Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


OPINIE. Autor: Senior. Część 1.


Zlikwidować drugi filar Otwartych Funduszy Emerytalnych.

Reformę emerytalną uchwalił sejm pod koniec pierwszej kadencji rządów SLD, gdy wicepremierem był Marek Belka. Ale architektami tego rozwiązania były AWS i UW oraz Leszek Balcerowicz jako minister finansów w poprzednim rządzie. Wzorowano się na rozwiązaniach zastosowanych w Chile. Takie rozwiązania były też w Argentynie, lecz tam je znacjonalizowano.

Na reformie wprowadzonej w 1999 roku miało skorzystać państwo oraz emeryci i renciści. Dotychczas skorzystały tylko Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE). W okresie 10 lat OFE zarobiły dla emerytów 9 mld złotych netto , a dla siebie 10,5 mld zł - z tytułu pobieranych opłat w wysokości nawet 7 proc., gdy ZUS pobiera tylko 3 proc. W praktyce ZUS pobiera całą składkę, ale część odprowadza do OFE. Jest to bardzo wygodna sytuacja dla funduszy, gdyż cała praca ściągnięcia składki i jej rozliczenia spoczywa na ZUS-ie.

W okresie 10 lat ZUS przekazał funduszom 120 mld zł. Ogromne pieniądze ze składek kierowano na reklamę, gdyż fundusze rywalizowały między sobą o członków (klientów). W 2008 roku zwiększenie liczby klientów o 1 osobę kosztowało np. w funduszu AIG 6 tys. złotych. "Warta" wydała 12 mln zł na akwizycję nowych członków, lecz nie zyskała żadnych, tylko utraciła 415. I to wszystko na koszt członków danego funduszu.

W radach nadzorczych powinni być przedstawiciele ubezpieczonych, ale ich tam nie ma. Ci, co są, to osoby z nadania rządzących. OFE straciły w ostatnich latach, a właściwie w 2008 r., 24 mld złotych, tj. 16 proc. wkładów, a na inwestowaniu na giełdzie nawet 40 proc. Straty wynoszą tyle, ile właśnie brakuje ZUS-owi na wypłaty emerytur i rent. Mimo tych strat pracownicy firm zarządzających zarabiają krocie: średnia płaca w ZUS wynosi 3 tys. zł, a w OFE 9 tys. złotych(!).

Państwo dopłaca do ZUS, sprzedając obligacje, a kupują je Otwarte Fundusze Emerytalne(!) Jest to genialny przekręt na kolosalną skalę. W sumie od 1999 r. finanse publiczne straciły 120 mld złotych. Reforma ta wygenerowała olbrzymi deficyt rządu w kwocie 90 mld zł (dziura Bauca).

Bankructwa państwa uniknięto za czasów rządów SLD kosztem olbrzymich, szkodliwych społecznie, cięć socjalnych, co pogrążyło SLD na długie lata.

Wyniki dziesięcioletniej działalności funduszy pokazują, że powierzone im pieniądze są mało opłacalną inwestycją. Najlepszy fundusz ("Generali") uzyskał w całym okresie zysk 22 proc., tj. rocznie 2,2 proc., a najsłabszy ("Commercial" i inne) nie zdołały przekroczyć 16 proc., tj. rocznie 1,6 proc. Natomiast roczna lokata bankowa , oprocentowana na 5 proc., dałaby w tym czasie 50 proc. zysku. Jeszcze korzystniejsze byłoby zainwestowanie w obligacje Skarbu Państwa; wyliczono, że byłoby to 54 proc. Obligacje te są pewne i zawsze opłacalne.

Czy tych operacji finansowych nie może robić ZUS? Dlaczego tuczymy zachodnie korporacje ubezpieczeniowe polskimi złotówkami, zarządzający zaś szastają składkami ubezpieczonych, a zyski odprowadzają do swych central za granicą.

Po dziesięciu latach średnia emerytura, wypłacona z II filaru, wynosiła 68 zł, ale były też takie po 26 zł. To prawdziwy skandal! Nie może być tak, żeby wysokość emerytury zależała od wahań na giełdzie.

W sierpniu 2008 r. prezydent USA, Barack Obama skrytykował uzależnienie wysokości emerytury od kaprysów rynku. Amerykanie wskutek kryzysu stracili miliardy dolarów w prywatnych funduszach emerytalnych.

W Polsce "stopa zastąpienia", tj. relacja przyznanej emerytury do płacy, którą dana osoba otrzymywała przed emeryturą, kształtowała się w dotychczasowym systemie na poziomie 65-67 proc. ostatniego wynagrodzenia, natomiast w zreformowanym systemie - jak się z dużym prawdopodobieństwem prognozuje - może spaść nawet do 43 proc. dla mężczyzn i 30 proc. dla kobiet. Oznacza to, że przyszli emeryci będą jeszcze większymi dziadami niż obecni.

Ale są tez i inne oszustwa. Wmawiano ludziom, że zgromadzone składki będą dziedziczone. Okazuje się to nieprawdą. Jeżeli emeryt pobierze trzy wypłaty emerytury i umrze, to zgromadzone środki pozostają w OFE, a nie w rodzinie. Nie będzie emerytur rodzinnych. Nie będzie waloryzacji. Dokonano wielkiego obrzydliwego kłamstwa. Rozwiał się mit wypoczynku emerytów pod palmami. Dziś mówi się, że palmy są dla małp.

Taka sytuacja powoduje rozgoryczenie wśród przyszłych emerytów. Czują się brutalnie oszukani i wyrażają mocne i groźne oceny pod adresem OFE, a także pod adresem rządu, który napędzał członków do tych funduszy, bo jeśli nie wybiorą żadnego, to zostaną skierowani do wybranego przez władze. Mają żal, że władza państwowa, która ma potężny aparat fachowców, nie uchroniła pracowników od takiej krzywdy.

Dlatego rząd się wreszcie zreflektował. Minister Fedak, odpowiedzialna za sprawy społeczne, pragnie przeprowadzić reformę w OFE. Ma ona polegać na tym, że ZUS będzie przekazywał funduszom nie, jak dotychczas, 7 proc. środków, tylko 2 proc. To jest jednak żadna reforma! To nie rozwiązuje sprawy emerytów. Bo OFE nie zgodzą się na obniżenie apanaży swoich pracowników i pomniejszenie zysków dla swych central. Zaczną grać na giełdzie systemem agresywnym i albo coś zyskają, albo stracą wszystko. To przecież nie ich pieniądze, więc mogą ryzykować, zwłaszcza że mają czym grać, gdyż są już dziś prawdziwą potęgą finansową: zarządzają kwotą 86 mld zł, co stanowi ok. 8,9 proc. rocznego PKB Polski. I to wszystko kosztem milionów biednych Polaków.

W tej sytuacji rząd i sejm powinny bardzo poważnie rozważyć rozwiązanie tych funduszy, a zgromadzone środki przekazać do ZUS, który jest tańszy w obsłudze i potrafi także kupić bez problemu i bez zwiększania zatrudnienia obligacje Skarbu Państwa, bo są najbardziej opłacalne i bezpieczne. Niech ktoś z rządu udowodni, po co jest potrzebny pośrednik do wypłacania śmiesznych emerytur. Władza państwowa nie może się przyglądać obojętnie tej sprawie.

Drugim rozwiązaniem, jeśli pierwsze nie byłoby możliwe, jest zniesienie obowiązku należenia do OFE. Jest to łatwe do przeprowadzenia. Niech należenie do OFE będzie decyzją dobrowolną, a nie przymusem. Wolny obywatel w XXI wieku, w demokratycznym kraju, nie może mieć statusu chłopa pańszczyźnianego, przywiązanego do określonego OFE.

Przyszli emeryci, mimo rosnącego rozgoryczenia, nie pójdą pod siedziby OFE skandować "złodzieje!" Mogą natomiast odwrócić się od władzy, która ich lekceważy i nie broni. A mają groźną broń: kartkę wyborczą.

Senior

Kontynuację tematu zawiera artykuł p. t. Otwarte fundusze emerytalne (OFE) - cd.




Zapomniana reforma rolna.

Już w XI wieku wzrost danin nakładanych przez książąt oraz kościelna dziesięcina spowodowały wielki bunt chłopski. (mordowano duchownych, burzono kościoły). Jednakże do końca XV wieku sytuacja tej grupy społecznej była niezła. Rolnictwo opierało się głównie na gospodarstwach chłopskich. Największe, uprawiane przez tzw. kmieci, zajmowały powierzchnię jednego łanu (ok. 17 ha), a zdarzało się, że nawet kilku łanów. Gospodarstwa takie były często większe od gospodarstw drobnej szlachty. Była też możliwość przejścia kmiecia do stanu szlacheckiego, jeśli np. ożenił się z córką szlachcica, albo odwrotnie. Mieszkańcy wsi mieli pewne prawa. Mogli np. zaskarżyć decyzję możnowładcy do sądu powiatowego. Na wsi powstawały szkoły, a dzieci chłopskie studiowały nawet na uniwersytecie krakowskim.

Jednak w połowie XVI wieku coraz wyraźniej zaznaczała się przepaść między szlachta a chłopstwem. Szlachta zaczęła głosić teorię, że chłopi podobnie jak mieszczanie różnią się od szlachty, gdyż, gdyż mają inną krew. W związku z tym mają być sługami szlachty. Szlachta uzyskiwała nowe dodatkowe przywileje, które pogarszały sytuację chłopów. Ułatwiono szlachcie rugowanie chłopów z ziemi powiększanie folwarków. Wprowadzono zakaz opuszczania wsi. Zaostrzono kary za ucieczkę i ukrywanie zbiegów. Wprowadzono powszechną obowiązkową pańszczyznę. Uzależniono posłanie syna chłopa do szkoły od zgody pana. Pan mógł zabronić kobiecie wyjść za mąż za chłopa z innej miejscowości. Pozbawiono chłopów możliwości zaskarżania pana do sądu. Sędzią chłopa stał się pan. Pan miał prawo chłostać chłopa. Magnaci mieli po setki tysięcy chłopów (np. Radziwiłłowie - cały milion). Na ich straży stały prywatne armie, rozprawiające się z buntownikami.

O chłopskiej niedoli przypominano sobie dopiero w chwilach największych zagrożeń, gdy Rzeczpospolitą zalały wojska szwedzkie i rosyjskie. Wtedy król Jan Kazimierz złożył w lwowskiej katedrze śluby, że poprawi los chłopów. Ale nic z tego nie zostało zrealizowane. Konstytucja 3 Maja, mimo że była postępowa i proklammowała wzięcie chłopów pod opiekę państwa, to jednocześnie uznała wszystkie przywileje uzyskane przez szlachtę.

Bez chłopów żadne powstanie nie miało szans powodzenia. Obcy car, król czy cesarz był dla chłopów mniejszym wrogiem niż rodzimy pan. To car zaborca uwłaszczył polskich chłopów 1861 roku, a wcześniej – od 1823 roku – zaczęto uwłaszczać chłopów w zaborze pruskim, w zaborze austriackim zaś od 1848 roku. Natomiast w Królestwie Kongresowym dopiero w 1864 roku.

W II RP reformę rolną uchwalono dwukrotnie: w 1919 i 1925 r., ale rozparcelowano jedynie około 20% wielkich majątków ziemskich. Wielki kryzys lat trzydziestych ubiegłego wieku uderzył najboleśniej ubogie, cierpiące już wcześniej głód rodziny chłopskie. W tym czasie spożycie roczne na 1 osobę w rodzinie obszarniczej wynosiło 10 204 zł/r, a w rodzinie chłopskiej – zaledwie 158 zł/r. tj. 65 razy mniej. W latach 20-tych wybuchały bunty chłopskie, które z rozkazu Józefa Piłsudskiego były tłumione przez wojsko i policję. W sierpniu 1937 zginęło 44 uczestników strajków w Małopolsce i na Podkarpaciu, a 4 tys. uczestników trafiło do aresztu.

Siedem lat później, 6 września 1944 roku Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) wydał dekret o reformie rolnej. Reforma rolna mająca podstawę w dekrecie PKWN przeznaczała do parcelacji dla chłopów małorolnych, bezrolnych i robotników folwarcznych około 7 mln. ha ziemi, z tego na tzw. ziemiach dawnych 2,4 mln., a na ziemiach odzyskanych – 3,6 mln. ha. U podstaw dekretu PKWN leżało głębokie przekonanie o wielowiekowej chłopskiej krzywdzie. Miał on pozytywne znaczenie tak dla rolników, jak i dla konsumentów, dla wszystkich Polaków.

Dzisiejsza struktura agrarna w Polsce powróciła do struktury sprzed 1939 r. Obecnie istnieje kilkanaście gospodarstw rolnych po kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Na Mazurach jest gospodarstwo, które ma 30 tys. ha, a drugie 21 tys. ha.

Dekret PKWN o reformie rolnej to jedno z największych wydarzeń w naszej historii. Ale teraz, w III RP, po 65 latach od tego wielkiego wydarzenia, mimo że to okrągła rocznica, jest przemilczane, a więc i nieznane, szczególnie młodemu pokoleniu. Nawet partie lewicowe, a także Polskie Stronnictwo Ludowe przemilczały to doniosłe historyczne wydarzenie. A szkoda! Tak zakłamuje się historię.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński. Nie negując znaczenia reformy rolnej jako wydarzenia historycznego, należy jednak wyjaśnić, że decydujące dla naszego kraju było uprzemysłowienie dokonane w czasie PRL. To przemysł przyczynił się do likwidacji bezrobocia, które zwłaszcza na wsi, choć ukryte pod nazwą "przeludnienie wsi", istniało w skali przerażającej, umożliwił politechniczne wykształcenie całego społeczeństwa, elektryfikację wsi i małych miast i ogromny, oraz ponad 100% wzrost wydajności upraw. Polska stała się krajem zdolnym wyżywić własną ludność bez powszechnych uprzednio niedoborów, odpowiedzialnych za masową zapadalność (szczególnie młodzieży) na gruźlicę, gościec i in. choroby, a ograniczenie rozpiętości różnic płacowych i kontrola cen, sprawiły, że produkty spożywczye, ubrania, mieszkania i in. dobra podstawowe były dostępne dla wszystkich.




Nie będzie olimpiad językowych.

Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Neofilologicznego i komitety olimpiad języka niemieckiego, francuskiego i białoruskiego podjęły decyzje, że nie będą organizowane olimpiady językowe w roku szkolnym 2009/10, gdyż zabrakło pieniędzy z dotacji Ministerstwa Edukacji Narodowej. Na olimpiadę języka niemieckiego zabrakło 30 tys. złotych. O odwołaniu olimpiad napisała Gazeta Wyborcza, przytaczając przy tym wypowiedzi bardzo zawiedzionej młodzieży. To zainspirowało Gazetę do sprawdzenia tej sprawy w MEN. Okazało się, że jest program olimpiad finansowanych przez MEN i olimpiady się odbędą: 1 grudnia rusza Olimpiada Teologii Katolickiej, organizowana przez Wydział Teologiczny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, a finansowana przez MEN kwotą 44 tys. zł. Następna, organizowana przez komisję Episkopatu Polski - Misyjna Olimpiada Znajomości Afryki - startuje 4 grudnia. MEN dał na nią 75 tys. zł. Celem tej olimpiady jest zwrócenie uwagi na bogactwo pracy polskich misjonarzy i misjonarek - ambasadorów naszego kraju. W olimpiadach tych mogą brać udział tylko ci uczniowie, którzy uczęszczają na religię. Dlaczego nie mogą ci, którzy nie uczęszczają na lekcje religii? - Przecież mogą mieć dużą wiedzę na te tematy. A pieniądze pochodzą od podatników, także rodziców tych dzieci, które nie biorą udziału w lekcjach religii.

Z całej tej sprawy można wnioskować, że uczniowie w Polsce nie potrzebują się uczyć niemieckiego, francuskiego, białoruskiego czy innego języka obcego. Wystarczy, że uczą się religii i będą świętymi Europejczykami.

Senior




Terroryzm i CIA.

Irańscy politycy oskarżają Waszyngton i Londyn o wspieranie terrorystów. Po krwawym zamachu, w którym zginęło sześciu dowódców Korpusu Strażników Rewolucji, wojskowi grożą zemstą.

Do ataku doszło 18 października bież. roku w mieście Piszin w południowo-wschodnim Iranie. To niespokojny region przy granicy z Pakistanem. Grasują tam bandyci, przemytnicy narkotyków oraz terroryści. W Piszin zorganizowano spotkanie sił bezpieczeństwa z miejscową starszyzną, aby omówić sprawy związane ze stabilizacją w regionie. Zgromadzili się przed namiotem, w którym miały się odbyć rozmowy. Nagle zamachowiec samobójca zdetonował potężną bombę. Doszło do wielkiej masakry. Śmierć poniosły 42 osoby. Jednak według oceny ONZ zginęło 51 osób, a 150 odniosło obrażenia. Terroryści to sunnici, a w Iranie rządzą szyici.

Przewodniczący parlamentu Iranu oskarżył siły zewnętrzne, przede wszystkim Stany Zjednoczone, o inspirowanie zamachów. Jeden z przywódców terrorystów, wydany przez Pakistan, a osądzony na karę śmierci w Iranie - przyznał, że byli oni szkoleni przez syjonistów i CIA. Irańscy generałowie nie mają wątpliwości, że zamachowcy byli wspierani przez amerykański i brytyjski wywiad. Pewien pracownik Pentagonu podał, że USA popiera także inne ugrupowanie rebeliantów przeciwko teokracji mułłów.

W 2006 roku prezydent George W. Bush przyznał 75 mln dol. na wspieranie demokracji w Iranie. W następnym roku fundusz ten został zwiększony do 200 mln dol. W maju 2007 r. brytyjski dziennik "The Telegraph" napisał, że CIA prowadzi tajny program mający na celu destabilizację, a w razie możliwości obalenie reżimu irańskiego. W ramach tego programu ugrupowanie Dzundullah otrzymuje broń i wsparcie finansowe. W maju 2008 r. amerykański kanał informacyjny ABC poinformował, że oficerowie wywiadu USA często spotykali się z przywódcami Żołnierzy Boga w Pakistanie i doradzali im.

Ajatollahowie mają prawo czuć się okrążeni i zagrożeni. Potężne siły USA są w Iraku, Afganistanie i Zatoce Perskiej. W tajemniczych okolicznościach giną irańscy specjaliści od broni atomowej.

Zdaniem komentatorów wiele wydarzeń wokół Iranu należy rozpatrywać w kontekście walki o rurociągi. Czy służby specjalne Waszyngtonu szukają pretekstu do wojny? W każdym razie zamach sprawił, że sytuacja wokół Iranu stała się jeszcze bardziej zapalna. Ostatnio USA uzgodniły lokalizację w jednym z małych krajów Ameryki Południowej bazy wojskowej, co spotkało się z negatywną reakcją wielu dużych państw tego subkontynentu, jak Chile, Argentyna, Brazylia i inne.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński: Podane fakty tak odbiegają od tego, co znajduję w prasie i na innych stronach internetowych, że widoczny niedostatek informacji o źródłach każe zachować sceptycyzm. O ile bowiem ścisła współpraca agend rządowych USA ze skrajnymi ugrupowaniami islamskimi i podobnymi w okresie trwania "zimnej wojny", w której głównym przeciwnikiem państw kapitalistycznych był ZSRR, jest faktem powszechnie uznawanym, to obecnie, w zmienionej sytuacji politycznej tego rodzaju działania są mało prawdopodobne zarówno ze względu na ubóstwo dostępnych informacji w tej sprawie (wspomniany artykuł z "Daily Telegraph" o dość niejednoznacznej wymowie nie przekonuje), jak i z tej racji, iż trudno dopatrzyć się korzyści dla USA z popierania tego rodzaju organizacji na terenie Iranu. Z kolei zakładanie baz wojskowych w Ameryce Łacińskiej i skierowane przeciw temu protesty tamtejszej ludności dotyczą głównie konfliktu kapitału z demokratyzmem w krajach, w których się to odbywa. Wykorzystanie bazy w Guantanamo jako więzienia podejrzanych Arabów to zupełnie inna sprawa niż popieranie jakichkolwiek organizacji.




Ceny.

Mamy prawie najwyższy w Europie wzrost cen konsumpcyjnych. Gorzej jest tylko w Rumunii. Prezydent Francji Sarkozy podważa dotychczas stosowany miernik wzrostu gospodarczego, którym jest PKB, ponieważ nie oddaje on całej prawdy o zmianach w poziomie życia przeciętnego Francuza, Niemca czy Polaka. Jego zdaniem należy szukać nowej formuły, znaleźć taki parametr, który najlepiej pokaże aktualny poziom życia obywateli w krajach Unii Europejskiej. Takim parametrem może się stać tzw. HICP, czyli zharmonizowany wskaźnik cen konsumpcyjnych, który najlepiej pokaże, czy Schmidtowi lub Kowalskiemu żyje się z roku na rok lepiej czy gorzej. Jest on obliczany według ujednoliconej metodologii UE.

W Polsce widać wyraźnie, że ceny rosną, szczególnie żywności i usług mieszkaniowych. Władza zachwyca się, jak to dobrze gospodarka stoi i rośnie PKB. Potwierdza to GUS. A z drugiej strony odczucie ludzi jest inne. Widzą oni, że wszystko drożeje. Jeśli chodzi o wskaźnik cen konsumpcyjnych, zajmujemy przedostatnie, 26. miejsce w Europie, ze wskaźnikiem 4,2 proc. Za nami jest tylko Rumunia - 5,9 proc. Nasi sąsiedzi, Czesi i Słowacy, mają wskaźniki odpowiednio 0,8 i 0,7 proc. Natomiast w całej Unii wzrost cen spożycia wynosi 0,6 proc. A strefa euro odnotowała nawet minimalny spadek cen - o 0,1 proc.

W Polsce wzrost cen żywności w sklepach jest już szokujący. Największy wpływ na tę dynamikę miały podwyżki cen mięsa - o 9,8 proc., drobiu - o 14,6 proc., wędlin - o 8,7 proc., a wyrobów tytoniowych - aż o 17 proc. Rosną też gwałtownie ceny związane z mieszkaniami: wywóz śmieci podrożał o 16,7 proc., woda - o 9,9 proc., opał - o 18,4 proc., energia elektryczna - o 11,5 proc., energia cieplna - o 8,6 proc. To wszystko zmniejszyło siłę nabywczą złotego.

Minister rolnictwa, Marek Sawicki z PSL, potwierdza bierność rządu w tym zakresie. Potwierdza też, że ceny na półkach sklepowych rosną, natomiast ceny płacone rolnikom za ich produkty spadają o 40 do 60 proc. Tracą więc rolnicy i konsumenci, a zyskują pośrednicy i wielkie sieci handlowe., a także rząd - bo rośnie mu PKB. Zatem ta inflacja napędza gospodarkę, ale kosztem ludzi najniżej uposażonych: bezrobotnych oraz emerytów i rencistów, ludzi, których dochody nie rosną, a siła nabywcza spada. A więc ich sytuacja materialna pogarsza się z tygodnia na tydzień.

Grozi nam duża inflacja, jeśli rząd nie sięgnie do doświadczeń byłego ministra finansów, prof. Grzegorza Kołodki. Bo obecny minister finansów to typowy księgowy, który potrafi tylko oszczędzać, a nie zna innych instrumentów ekonomicznych.

Senior




Ekonomia szczęścia.

We wrześniu 2009 r. prezydent Francji przedstawił nowy raport nagrodzonego Noblem ekonomisty Josepha Stiglitza, wyjaśniający, że rządy i politycy, wygłaszane referaty i debaty powinny uwzględniać takie pojęcia, jak szczęście obywateli czy dobrostan społeczny. Mierzenie poziomu gospodarczego kraju czy dobrobytu miernikiem PKB już nie wystarcza. Celem Sarkozego jest dobić drapieżny anglosaski neoliberalizm, który doprowadził światową gospodarkę do kryzysu.

Od dziesięcioleci psychologowie i ekonomiści gromadzą wiele dowodów na to, że od pewnego punktu wzrost dochodu narodowego przestaje wpływać na ludzkie samopoczucie. Coraz częściej słyszy się i pisze, że ludzie z powodu przepracowania popełniają samobójstwa. Takie zjawisko występuje np. w Japonii, a także w innych krajach. W świecie rozprzestrzenia się pojęcie tzw. ekonomii szczęścia, pokazującej korelację między poziomem szczęścia a innymi kryteriami pomyślności. Opracowano już nawet mierniki szczęścia społeczeństwa. Okazuje się, że dobra konsumpcyjne i dochód narodowy wcale nie wpływają na dobre funkcjonowanie społeczeństwa.

Na temat tego kryterium, tzn. szczęścia, pisał też prof. Grzegorz Kołodko w książce "Wędrujący świat". Traktuje on ekonomię interdyscyplinarnie - uwzględnia w niej inne nauki, jak socjologia, psychologia, nauka o kulturze, edukacja, ekologia, futurologia, biologia i in. Prof. J. Stiglitz powiedział, że "Wędrujący świat" - to arcydzieło, które stworzył myśliciel.

Prof. Richard Wilkinson z uniwersytetu w Nottingham i inni udowodnili, że im większą nierównością charakteryzuje się państwo, tym ludziom żyje się gorzej, nawet pomimo szybkiego wzrostu PKB. Takie zjawisko występuje też w Polsce, gdzie rozpiętość zarobków kształtuje się jak 1 do 13, gdy w rozwiniętych krajach wynosi jak 1 - 4 lub 1 - 5.

Coraz częściej słychać głosy uczonych, że przyszedł czas, gdy należy przyjąć do wiadomości, że w życiu są ważniejsze rzeczy niż pieniądze. Powinniśmy przestać skupiać się na PKB, a myśleć nad powszechnym dobrobytem. W związku z tym Bruksela zorganizowała konferencję pod hasłem "Wyjść poza PKB", podczas której 600 uczestników z sektorów gospodarczych, społecznych i ekologicznych dyskutowało nad nową definicją postępu, dobrobytu i jakości życia oraz sposobami ich pomiaru. Doszli do wniosku, że PKB raczej ukrywa poważne ubytki w dobrobycie i jakości życia. Przykładem może być sytuacja w Polsce, gdzie przez 8 lat gospodarka pod rządami lewicy uzyskała wysoki poziom wzrostu, wyrażany wzrostem PKB o 6-7 proc. rocznie, a na poprawę życia społeczeństwa to się nie przełożyło. Na świecie żyje 1,3 mld ludzi za mniej niż 1 USD dziennie. Polska jest na 58 miejscu w świecie pod względem poziomu życia. Zajmuje miejsce za Jordanią.

Ostatnio świat interesuje się ekologią i można być pewnym, że do nowego wskaźnika poziomu dobrobytu będzie wliczony wpływ przemysłu na środowisko naturalne. W ekologii największe zaburzenia to wyginięcie 2/3 płazów, 1/5 ssaków i 1/8 ptaków. W Indiach było 100 tys. tygrysów; a pozostało1500. Jeśli nic się nie zmieni, to gatunki te ulegną wymarciu.

Kiedy świat opracuje nowy miernik dobrobytu, to Polska będzie miała duży problem, gdyż jesteśmy ekologicznie i społecznie zacofani. Np. Bełchatów jest dużym zagrożeniem dla klimatu. W ciągu roku produkuje najwięcej CO2 w Europie. Według rankingu Polska jest na trzecim miejscu wśród krajów najbardziej zanieczyszczających atmosferę: Jedynie 13 proc. ścieków spuszczanych do rzek przechodzi przez oczyszczalnie. Do pierwszej klasy czystości zalicza się tylko 1 proc. naszych rzek. Jeśli zaś chodzi o zacofanie społeczne, to mamy najmniejszą w Europie skłonność do stowarzyszania się. Do związków zawodowych należy zaledwie 12 proc. zatrudnionych, gdy w Danii, Holandii, Francji należy około 80 proc. Według prof. Czapińskiego Polacy wyznają patologiczny indywidualizm, jeszcze gorszy niż Amerykanie. Już w IV wieku p.n.e. grecki filozof Platon powiedział: "Ci, którzy nie chcą się angażować politycznie, będą ukarani w ten sposób, że będą nimi rządzić głupsi od nich samych".

Według rankingu ONZ Polska pod względem zamożności znajduje się na 41 miejscu na świecie. Brano tu pod uwagę trzy czynniki: zdrowie, edukację i dochód na mieszkańca. Ale Polska należy także do krajów o najwyższej nierówności społecznej, Bogaci zarabiają 13 razy więcej niż biedni, a pensje prezesów banków wynoszą od 3 do 5 mln złotych rocznie.

Wracając do koncepcji "szczęścia krajowego", to według prof. Grzegorza Kołodki opiera się ono na pięciu filarach:

  1. trwałym i sprawiedliwym rozwoju społeczno-gospodarczym;
  2. ochronie wartości kulturowych i trosce o nie oraz dostępności ich dla człowieka;.
  3. dbaniu o naturalne środowisko człowieka;
  4. dobrym rządzeniu i zarządzaniu gospodarką i sprawami publicznymi;
  5. ochronie zdrowia i dostępie do usług edukacyjnych.

Na uniwersytecie w Leicester opracowano pierwszą w dziejach mapę szczęścia na świecie. Podczas wywiadów z około 80 tysiącami ludzi w 178 krajach pytano o kwestie związane z subiektywnym poczuciem szczęścia i życiową satysfakcją. Zastosowano skalę ocen od 100 do 300 punktów. Na czoło wysunęli się najbogatsi: Szwajcaria i Dania po 275 punktów, Austria i Irlandia po 260 punktów, Finlandia, Szwecja i Wyspy Bahama po 257 punktów. Islandia, Kanada i Luksemburg zajmują 8 miejsce, USA - 22 miejsce, Mongolia - 59 miejsce, Chiny - 82 miejsce, Ukraina - 120 miejsce, Indie - 125 miejsce, Rosja - 167 miejsce, Polska - 197 punktów i 98 miejsce. Mierniki te nie są doskonałe.

Toteż prof. G. Kołodko ma inne pomysły w tej sprawie i dostrzega potrzebę dalszych prac nad tymi miernikami. Proponuje ponadto rozważyć inne określenia niż szczęście, a mianowicie takie, jak pomyślność, zadowolenie lub powodzenie, mające charakter aktywny, bo szczęście ma charakter pasywny. Podkreśla też, że w społecznej gospodarce chodzi nie tylko o wzrost, ale o rozwój. Rozwój jest bardziej skomplikowanym procesem, dokonuje się poprzez jakościowe zmiany - to ruch w górę całego systemu społeczno-ekonomicznego.

Jedno jest pewne: same pieniądze szczęścia nie dają. Liczy się zdrowie, mądrość, piękno, czas wolny, wolność, sprawiedliwość społeczna. Jednakże podstawą tego wszystkiego jest byt oraz przyjazne środowisko społeczne i przyrodnicze.

Senior

Komentarz:

Stach Głąbiński: Książka profesora Kołodki "Wędrujący świat", na której w znacznej mierze opiera się Senior jest do nabycia przez Internet w cenie 27,3 zł. plus koszt przesyłki.




Socjalizm rynkowy.

Nazwa "flexicurity" to zlepek dwóch słów angielskich: "elastyczność" i "bezpieczeństwo". Duńczycy wpadli na pomysł, aby połączyć elastyczny rynek pracy z wysokimi zabezpieczeniami socjalnymi, w tym z zasiłkami dla bezrobotnych. Dzięki temu firmy mogą reagować na zmiany na rynku, a pracownicy mają mocną pozycję przy ustalaniu warunków pracy, ponieważ bezrobocie nie jest problemem, kiedy zasiłek dla bezrobotnych przekracza polską średnią płacę.

Dania ma bardzo elastyczny rynek pracy, który jest przedmiotem zazdrości wielu krajów, gdyż duńscy pracodawcy mogą łatwo zatrudniać i zwalniać pracowników. Jest to jednak możliwe dzięki wysokiemu poziomowi bezpieczeństwa socjalnego. Dania ma bowiem największy po Szwecji udział wydatków publicznych w PKB w Europie. A do tego ma także jedne z najwyższych podatków: średnio od 40 do 50 proc. Podatek VAT wynosi 23 proc.

Polscy właściciele firm są bardzo zainteresowani rozwiązaniem wprowadzonym przez socjaldemokratów duńskich, ale tylko jednym członem tego rozwiązania - elastycznym zatrudnieniem. Nie chcą zaś płacić wysokich podatków. Jednakże system ten potrzebuje do funkcjonowania trzech filarów, a elastyczność zatrudnienia nie jest nawet najważniejsza z nich. Znacznie ważniejsze jest bezpieczeństwo socjalne. Jest ono tam na takim poziomie, by można było spokojnie żyć na przyzwoitym poziomie. W 2008 roku można było otrzymywać do 90 proc. ostatniej wypłaty uzyskanej przed utratą pracy. Górny pułap określono na poziomie 3515 koron duńskich tygodniowo, (tj. ok. 2200 zł), a prawo do jego pobierania ma się przez cztery lata; po roku jednak trzeba się zaangażować w aktywne programy rynku pracy. Mimo tak dobrych warunków dla bezrobotnych bezrobocie właściwie nie istnieje: od kilku lat nie przekracza 3-4 proc., a w 2008 r. spadło nawet do 1,9 proc.

Dania ma aktywne programy szkolenia zawodowego. Szkolenie ma na celu dostosowanie zawodów do wymogów zmieniającego się rynku. Obowiązek szkolenia zawodowego wzięło na siebie państwo. Na ich realizację wydaje rocznie ponad 4 proc. PKB, podczas gdy Polska zaledwie 0,2 proc. Jednak głównym czynnikiem elastyczności jest bezpieczeństwo po stronie pracowników.

Duńczykom udało się zbudować model, pozwalający wykorzystać rynek w sposób, który znajduje "złoty środek" i "złoty trójkąt" między oczekiwaniami pracowników i pracodawców. Jest to efektem kompromisu ponad 100 duńskich związków zawodowych i organizacji pracodawców. W projekcie tym wszyscy z czegoś zrezygnowali i wszyscy dostali w zamian więcej.

Takie rozwiązanie zapewnia stabilny i wysoki poziom popytu wewnętrznego; ma więc zbawienny wpływ na gospodarkę, także w kryzysie. Model działa doskonale. Wprowadzono go przy 10-procentowym bezrobociu. Dodatkowo w Danii znalazły zatrudnienie setki tysięcy obcokrajowców.

Założenia tego modelu odbiegają daleko od naszego przestarzałego, XIX-wiecznego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. W polskim systemie na wszystko brakuje pieniędzy; nie brakuje tylko na finansowanie w różnych formach Kościoła watykańskiego. Czy można w gospodarce połączyć socjalizm i wolny rynek? Można nawet więcej, bo napędzać ów rynek. Przykładem jest Dania i jej model polityki społecznej.

Senior




Monachium dla Polski.

Zachodni historycy wydobyli na światło dzienne ważne fakty. które świadczą o tym, iż zachodnioeuropejscy sojusznicy nie mieli zamiaru bronić Polski w 1939 r. USA zaś handlowały z III Rzeszą, dopóki nie zostały zaatakowane przez Japonię. Francja, a szczególnie Anglia po złożeniu Hitlerowi w ofierze Czechosłowacji - kokietowały Niemcy i były gotowe zaakceptować drugie Monachium. Że do tego nie doszło, "zawdzięczamy" Hitlerowi, bo nie wyrażał zgody na wysuwane przez Brytyjczyków propozycje.

Oto fakty: W maju 1939 r. brytyjski ekspert gospodarczy, zaproszony do Niemiec, pytał, jakiej wielkości pożyczka dewizowa ich interesuje. Czyli normalnie wpraszał się z tą pożyczką, której skąpiono sojuszniczej Polsce. 3 czerwca 1939 r. osobisty sekretarz lorda Wilsona przywiózł do Berlina katalog spraw do omówienia, ale Berlin oznajmił, że to nieporozumienie, bo oni nie występowali z żadnym katalogiem. 8 czerwca 1939 r. lord Halifax, brytyjski minister spraw zagranicznych oświadczył Niemcom, że przy okrągłym stole będzie można omówić wszystkie żądania Hitlera. Takie propozycje padały wielokrotnie latem 1939 r. 29 lipca zapewniano ambasadora Niemiec w Londynie, że W. Brytania będzie respektowała strefę interesów niemieckich w Europie Wschodniej i Południowo-Wschodniej oraz zrezygnuje z gwarancji danych państwom na tym obszarze, to znaczy Polsce. Ponadto zapewniano ambasadora Niemiec, że W. Brytania wywrze nacisk na Polskę, by oddała Niemcom Gdańsk i eksterytorialny korytarz przez Pomorze. Wszystkie te kontakty były czynione w tajemnicy przed Polską. Brytyjczycy nie poinformowali też rządu polskiego o zawartym przez Mołotowa i Ribbentropa układzie o rozbiorze Polski. Dopiero gdy amerykański dyplomata uzyskał szczegóły tego układu od niemieckiego dyplomaty, zostały one przekazane do Warszawy.

Anglia wykorzystała również szwedzkiego przemysłowca Birgera Dahlerusa, prowadzącego z Niemcami rozległe interesy, jako pośrednika, który dwa razy dziennie latał na trasie Londyn - Berlin w sprawach tych negocjacji. Przez cały ten okres Anglicy handlowali z Niemcami, dostarczając im strategiczne surowce do zbrojeń, jak kauczuk i ołów. I rzecz najbardziej znamienna: Anglicy oferowali Niemcom granice z 1914 roku.

Jak widać, czyniono różne zabiegi i uruchomiono różne kanały dyplomatyczne, by doszło do rozmów, ale Hitler nie odpowiadał na żadne propozycje. Opracowano plan rozmów, w których miały wziąć udział W. Brytania, Francja, Włochy oraz Niemcy. Był nawet proponowany przez W. Brytanię termin spotkania czwórki w dniu 5 września 1939 r. Londyn naciskał też na Polskę, by ta sama podjęła rozmowy z Berlinem. A więc nie narodowy socjalizm (faszyzm) był przeszkodą dla porozumienia, ale osoba Hitlera, który miał plan zdobycia całej Polski i nie potrzebował porozumienia.

10 maja 1941 r. podjęto rozmowy z Rudolfem Hessem, zastępcą Hitlera, który w dziwnych okolicznościach wylądował na terytorium W. Brytanii. Punktem wyjścia tych rozmów było uznanie hegemonicznej pozycji III Rzeszy w Europie Centralno-Wschodniej. Polska nie stanowiła w tych rozmowach dla Anglików tematu. Milcząco spisano ją na straty. Z rozmów z Hessem sporządzono około tysiąca stron protokołu, a klauzulę dostępu do tego dokumentu ustalono na 75 lat. Tak oto wyglądały gwarancje zachodnich mocarstw dla Polski. Kunktatorstwo tych mocarstw kosztowało Europę i świat 50 milionów ofiar i ogrom strat materialnych. W II wojnie światowej wzięło udział 61 państw, mających 1,7 mld ludności, czyli ok. 80 proc. ówczesnej ludności świata.

Mimo niezwykle bogatych obchodów 70. rocznicy napadu Niemiec hitlerowskich na Polskę i uczestniczenia w nich tylu dostojników z różnych państw - jakoś o tych sprawach nikt nie mówił. Rusofobiści pamiętają tylko układ Ribbentrop - Mołotow, który na przebieg wojny nie miał już żadnego wpływu. Polska, osamotniona przez przyjaciół, nie była zdolna zatrzymać niemieckiej machiny wojennej. Najlepszym dowodem jest to, że już 8 września rząd polski i marszałek Rydz-Śmigły uciekli z Warszawy.

Senior




Ludobójstwo UPA na Polakach kresowych.

Na zaproszenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w lipcu br. miało przybyć do Polski sześciu prezydentów państw na uroczystości w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim im. Jana Pawła II. Mieli otrzymać wysokie odznaczenia. Przybyło jednak tylko dwóch. Główną uroczystością było nadanie honorowego doktoratu prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Juszczence.

Najważniejszych gości wprowadzono na tę uroczystość zapasowymi drzwiami. Przyczyną tego były pikiety protestacyjne, zorganizowane przeciw nadaniu doktoratu honoris causa Wiktorowi Juszczence. Na transparentach rzucały się w oczy napisy: "Doktorat dla Juszczenki hańbą dla KUL-u", "Nie o zemstę chodzi, lecz o prawdę i pamięć." Prezydent Wiktor Juszczenko bowiem uznaje Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej formację zbrojną (UPA) za narodowych bohaterów.

Lipiec jest w Polsce miesiącem pamięci narodowej, w tym także pamięci o Polakach pomordowanych na Kresach Wschodnich przez nacjonalistów (faszystów) ukraińskich. Oficjalnie podaje się 200 tysięcy pomordowanych. Natomiast Aleksander Korman, autor książki pt. "Stosunek UPA do Polaków na ziemiach południowo-wschodnich II RP" - podając daty, miejsca, liczby, fotokopie i wywiady z ludźmi, którym udało się przeżyć - udowadnia, że wymordowano 500 tysięcy Polaków.

Wyróżnienie dla Juszczenki jest cynicznym policzkiem wymierzonym w kresowian i żyjących świadków tej zbrodni, ponieważ w ich pamięci tkwi jak cierń nie osądzone i nie potępione bestialstwo banderowców, ochotników SS-Galizien i innych nazistowskich bojówek ukraińskich.

Ośrodki naukowe - a takim jest KUL - powinny być apolityczne i kierować się racjami obiektywnej prawdy historycznej, a nie względami aktualnych potrzeb politycznych. Tymczasem uczelnia, mająca stać na straży ładu moralnego, przyznaje tak wysokie wyróżnienie propagatorowi odradzającego się na Ukrainie faszyzmu.

Niemcy odcięły się od zbrodniczej przeszłości III Rzeszy, natomiast na Ukrainie faszystowskie upiory wróciły na piedestał. Wiktor Juszczenko formalnie zainicjował uznanie OUN-UPA za stronę walczącą w czasie II wojny światowej. Przekonuje, że "UPA bohaterskimi czynami wpisała się złotymi zgłoskami do sławnej historii państwa ukraińskiego." Od początku swojej kariery politycznej dążył do nadania uprawnień kombatanckich sprawcom udowodnionego ludobójstwa. Zbrodniczy czyn UPA przedstawia jako szlachetną walkę o wolność Ukrainy. O metodach tej walki i w kogo była wymierzona - nigdy nie wspomniał. Ważne stanowiska w państwie powierzył działaczom banderowskim, W tych poglądach nie jest sam. Premier Julia Tymoszenko powiedziała: "Wołyń, ziemia ukraińska, OUN-UPA to nasi bohaterowie."

Gloryfikator UPA, Juszczenko, dąży do zrównania zbrodniarzy z autentycznymi weteranami II wojny światowej. Żądanie to blokuje jedynie Rada Najwyższa Ukrainy. Juszczenko zaapelował do Polaków, "aby potraktowali z wyrozumiałością także zasługi Szuchewycza". - To szczyt arogancji i cynizmu. Polacy mają być wyrozumiali dla współorganizatora batalionu "Nachtigall", zasłużonego w mordowaniu Polaków (m. in. lwowskich profesorów), wyrozumiali dla hetmana UPA, który wydał rozkaz: "przyśpieszyć likwidację Polaków, czysto polskie wsie spalić." W wyniku tego rozkazu w wyznaczonym dniu, o tej samej godzinie zaatakowano 170 wsi. Za te "zasługi" Juszczenko nadał mu pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy. Bohaterami Ukrainy zostali także Bandera i syn Szuchewycza, który domagał się przeniesienia cmentarza Orląt lwowskich do Polski.

Szuchewycz wydał też rozkazy: "Wyrżnąć Lachów aż do siódmego pokolenia, nawet tych którzy nie mówią już po polsku." "Po odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat." Ale mordowano wszystkich: dzieci i starców oraz kobiety. Np. 30 sierpnia 1943 r. we wsi Wola Ostrowiecka zamordowano 529 osób, w tym 220 dzieci w wieku do 14 lat; a w Janowej Dolinie 600 osób. Nic nie może usprawiedliwić śmierci dzieci, kobiet i starców. Małe dziecko ma w sobie świętość - pisała Zofia Kossak-Szczucka w "Pożodze", świętość, którą szanują nawet zwierzęta. Ci zaś oprawcy przywiązywali często małe dzieci drutem wokół drzewa, gdzie w bólu i cierpieniach dogorywały.

Mordy na Kresach nie były okazjonalne, samorzutne, lecz zaplanowane i dobrze zorganizowane. Były to mordy okrutne. Jak naliczyli badacze tych zbrodni, stosowano 365 rodzajów tortur. Pomysłowość tortur była nagradzana. Urządzano makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Znany rosyjski pisarz Aleksander Sołżenicyn wymienił ponad 50 metod tortur stosowanych w śledztwie przez NKWD. Członkowie OUN-UPA prześcignęli znacznie NKWD, stosując o wiele liczniejsze rodzaje tortur wobec Polaków. Najczęściej stosowane to palenie żywych ludzi w stodołach, przerzynanie piłą, odzieranie żywych ze skóry, obcinanie głów, rąk i nóg, a narzędzia tortur to noże, kosy, sierpy, piły, młotki, widły, kule i ogień.

W sierpniu 2009 r. prezydent Lech Kaczyński w czasie pobytu na Ukrainie powiedział, że Polaków mordowało NKWD i hitlerowcy. Juszczenko skwapliwie zgodził się z takim twierdzeniem. A faktycznie apogeum ukraińskich mordów Polaków przypada na okres, gdy wojska hitlerowskie były już w odwrocie.

Juszczenko uczestniczy w odsłanianiu pomników katów kresowych Polaków. Na Ukrainie zaciera się resztki polskości w kulturze i historii. Przekazuje zakłamany obraz dziejów, a fałszerstwa trafiają do programów w szkołach. Ukraińskie organizacje młodzieżowe rozwieszają we Lwowie plakaty sławiące dywizję SS "Galizien", która odpowiada za masowe mordy Polaków i Żydów. Prezydent Juszczenko z pogardą dla prawdy głosi zasadę równowartości krzywd. Historycy IPN też mają inne sprawy na głowie i nie zajmują się dokumentowaniem tych zbrodni. Wolą zajmować się ustalaniem, czy Lech Wałęsa jako dzieciak nasikał do kropielnicy, czy nie.

Aleksander Korman, autor książki o zbrodniach OUN i UPA przywołuje apel 95 deputowanych Rady Najwyższej Ukrainy m. in. do Sejmu i Senatu RP i opierając się na tym posłaniu apeluje do władz III Rzeczypospolitej o zdecydowane potępienie zbrodni ludobójstwa na Polakach z Kresów przez OUN i UPA oraz skierowanie sprawy do orzeczenia przez Trybunał Międzynarodowy. Tego ważnego kroku prawnego od wielu lat oczekuje bezskutecznie społeczność kresowa i jej potomkowie.

Bertolt Brecht, niemiecki pisarz, myśliciel i polityk napisał w jednym ze swych esejów politycznych: "Ten, kto nie zna prawdy, jest głupcem, ale ten, który ją zna i jej zaprzecza, jest zbrodniarzem."

Senior




Niemcy chcą zapomnieć o II wojnie światowej.

Minęła 70. rocznica wybuchu jednej z najtragiczniejszych wojen XX wieku. Przywódcy koalicji antyhitlerowskiej i RFN spotkali się 1 września w Gdańsku, mieście, na które spadły pierwsze pociski. Celem tego spotkania było przypomnienie światu o tych tragicznych dla ludzkości faktach oraz uczczenie pamięci milionów pomordowanych i poległych na wszystkich frontach.

Martwić jednak musi fakt, że coraz więcej Niemców chciałoby zapomnieć okres wojennej przeszłości. Już w 1964 roku prawie połowa badanych chciała zakończenia procesów zbrodniarzy wojennych, a w 2005 roku 46 proc. uważało, że o II wojnie światowej należy zapomnieć.

Z roku na rok coraz częściej pojawia się pozytywny obraz sprawcy, a coraz rzadziej tragiczny obraz ofiary. Dokumentacja wojenna, komentarze prasowe i telewizyjne, ukazujące się książki i kręcone filmy - ukazują Niemców jako ofiary wojny. Rozmijają się zatem z prawdą historyczną i godzą w uczucia tych, którzy doświadczyli na sobie okropności nazizmu. Nowy, kolejny dwuodcinkowy film o bombardowaniu Drezna, nakręcony kosztem 10 mln euro, jest już czwartym na ten temat. Natomiast białą plamą pozostaje wciąż bombardowanie Warszawy i Rotterdamu, czy strzelanie do polskiej ludności cywilnej, uciekającej przed armią hitlerowską. Książki, publicystyka i programy telewizyjne o popełnionych przez Niemców zbrodniach nigdy nawet się nie przybliżyły się do takich rozmiarów jak tematyka o niemieckich cierpieniach. O ofiarach niemieckich mówi się tam częściej i głośniej, a o ofiarach, których Niemcy byli sprawcami - coraz rzadziej i ciszej.

Szczytem obłudy i bezczelności jest działalność Eriki Steinbach w obronie tzw. wypędzonych, choć większość ich sama uciekła przed armią radziecką lub została do tego zmuszona przez władze niemieckie. Te wielomilionowe masy, podążające w popłochu zimą 1945 roku wszelkimi drogami na zachód, same siebie nazywały uciekinierami (po niem. Flüchtlinge). I tak nazywano ich oficjalnie. Mianem "wypędzonych" zaczęli siebie określać po utworzeniu w RFN Związku Wypędzonych. A skąd się wzięła czołowa "wypędzona", Erika Steinbach? Jej rodzice przybyli do Rumi jako okupanci i tu się urodziła jako dziecko okupantów. Stąd jej rodzice uciekli wraz z nią, bojąc się odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie.

Współczesne badania wskazują, że już ponad 60 proc. Niemców nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za II wojnę światową. Od kilku lat oprawcy są w ofensywie i pragną, aby zbrodnie III Rzeszy poszły w zapomnienie. Ale co innego jest wybaczyć, a co innego zapomnieć. Nie da się zapomnieć 50 milionów ofiar i niezliczonych ludzkich tragedii w wyniku rozpętanej bez żadnych powodów II wojny światowej. Moje, sędziwe już pokolenie, które doświadczyło na sobie tragedii wojennych, i młode pokolenie, znające z naszych przekazów cierpienia i martyrologię narodów, które pozbawiono człowieczeństwa, pewnie wybaczy, ale nie zapomni nigdy, ku pamięci potomnych.

Deportacja z USA do Niemiec Iwana Demianiuka, faszysty ukraińskiego, kata z obozu w Sobiborze, sprawcy wymordowania 30 tysięcy więźniów i mający się odbyć proces sądowy - może pozwoli Niemcom przypomnieć, kto był ofiarą, a kto prześladowcą i katem.

Senior