nb. nawet w wypadku tego, jakie miało miejsce, wymuszenia zmiany tematu, nie można było mówić o demokratycznym czy tym bardziej lewicowym dyskursie, w którym obie strony są równouprawnione, a o sile głosu decyduje nie elitarność, czy stanowisko, lecz argumentacja. Pomijając bowiem fakt, że rozumowanie wszystkich bez wyjątku adwersarzy prezydenta uważam za błędne, wygłoszone z mównicy odpowiedzi zamykały dyskusję mimo, że nie były przekonywujące, a ich adresaci zostali pozbawieni możności wyrażenia swej oceny tej dysputy. Stanowczo twierdzę, że do rozpatrywania zasadniczych kwestii spornych wewnątrz lewicy, zakłócanie porządku prelekcji nie jest skutecznym rozwiązaniem. Istnieją (np. w Internecie) doskonalsze środki. Niestety elita ich "nie widzi".

Nie znam bowiem przykładu podjęcia dyskusji eksponowanych funkcjami i tytułami osób z opiniami przedstawianymi (np. w Internecie) poza kręgami skupionymi wokół "Forum klubowego", "Dziś" i strony internetowej KRSLD zawłaszczonej przez tandem złożony z przewodniczącego i sekr. gen. SLD. Tym bardziej trudno sobie nawet wyobrazić taką dyskusję prowadzoną w warunkach równego dostępu do publikatorów czy innego sposobu wypowiadania się.

Jeżeli po tym przydługim wstępie przejść do omawiania owych pytań, to jak zdołałem zanotować, dotyczyły one odpowiedzialności prezydenta Kwaśniewskiego za wplątanie Polski w awanturę iracką i za brak odczuwalnego wzrostu emerytur w okresie rządów SLD. W tej pierwszej sprawie uważam za nieusprawiedliwione użycie określenia "krwawa wojna", a przy tym mówiąc o "wojnie" należało by sprecyzować swój pogląd na to, kto tam z kim walczy? Czy stronami konfliktu są USA i naród iracki, czy raczej siły próbujące wprowadzić w kraju cywilizowany ład i sfanatyzowani zwolennicy Al Kaidy, czy jeszcze inaczej. Jakiekolwiek bowiem oceny tej - jak to nazwałem - awantury bez wyjaśnienia tej podstawowej sprawy nie mają sensu. W drugiej z kolei wspomnianej kwestii uważam, że jest rzeczą niedopuszczalną omawianie zobowiązań wobec jednej grupy obywateli, gdy wiadomo, że za poszkodowanych w ten sam sposób uważają się także nauczyciele, służba zdrowia, kolejarze itd. itd.

Na zakończenie dodam, że największym moim w tej chwili marzeniem jest, móc umieścić w dalszym ciągu tego tekstu sprostowania i polemikę z powyższymi moimi spostrzeżeniami.

powrót do spisu tekstów

powrót do spisu tekstów



Rajmund Rybiński. Żadna siła, żadna burza ... Klub Współczesnej Myśli Politycznej a sprawy morskie.
Artykuł został opublikowany w dzienniku "Głos Wybrzeża" - wyd. 21, 22 i 23 marca 2003 r.

Mija właśnie 11 lat od powstania z Inicjatywy jedynego wówczas posła SLD w ówczesnym województwie gdańskim, a dziś marszałka senatu RP, prof. Longina Pastusiaka - Klubu Współczesnej Myśli Politycznej. Klub dość szybko przyswoił sobie prawdę, że dla regionu nadmorskiego najważniejszy jest wiatr od morza, że podstawą rozwoju gospodarczego regionu jest g0spodarka morska. Toteż w swej działalności przywiązywał wielką wagę do spraw morskich, w tym do właściwego kształtowania i realizacji polityki morskiej.

Wyrazem tego były przede wszystkim zorganizowane przez klub konferencje naukowe poświęcone sprawom morskim: w 1994 r. pt. „Polityka morska Rzeczypospolitej Polskiej"; w 1995 r. „Ziemie Zachodnie i Północne Polski w półwieczu 1945-1995", na której czołowe miejsce zajęła tematyka morska; w 1997 r. konferencja pt. „Region gdański w procesie integracji Polski z Europą Zachodnią", na której skoncentrowano się głównie na żegludze morskiej, portach, budownictwie okrętowym, rybołówstwie morskim i handlu zagranicznym drogą morską; w 1999 r. konferencja pt. „Konsekwencje prawne dla gospodarki morskiej przystąpienia Polski do Unii Europejskiej"; wreszcie w 2002 r. sympozjum zorganizowane wspólnie z Bałtyckim Instytutem Studiów Strategiczno-Operacyjnych (BISSO) i Pomorską Federacją Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT nt. aktywizacji gospodarczej województwa pomorskiego, gdzie dominującą tematyką była gospodarka morska. Pokłosiem wszystkich tych konferencji, z wyjątkiem ostatniego sympozjum, są publikacje książkowi materiałów pokonferencyjnych.

W celu wzmocnienia roii klubu w sprawach morskich powołano w nim w styczniu 2002 roku specjalistyczną Sekcję Morską pod przewodnictwem wiceprezesa klubu, posła prof. Jerzego Młynarczyka i dr. Witolda Kuszewskiego, wybitnych znawców spraw morskich. Stanowi ona forum propagowania myśli morskiej oraz forum opiniotwórcze w sprawach morskich.

Niedawno jednak zmieniliśmy sposób naszego działania w odniesieniu do gospodarki morskiej. Skonstatowaliśmy bowiem, że pomimo odbywanych w różnych gremiach i w różnych miejscach w kraju (w tym i w naszym klubie) ważnych i twórczych spotkań nt. spraw morskich - polska gospodarka morska ginie. Pisał o tym dobitnie na przełomie roku na łamach „Głosu Wybrzeża" prof. Longin Pastusiak w artykule „SOS dla gospodarki morskiej".

My, w gronie entuzjastów spraw morskich, nie mamy wprawdzie tej rangi przedstawiciela władzy wykonawczej, który by chciał i mógł się podjąć dzieła ratowania i podźwignięcia z upadku Polski morskiej, ale mamy na szczęście wybitną osobistość państwową najwyższej rangi, marszałka Senatu RP prof. Longina Pastusiaka, prezesa naszego klubu, doceniającego znaczenie gospodarki morskiej, czemu dawał wielokrotnie wyraz swoimi działaniami na jej rzecz. Mamy też wybitnego przedstawiciela, izby poselskiej, a w niej Podkomisji Gospodarki Morskiej, posła prof. Jerzego. Młynarczyka, znawcę spraw morskich. Uznając wielką potrzebę chwili, zwróciliśmy się do nich z apelem o jak najpełniejsze osobiste zaangażowanie się w działania na rzecz ratowania naszej morskości. Zwróciliśmy się do nich o wykorzystanie swoich wpływów w kręgach władzy wykonawczej oraz swoich umiejętności taktycznych i dyplomatycznych w załatwianiu trudnych spraw. Zaapelowaliśmy, by zechcieli przyjąć patronat nad gospodarką morską, by zechcieli być protektorami jej ponownego rozwoju, by stanęli do dyspozycji wielkiej sprawy - Polski morskiej. Zdaje się, że obaj mężowie bez szumnych deklaracji, milcząco, w myśl przysłowia „ciszej idziesz, dalej zajdziesz", przyjęli na siebie to brzemię zadań. Obaj bowiem podjęli bardzo energiczne działania na rzecz spraw morskich. Marszałek Longin Pastusiak m.in. niedawno skierował do szeregu ministrów i wiceministrów apel naszego klubu o wstrzymanie sprzedaży w obce ręce najważniejszych obiektów w portach handlowych. Poseł Jerzy Młynarczyk kieruje intensywnymi pracami zespołu specjalistów z Sekcji Morskiej Klubu, BISSO i NQT, przygotowującego projekt nowej ustawy o portach morskich, w której uwzględnione zostaną doświadczenia w tym zakresie czołowych państw morskich Unii Europejskiej. Ustawa ta miałaby zastąpić obowiązujący od pięciu lat bubel legislacyjny, wielokrotnie nowelizowany lecz nadal zły i nie nadający się do dalszych poprawek.

Jak się już rzekło, w okresie transformacji ustrojowej w Polsce gospodarka morska gwałtownie podupadła, co bardzo niekorzystnie odbija się na całej gospodarce województwa i na sytuacji społeczno-politycznej. Ostatnio zawisła nad nią dodatkowa groźba, która może się okazać gwoździem do jej trumny. Groźbą niosącą z sobą to niebezpieczeństwo jest wzmiankowane wyżej oddawanie w obce ręce najlepszych obiektów naszych portów handlowych, w ramach nakazanego ustawowo w 1999 roku przeprowadzenia do końca 2003 roku prywatyzacji portowych spółek skarbu państwa. Na pierwszy ogień poszedł Bałtycki Terminal Kontenerowy w Gdyni, który zamierza się wydzierżawić na 20 lat spółce filipińskiej(l).

Druga Rzeczpospolita, startując po rozbiorach do niepodległego bytu, mimo że miała zagwarantowane pewne uprawnienia w porcie gdańskim, który przecież należał do polskiego obszaru celnego - zdobyła się na gigantyczny wysiłek zbudowania od podstaw, na bagnach, nowoczesnego portu w Gdyni, aby zapewnić sobie niczym nieskrępowane wyjście na morze. Dziś wyprzedaż cudzoziemcom naszych portów byłaby zaprzepaszczeniem dzieła przodków i pozostawiłaby nas w niesławie u przyszłych pokoleń. Oddanie w obce ręce portów byłoby dla Polski podobnie groźne jak dokonana wyprzedaż banków. Oddawszy obcym banki, utraciliśmy znaczną część suwerenności, utraciliśmy możliwość kształtowania polityki finansowania polskiej gospodarki. Oddanie portów w obce ręce to utrata suwerenności transportowej, to przytrzaśnięcie naszych okien na świat, ograniczenie możliwości kształtowania przez państwo polskie polityki morskiej.

Przekazywanie w obce ręce tak newralgicznych obiektów majątku narodowego jak obiekty portowe, to poza wszystkim innym obraza Polski i Polaków, to jakby potwierdzenie głoszonej złośliwej tezy, którą przytacza prof. Kazimierz Poznański, że „Polak jest głupi, więc mu nic nie wychodzi, stąd najlepiej, żeby wyręczył go jakiś nie-Polak, żeby zabrał mu jego warsztat pracy i zapędził do roboty".

Dlatego Klub Współczesnej Myśli Politycznej apeluje do władz o ratowanie naszej suwerenności transportowo-morskiej, o zachowanie w naszym władaniu portów morskich, naszego nieskrępowanego dostępu do morza, za który ojcowie nasi i bracia oddawali życie, a wszyscy ślubowaliśmy w pieśni: „Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec ..." i zapewnialiśmy, że „żadna siła, żadna burza nie odbierze Gdyni nam, Gdańska nam". Nie wolno za doraźne, wątpliwe zresztą, korzyści, oddać obcym naszych portów, nie wolno uzależnić od obcych, i to na trwale, funkcjonowania portów i polskiej gospodarki morskiej. Bo źle, bardzo źle na tym wyjdziemy.

W celu ratowania gospodarki morskiej oczekujemy od rządu:
1. pilnego opracowania polityki morskiej państwa, w tym kompleksowego programu zahamowania upadku gospodarki morskiej oraz podjęcia jej odbudowy i ponownego rozwoju (Klub Współczesnej Myśli Politycznej wespół z Bałtyckim Instytutem Studiów Strategiczno-Operacyjnych i Pomorską Federacją Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT może wnieść do tego swój wkład intelektualny);
2. spowodowania jak najszybszego powrotu pod polską banderę statków przeflagowanych pod bandery obce. W tym celu należałoby ustanowić stosowne regulacje prawne i zachęty ekonomiczne;
3. wsparcia działań i starań wojewody pomorskiego Jana Ryszarda Kurylczyka o jak najszybszą budowę autostrady A1 oraz połączenia trasy Kwiatkowskiego w Gdyni z obwodnicą trójmiejską;
4. wstrzymania natychmiast ustawowo prywatyzacji portów (realizowanej na podstawie nieudanej ustawy o portach morskich), przynajmniej do czasu uchwalenia i wejścia w życie nowej ustawy; wsparcia prac zespołu posła prof. Jerzego Młynarczyka w przygotowaniu nowej ustawy o portach morskich;
5. przyśpieszenia konsolidacji portów Gdańska i Gdyni w celu poprawienia efektywności zarządzania, efektywności inwestycji i sprostania konkurencji na rynku światowym;
6. podjęcia niezwłocznie decyzji zapobiegających groźbie likwidacji największych stoczni Gdyni i Gdańska;
7. dopracowania i uzgodnienia do końca 2003 roku z Komisją Unii Europejskiej „Sektorowego programu operacyjnego rybołówstwa na lata 2004-2006", tak aby polskie rybołówstwo uzyskało maksymalne stawki odszkodowań za zmniejszenie nakładu połowowego, przewidziane rozporządzeniem UE nr CR 2792/1999.

powrót do spisu tekstów