Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


OPINIE. Autor: Senior. Część 3.


Zadłużenie państwa.

Zadłużenie zagraniczne Polski w 1980 roku wynosiło 23 mld $. Stało się to powodem, by mówić o wpadnięciu w pułapkę zadłużenia. Ale co zbudowano za te pieniądze, nie mówiono. Najkrócej mówiąc unowocześniono polski przemysł, zbudowano wiele dróg i mieszkań, zbudowano infrastrukturę pod budowę osiedli. W procesie informacji pojawiło się nowe określenie „dług publiczny”, a zadłużenie zagraniczne zniknęło. W 2007 roku, jak podaje Rocznik Statystyczny, dług publiczny przekroczył 501 mld zł, co dawało ok. 172 mld $, czyli ponad 7 razy więcej niż za czasów Gierka. W 2008 roku dług publiczny wynosił już ok. 600 mld zł (47,2 % PKB), zaś w 2009 roku przyjęta strategia finansów publicznych na lata 2010 – 2012 zakłada wzrost długu rządu i samorządów do 658,8 mld zł, czyli 49,8 % PKB. Mimo takiej dynamiki wzrostu długu panuje całkowita cisza, brak dyskusji publicznej na tak ważny temat. Czy obecnie taka publiczna dyskusja jest w złym tonie?

Dług publiczny to ta część wydatków państwa i instytucji publicznych, która nie ma pokrycia w dochodach do budżetu. Dług publiczny nie znika wraz z rozwojem gospodarczym, nie ma bezpośredniej korelacji. Unia Europejska ustaliła, że w poszczególnych państwach członkowskich deficyt budżetowy w roku nie powinien przekroczyć 3 % PKB (t. zn. budżet państwa, samorządów, oraz systemu ubezpieczeń społecznych), a całkowity dług publiczny 60 % rocznego PKB. Państwo może zmniejszać dług publiczny dwoma sposobami – z podatków oraz z prywatyzacji, a najczęściej przez cięcie wydatków socjalnych, co jest jednak niebezpieczne dla polityków, gdyż zmniejsza ich szanse w następnych wyborach. Dlatego rząd w roku 2010 ma zamiar sprywatyzować ponad 800 zakładów, które są bardzo dochodowe, w dobrej kondycji i o charakterze strategicznym. Pragnie uzyskać tą metodą 28 mld zł. Obsługa długu publicznego bardzo drogo kosztuje. Np. USA posiadają dług publiczny w wysokości 12 bilionów $, a koszty jego obsługi (spłata) wyniosą 700 mld $ rocznie. W Polsce obsługa długu publicznego w 2007 roku wyniosła 27,5 mld zł. Była to druga pozycja w budżecie pod względem wysokości (Na ochronę zdrowia wydano 5,5 mld zł, na oświatę i wychowanie 2,4 mld zł, na gospodarkę mieszkaniową 1,7 mld zł). Według wyliczeń rządowych w roku 2010 koszty obsługi długu pochłoną 35 mld zł. Państwo pożycza, bo nie starcza mu z podatków na pokrycie wydatków publicznych. Nie starcza z podatków, bo obniżyło zbyt podatki dla przedsiębiorców. A w ogóle neoliberałom marzy się podatek niski i liniowy. W Krajach Zachodnich jest odwrotnie – podatki są wysokie i progresywne. Neoliberałowie mówią zaś, że dlatego brakuje środków w budżecie, bo państwo jest zanadto opiekuńcze. Tymczasem opieka zdrowotna ubogich obywateli ulega pogorszeniu. Obniżając podatki rząd doprowadza do długów i musi emitować papiery wartościowe. Państwo pożycza też od instytucji finansowych (banki, towarzystwa ubezpieczeniowe), oraz od zamożnych warstw społeczeństwa.

Deficyt budżetowy prowadzi do zwiększenia różnic między biednymi a bogatymi, którzy pożyczają państwu po to, aby zarobić na odsetkach i uzależniać je od siebie. Dla neoliberałów najlepszym rozwiązaniem była by religia amiszów, którzy żyją bez prądu, gazu, telewizji, telefonów, internetu, zamieszkują głównie tereny rolne, mają liczne potomstwo, które sami edukują w zakresie podstawowym, nie stosują opieki społecznej, unikają medycyny, nie studiują. Kościół katolicki też jest przydatny, bo sprzeciwia się edukacji seksualnej, badaniom prenatalnym, aborcji, badaniom na embrionach, zapłodnieniu in vitro i antykoncepcji – co daje państwu oszczędności. Pan premier i cały rząd są zadowoleni, że Polska przeszła przez kryzys łagodnie i stała się zieloną wyspą na mapie świata. Ale do Polski wybierają się dwa ogromne banki amerykańskie, gdyż mają u nas swoich uczniów. Np. bank Goldman Sachs, przez który w Londynie przeszli Krzysztof Bielecki, Hanna Gronkiewicz – Waltz, Rostowski i Marcinkiewicz. Ten właśnie bank pomagał Grecji w fałszowaniu danych finansowych. Prezes tego banku powiedział, „my wykonujemy robotę Boga” i zainkasował do swojej kieszeni 68 mln $. Natomiast bank zażądał natychmiast od rządu USA 10 mld $ wsparcia. Premier Donald Tusk otacza się bankierami, gdyż w skład 10 osobowej rady gospodarczej powołał osiem osób powiązanych bezpośrednio z bankami. Tusk i Rostowski nie wspominają np. o t. zw. podatku „Tobina” od kupna i sprzedaży walut. To w Polsce jest temat tabu. Może dlatego Goldman Sachs chce się zainstalować w Polsce. Taki sam zamiar ogłosił bank amerykański Morgan Stanley. Ekonomiści mówią, że Polska przeszła przez kryzys dzięki temu, że miała konserwatywny system bankowy. Polska gospodarka dostała premię z tytułu „zacofania”. Polska nie korzystała z produktów inżynierii amerykańskich finansistów. Także zwykli ciułacze niewiele stracili. Wejście do Polski amerykańskich inwestycji w czasie wyprzedaży majątku narodowego sprawi, że nie będzie premii za zacofanie. Staniemy się państwem o zupełnie rozwiniętym systemie bankowym. Banki w Polsce upodabnieją się do kasyn gry.

Senior

Komentarz.

Stach Głąbiński: Nie mogę zgodzić się z częścią artykułu dotyczącą bankowości. Np. ew. obecność w Polsce przedstawicielstw wymienionych banków nie może mieć wpływu na zarządzanie finansami w naszym kraju, a szczególnie nie widać związku tej kwestii z poziomem zadłużenia Polski, rozmowy bowiem z finansistami można prowadzić również, gdy znajdują się oni daleko od nas. Zarazem uważam za błędne objaśnienie przyczyn naszej względnie dobrej sytuacji w kryzysie, w czym główną rolę ekonomiści w znanych mi tekstach przypisują emigracji zarobkowej i operatywności naszych przedsiębiorców. Z kolei przemilczanie wysuniętego przez europejską socjaldemokrację sześciopunktowego planu naprawy finansów światowych obejmującego m. in. „podatek Tobina” dotyczy zarówno mediów, jak i wszystkich naszych polityków (także lewicowych), a nie tylko rządu. Wynika to zresztą – jak sądzę – nie tyle z podlegania wpływom neoliberalizmu, ile z zaściankowości naszej polityki, dla której świat poza własnym podwórkiem prawie nie istnieje. Również niezrozumiałe jest wspomniane podobieństwo banku do kasyna gry.

Polityka historyczna.

Politycy, publicyści i niektórzy profesorowie ogłaszają, że pierwszą Rzeczpospolitą była ta Obojga Narodów, drugą była międzywojenna, a trzecia po 1989 roku. O czwartej już nie wspominam, bo była Rzeczpospolitą braci Kaczyńskich i ich zwolenników. Czyli oficjalnie, w roku 2010 mamy trzecią. Jest to absurd numeracyjny. Z numeracji tej wynika, że między rokiem 1939 a 1989 nie było żadnej republiki, żadnej federacji, jakiegoś królestwa, lub jakiejś innej formy państwowej egzystencji. W historii Polski pojawia się trwająca 50 lat pustka, zapaść, nicość. Jesteśmy więc świadkami upadku autorytetu historii. Na gruzach filozofii historii rozplenia się jakiś chwast zwany „polityką historyczną”, jakiś potworek. Efektem owego zastępowania rzetelnej historii polityką historyczną jest ogłoszenie pierwszą Rzeczpospolitą federacji Polski i Litwy, bo nazywała się „Rzeczpospolita Obojga Narodów”. Ale nie była ona republiką, nie była też federacją republik (rzeczpospolita i republika są to zamienniki). Chodzi o pospolitą rzecz, czyli o państwo wszystkich obywateli, które gwarantuje wszystkim równe prawa, w tym czynne i bierne prawo wyborcze, które sprawia, że najwyższa władza, jest wyłoniona w wyborach powszechnych. Ciało ustawodawcze czyli parlament tworzy rząd i sprawuje nad nim kontrolę, a orzekanie o winie i karze należy do niezawisłych sądów. W wyborach powszechnych wyłaniana jest też głowa państwa. Żadnego z tych warunków Rzeczpospolita Obojga Narodów nie spełniała. Nazywała się republiką, lecz była królestwem. Umiejscowienie jej w obecnie praktykowanym numerycznym polskich republik jest nieporozumieniem. Rzeczpospolita Obojga Narodów zaczęła wprawdzie chłonąć idee republikańskie, ale było to u jej schyłku, gdy już umierała i była osłabiona rozbiorami. Jednak Sejm uchwalił w 1791 roku pierwszą w Europie nowożytną konstytucję opartą na ideach, które sformułowali francuscy myśliciele i politycy. Natomiast nie umieszcza się na tej liście Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, która republiką była. Mamy ideologów nieuznających państwa, które uznał cały świat, które było członkiem założycielem Organizacji Narodów Zjednoczonych, które przyniosło swoim obywatelom przewrót cywilizacyjny – gwarancję zatrudnienia, powszechną opiekę lekarską, bezpłatne szkolnictwo, domy wypoczynkowe dla robotników, obowiązkowe urlopy, reformę rolną i rozwój przemysłu.

W listopadzie 2009 roku prezydent Lech Kaczyński zorganizował konwersatorium historyczne na temat „czy PRL była państwem polskim”. Nie wiadomo, co uradzono. Może się okazać, że przez pół wieku, między Odrą a Bugiem było jakieś inne państwo – wirtualne. Profesorowie na uniwersytetach mimo tych politycznych manipulacji robią swoje i uczą tak, jak było i jakim kryteriom odpowiada nazwa republika. Jakimi kryteriami posługują się współcześni politycy polscy numerując republiki? w Rzeczypospolitej Obojga narodów obywateli posiadających prawa wyborcze było 10 %, bo tyle stanowiła szlachta w polskim społeczeństwie. Jak jest obecnie – czy wewnętrzne układy polityczne i alianse międzynarodowe (sojusze gospodarcze i polityczne) decydują o konstytucyjnym modelu państwa? Czy decyduje o tym ideologiczna koncepcja władzy lub system własności majątku narodowego? Warto też zastanowić się, czy Pierwsza Rzeczpospolita, ta międzywojenna może być uznana za demokratyczne państwo republikańskie mimo zamachu stanu i Berezy Kartuskiej, gdzie więziono posłów, w tym także premiera Witosa, który wreszcie musiał emigrować?

Senior

Komentarz

Stach Głąbiński: twierdzenie, że przyjęta numeracja kolejnych rzeczpospolitych jest tożsame z zaprzeczeniem bytu państwa polskiego we wskazanym okresie jest błędne. Już bowiem sami twórcy tego państwa stwierdzali zasadniczą różnicę ustrojową w stosunku do uprzednio praktykowanej demokracji w potocznie rozumianym tego słowa znaczeniu, co wyrażono przyjmując w konstytucji nazwę nie Rzeczpospolita III-cia, lecz R. Ludowa. Nie ma powodu, by decyzję tą zmienić. Natomiast pozbawionym racji jest moim zdaniem spotykane niekiedy twierdzenie, że PRL nie była państwem suwerennym.

Rusofobia będzie nas kosztować.

Polscy prawicowi politycy na siłę widzą w Rosji państwo totalitarne marzące o podporządkowaniu sobie Europy; starali się, aby każdego, kto ma inne poglądy w tej sprawie traktowano jak zdrajcę. Ale takiej Rosji już nie ma. Lewica, kiedy była u władzy, próbowała zmienić polską politykę zagraniczną wobec Rosji. Udało się zawrzeć umowy o wymianie gospodarczej, jednak sprawę trochę popsuł nasz udział w awanturze irackiej. Natomiast kompletną katastrofą była prowadzona po 2005 roku przez PiS polityka ciągłego drażnienia Moskwy (tarcza antyrakietowa, poparcie Gruzji w jej konflikcie z Rosją, który sprowokowała Gruzja, próba budowy tzw. kordonu sanitarnego wokół wschodnich granic i wiele innych). Platforma Obywatelska część pomysłów PiS-u uznała za warte kontynuowania. Konsekwencją tej polityki było utrwalenie w oczach opinii międzynarodowej wizerunku Polski jako państwa kłótliwego. Nasze partie polityczne nie utrzymują codziennych stosunków z liczącymi się dzisiaj rosyjskimi ugrupowaniami. Niezwykle skromnie wyglądają kontakty między środowiskami i instytucjami nauki, wiedzy, kultury a nawet sportu.

Przemiany gospodarcze w Rosji spowodowały ogromne rozwarstwienie społeczeństwa. Z jednej strony powstały ogromne fortuny, a z drugiej bieda. Nie płacono wynagrodzeń i emerytur, co spowodowały: ogromny bałagan, nepotyzm i rozkradanie majątku narodowego. Dopiero W. Putin zastosował drastyczne działania, aby zaprowadzić względną stabilizację. Eksperci międzynarodowi twierdzą, że dzięki Putinowi wreszcie w Rosji pojawiły się fundamenty, na których będzie można budować demokrację liberalną. Składają się na to: odbudowa siły i dobrej opinii kraju na arenie międzynarodowej, ustabilizowanie sytuacji gospodarczej, ograniczenie korupcji i przestępczości, wzrost bezpieczeństwa wewnętrznego i budowa społeczeństwa informatycznego. Nasi politycy nie zauważyli perspektyw dla rozwoju demokracji w Rosji, ale także tego, że mamy wiele wspólnych cech. Zdaniem profesora SGH Krzysztofa Rybińskiego oba państwa na razie nie potrafią wykorzystać potencjału, jakim są ośrodki kształcenia informatyków. Polska i Rosja kształcą najlepszych na świecie specjalistów programowania i zarządzania informacyjnego. Strategia rozwoju Rosji do 2030 roku zakłada odejście od modelu surowcowego. Putin uznał, że Rosja wreszcie musi postawić na produkcję przemysłową. Jak zauważa profesor Madej, program rosyjskiego rządu zakłada gwałtowny wzrost importu maszyn i urządzeń, a Polska może zaoferować Rosji sporo potrzebnych rzeczy. Rosję dotknie tak jak Polskę dość głęboki kryzys demograficzny, starzenie się społeczeństwa. Nie zauważyliśmy, że Rosja od dawna była skazana na współpracę z Europą. Gdyby sieci przesyłowe biegły przez Polskę do Europy, gwarantowało by to nasze bezpieczeństwo, gdyż zablokowanie dostaw dla Polski oznaczało by przerwanie dostaw dla Europy. Rozumiał to nawet rząd Hanny Suchockiej zawierając w 1993 roku tak zwany gazowy kontrakt stulecia. Zakładał on, że na początku XXI wieku Polska i Rosja przystąpią do budowy drugiej nitki gazociągu. W planach było także zwiększenie mocy przerobowej ropociągu „Przyjaźń”. Natomiast rząd Jerzego Buzka – opanowany rusofobią – robił wszystko, aby obie inwestycje zablokować. Pomagał mu w tym nawet Aleksander Kwaśnieewski jako prezydent Polski. Sami sprowokowaliśmy budowę gazociągu północnego nie zgadzając się na ominięcie Ukrainy. Polityka wzięła wtedy górę nad racjami ekonomicznymi. Polska popełniła wielki błąd. Jeśli A. Kwaśnieewski i J. Buzek chcieli pomóc Ukrainie, która sama posiada własne duże zasoby gazu, to należało pomóc finansowo i technicznie. Zgoda na ominięcie Ukrainy sprawiła by, że bylibyśmy głównym krajem tranzytowym w przepływie rosyjskiego gazu do Europy zachodniej odnosząc z tego ogromne korzyści finansowe. Zmusiło to Putina do szukania innych dróg eksportu rosyjskich surowców. Jedną z nich jest tak zwany gazociąg północny zainicjowany w 2005 roku. Przedsięwzięcie to stało się międzynarodowym, w którym bierze udział oprócz Niemiec Francja a nawet Słowenia, a są też propozycje dla Polski. Jamał II poszedł w niebyt, a Rosja znalazła innego partnera, hurtowego odbiorcę i to takiego, który pokryje koszty sieci przesyłowych. Jest nim rząd Chin.

Państwa zachodnie robią wielkie interesy z Rosją. Ostatnio Francja podpisała 25 umów dwustronnych w dziedzinie energetyki, w tym jądrowej, przemysłu samochodowego, farmacji, sprzętu wojskowego, oraz ochrony środowiska. Podpisanie tych umów odbyło się w obecności Putina i premiera Francji. Francja sprzedała Rosji nowoczesny okręt desantowo-szturmowy długości 200 metrów za pół miliona euro służący do przewozu czołgów i helikopterów. A więc udostępnienie nawet sprzętu wojskowego Rosji jest możliwe. Międzynarodowe spotkanie związane z tymi umowami odbyło się w znakomitej, pełnej zrozumienia atmosferze.

Tak oto uprzedzenia wobec Rosji nie pozwalają polskim prawicowym politykom prowadzić pragmatycznej polityki gospodarczej i w ogóle polityki. Nie mogę tylko zrozumieć zaangażowania A. Kwaśniewskiego w spory związane z ówczesnym prezydentem Ukrainy Kuczmą.

Senior

Demokracja a walka społeczna.

Sokrates, filozof grecki (V w. p. n. e.) mówił: „kto nie chce brać udziału w życiu politycznym, będzie ukarany przez to, że będą nim rządzić głupsi od nich samych.” Demokracja to także walka społeczna. Kto chce mieć spokój, to absolutnym spokojem może być tylko śmierć. Konfliktów nie da się wyeliminować ze społeczeństwa ludzkiego, bo jest to sprzeczne z życiem i naturą człowieka. Demokracja często przedstawia się jako dążenie do konsensusu. Główni aktorzy sceny politycznej przypominają taką koncepcję, ale w zasadzie nie realizują jej w praktyce. Gdy ludzie buntują się, walczą o swoje sprawy i potrzeby, o sprawiedliwość społeczną, politycy im mówią: „ulica nie będzie nami rządzić”. Ale skoro sprzeciw społeczny nie może dojść do głosu, ani w ramach różnych instytucji, ani na ulicy, to gdzie ma być miejsce tej społecznej skargi niezbędnej dla funkcjonowania demokracji? W 570 roku p. n. e. Klejstenes wprowadził w Atenach powszechne głosowanie, nie po to, by zaprzeczyć konfliktom społecznym, lecz po to, by zakończyć je w sposób pokojowy, by znaleźć rozwiązania akceptowane przez wszystkich. Demokracja traci swój sens, gdy brakuje realnej opozycji. Dlatego walka o demokrację jest podstawą walki społecznej. Arystoteles definiował ją tak: „założeniem ustroju demokratycznego jest wolność, ale jedną z cech wolności jest to, że się na przemian to słucha, to rozkazuje”. Głosowanie powszechne jest niezbędnym narzędziem władzy ludu. Jednak odkąd ta zasada została powszechnie przyjęta, wynaleziono mnóstwo sposobów wymijania, obchodzenia jej sensu i pozbawienia jej rzeczywistego oddziaływania.

Powszechne głosowanie wprowadzono dopiero dzięki powstaniu ludowemu 10 sierpnia 1792 roku, kiedy to masy obaliły monarchię we Francji. Jednak ostatecznie republikanie opowiedzieli się za powszechnym głosowaniem bezpośrednim dopiero w XIX wieku. Dla nich państwo nie było czymś świętym, a jego legitymizacją było poparcie większości obywateli. Obowiązywała zasada: „kiedy lud się wypowie, trzeba będzie postąpić zgodnie z jego wolą, lub ustąpić”. Dawno temu bogaci nie mieli trudności z usprawiedliwieniem swoich ekonomicznych przywilejów i kontroli nad władzą polityczną. Ich bogactwa i władza uzasadniała idea boskiego prawa poparta bredzeniem o ich szlachetnej krwi. Była też inna ideologia sprzyjająca uległości ludu. Dzisiejsza elita nie ma tak łatwo odkąd rozprzestrzeniły się demokratyczne ideały. Klasy posiadające coraz częściej stają wobec problemu oddolnego kwestionowania ich uprzywilejowanej pozycji. Współcześnie spory między klasami społecznymi można rozwiązywać poprzez referenda. Dlatego władza boi się tej metody jak przysłowiowy diabeł święconej wody. Wg badań 81% obywateli jest przeciw pobytowi wojsk USA i ich rakiet na terytorium Polski i pragnie w tej sprawie wypowiedzieć się w referendum. Ale prezydent Kaczyński wiedział lepiej, tęsknił do pobytu tych wojsk i sprzeciwił się przeprowadzeniu w tej sprawie głosowania. Elity polityczne twierdzą, że pojęcia demokracji i walki społecznej są sprzeczne. Bez walki różnych zdań nie ma postępu. Lech Kaczyński mylił się w wielu sprawach, np. w sprawie Gruzji, w sprawie Ukrainy, w sprawie niepodpisania Karty Praw Podstawowych oraz w wielu innych ważnych dla Polski sprawach, a przy tym nie chce słuchać głosu ludu. 81% wypowiedzi nie ma dla niego znaczenia.

Demokracja nigdy nie była doskonała, ale w sytuacjach społecznie krytycznych, umożliwia mediację i przez to łagodzi konflikty. Teraz, w XXI wieku, też istnieje cenzus majątkowy, gdyż nikt bez pieniędzy nie ma szans na zdobycie mandatu. Ponadto władza majstruje przed wyborami zmieniając ordynacje wyborcze stosownie do swoich potrzeb. Np. wprowadzono zamiast koalicji tzw. blokowanie głosów, co spowodowało korzystne dla silniejszych partii niedotrzymanie umowy przez przywłaszczanie głosów oddanych na partie mniejsze. Tak zrobiła w kilku przypadkach w Polsce PO wobec KPEiR. W tej chwili rząd i koalicja, która go popiera, rozważa i przygotowuje ordynację ustanawiającą jednomandatowe okręgi wyborcze, co w przewidzianych na rok obecny i następny (2010 i 2011) wyborach parlamentarnych i samorządowych spowoduje, że słabsze partie znikną z sejmu, a ich wpływ na działalność sejmików wojewódzkich i rad powiatowych, miejskich oraz gminnych stanie się symboliczny.

Współcześni kapitaliści różnymi sposobami przeciwdziałają rozwojowi demokracji. Coraz większe znaczenie mają pieniądze, które umożliwiają wpływ na wynik wyborów przedstawicieli. Bogactwo jest też podstawą wywierania wpływu za pośrednictwem mediów, szkół, lobbingu i innych wyszukanych metod. O tym jak bogaci traktują wybrańców narodu, może świadczyć nagrana rozmowa przedsiębiorcy firmy hazardowej Sobiesiaka z posłem Chlebowskim. W rozmowie tej, mówiąc najdelikatniej, parlamentarzysta był strofowany jak lokaj.

Jednak tym, co najbardziej ogranicza demokrację i wspiera tworzenie władzy kapitału, jest zdominowanie społeczeństwa przez obcy kapitał. Niektórym rządom na świecie jedynie wydaje się, że rządzą, w rzeczywistości bowiem wykonują polecenia finansjery. Kilkanaście rodzin rządzi światem.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński: Radykalnie krytyczna ocena współczesnej demokracji zawarta w ostatnich zdaniach nie tylko jest niespójna (czemu świat jest rządzony przez „kilkanaście rodzin”, jeżeli tylko „niektóre rządy” podlegają kapitalistom?), lecz przede wszystkim niejasne jest oparte na dwu kwestiach (demokracja referendalna i rola ordynacji wyborczej) objaśnienie jej podstaw. Niezrozumiały jest bowiem związek przyczynowy między - opisanymi drobiazgowo - brakiem odwołań do referendów i manipulacjami przy ordynacjach wyborczych w Polsce, a globalnym dyktatem kapitału. Wątpliwości budzą również niektóre szczegóły. Po pierwsze wątpliwy jest opis demokracji ustanowionej przez Wielką Rewolucję Francuską, która w dodatku przecież nigdy, żadnego referendum powszechnego nie zarządziła, więc jak można powoływać się na nią rozpoczynając rozważanie nad tym sposobem głosowania. Z drugiej strony nie można omawiając ten temat pominąć takich wad referendów jak ogromny koszt, zależność wyniku od sformułowania pytań i od jakości wiedzy społeczeństwa o głosowanym zagadnieniu. Kolejna uwaga dotyczy JOW (jednomandatowe okręgi wyborcze), które obowiązują w wyborach do senatu. Informacje o przygotowywaniu przez rząd lub PO obowiązywania JOW w wyborach do sejmu i podobnie do organów samorządowych są przypuszczalnie nieprawdziwe. Inicjatywa takiej zmiany była zgłaszana kilka lat temu przez osoby związane z orientacją bliską obecnej PiS.

50 Saddamów zamiast jednego.

Niedawne badania potwierdziły, że prezydent Bush wraz z sześcioma najbliższymi współpracownikami chcąc przekonać o tym, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi Stanom Zjednoczonym ze strony Iraku, posłużył się kłamstwem 935 razy. W grudniu 2009 roku wygasł mandat ONZ przyznany ostatecznie siłom koalicji (w istocie amerykańskim) z dużym opóźnieniem od wkroczenia wojsk do Iraku. Biały Dom chce jego przedłużenia, ale pragnie zastąpić go umową dwustronną, która nie będzie zakładała bezpośredniego udziału wojsk amerykańskich w obronie Iraku, ani stałych baz wojsk USA. Prezydent Bush podpisał budżet rekordowej wartość 505 mld. USD mimo, że USA posiada 6 bilionów długu wewnętrznego i 3 biliony zewnętrznego. Ten dług będzie musiało odpracować kilka pokoleń amerykanów.

Opracowany przez brytyjskie towarzystwo „Opinion Research Businnes” (ORB) raport szacuje ogólną liczbę ofiar wojny – zabitych do lata 2007 roku na 1 milion osób. Liczba poległych amerykanów do lutego 2008 r. wynosi 3967 osób. Zarazem przeżywają tragedię 4 miliony uchodźców i przesiedleńców.

Wydobycie ropy nie osiągnęło wielkości sprzed wojny. Dostawy energii elektrycznej są przerywane codziennie na wiele godzin, co sprawia, że kuleje wszelka działalność produkcyjna.70 % Irakijczyków nie ma dostępu do wody pitnej. Lekarze wyemigrowali i nie ma kto leczyć chorych i rannych. Brak leków i niedostatek żywności.

Przez cały czas toczy się walka zagranicznych firm o dostęp do złóż ropy naftowej. W irackim zbiorze ustaw brak jest prawa naftowego. Projekt opracowany pod dyktando USA nie może być uchwalony, bo nie pozwala iracka konstytucja. Dlatego podpisuje się umowy krótkoterminowe, korzystne dla firm zagranicznych, w czym największą aktywność wykazują USA i W. Brytania. Zainteresowanie zakupem pól naftowych zgłosiło 105 firm. Społeczeństwo irackie i tamtejsze związki zawodowe sektora energetycznego sprzeciwiają się zarówno prywatyzacji jak i wydzierżawieniu tych zasobów.

W Iraku władzę nad obywatelami sprawują liczni przywódcy regionalni i wyznaniowi. Nowe instytucje państwowe nie potrafią, a może nie chcą ukrócić tego procederu. Krajowi grozi kolejna wojna domowa, lub los długotrwałego protektoratu z uprzywilejowaną kastą wojskowych i ostrymi podziałami klasowymi. Dziś, gdy pierwszą fazę wojny w Iraku można uznać za zakończoną, nadszedł czas, by zastanowić się nad jej skutkami. Irakijczykom potrzeba poczucia stabilizacji i trwałości wypracowanych uregulowań. W ciągu ostatnich lat przemocy i masowych przesiedleń ludności ukształtowały się dwie istotne tendencje.

Pierwszą jest lokalizacja polityki, czyli sprowadzenie polityki krajowej do wielu polityk lokalnych. Zjawisko to zrodziło się ze strachu, niepewności, a także z wybujałych ambicji lokalnych przywódców irackich, którzy znani są z bezwzględności. Na prowincji trwa walka, a władza opiera się na wspólnotach plemiennych, etnicznych, lub wyznaniowych.

Druga tendencja polega na tym, iż ogólnokrajowa polityka kształtuje się pod dyktando USA i ma charakter zarządzania protektoratem. Irak pod rządami Saddama był państwem świeckim. Stany Zjednoczone pozbyły się Saddama tylko po to, by zastąpić go 50-ma innymi. Dziś dla wielu ludzi życie pod władzą „małych Saddamów” z ich milicjami, ośrodkami zatrzymań, lokalnymi rządami i podatkami, to smutna codzienność i ciągły strach.

Instytucje ogólnopaństwowe nie potrafią poradzić sobie z taką sytuacją, władza centralna jest zbyt słaba. Zdarza się, że policja państwowa wchodzi w układ z władzą lokalną, bierze udział w wymuszeniach i represjach. Np. w Basrze zabito 40 kobiet za makijaż, brak zasłony, albo inne wykroczenia przeciwko sztywnym regułom narzuconym przez milicje lokalne. Władze amerykańskie sprzyjają polityce lokalności, choć dla rządu jest ona groźna i niepewna. Dla amerykanów zaś daje to pewien spokój dla ich polityki. Wykorzystywanie lokalnych dyktatorów mimo okrutnych metod, jakimi sprawują władzę, to także amerykańska nieznajomość społeczeństwa irackiego. Emigrancka zbieranina, na której amerykanie się oparli i próbowali stworzyć rząd centralny, nie udała się. Dlatego muszą współdziałać z tymi, którzy są w stanie dowodzić siłami w terenie. Politycy z rządu centralnego nie wychodzą poza strefę strzeżoną.

Parlament iracki obojętny jest na troski wielu środowisk społecznych, całkowicie utracił autorytet. Przyjmuje ustawy potwierdzające jedynie przywileje tych, którym w wyniku różnych manipulacji udało się odnieść sukces. Miejsce wyborczego entuzjazmu zajął cynizm. Uchwala się to, co umacnia system przywilejów i nowe, ugruntowane klasowo nierówności. Iracki premier Al.-Maliki stoi na czele chwiejnego, niesamodzielnego rządu, któremu doskwiera kuratela zagraniczna, lecz bez niej nie jest w stanie przetrwać. Kongres Stanów zjednoczonych narzuca mu z góry wzorce postępowania. Potężny protektor, finansuje lokalne milicje i toleruje ich brutalne poczynania. Dlatego możliwa jest druga faza wojny domowej, nastroje społeczne ku temu zmierzają, gdyż sytuacja bytowa ludzi jest zła.

Senior

Komentarze:

Stach Głąbiński: stawianie diagnozy na odległość jest obarczone dużym prawdopodobieństwem błędu. Zarazem z doniesień wynika, że w Iraku działa nie 50-ciu lokalnych wodzów, lecz trzy ugrupowania religijno-plemienne (sunnici, szyici i Kurdowie), oraz zwalczający terrorem każdą formę demokracji zwolennicy państwa islamskiego (Al.-Kaida i podobne). Nie znam doniesień o tym, że „policja państwowa wchodzi w układ z władzą lokalną”, natomiast pamiętam stwierdzenia o powszechności korupcji oraz, że członkowie Al.-Kaidy zgłaszają się ochotniczo do policji w celu dywersji. Całkiem nie do przyjęcia jest zdanie, że „Władze amerykańskie sprzyjają polityce lokalności”, gdyż ugrupowania wskazane przez to mylne określenie są przez siły interwencyjne zwalczane, lub (jeśli chodzi np. o milicje szyickie) temperowane. Podobnie nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że "emigrancka zbieranina, na której amerykanie się oparli i próbowali stworzyć rząd centralny, nie udała się". Z doniesień prasowych wynika, że Irakijczycy brali udział w wyborach świadomie i dobrowolnie, a kandydaci do niego byli zgłaszani w sposób wykluczający określenie "emigrancka zbieranina".
Watpliwe są stwierdzenia dotyczące zarządzania wydobywaniem, transportem i przetwórstwem ropy naftowej.
Wiadomo, że dokonana przez Saddama nacjonalizacja przemysł, po usunięciu dyktatora pozostała w mocy, więc uprawnienia związków zawodowych i ogółu obywateli w decydowaniu o jego przyszłości są oczywiste. Jest bardzo prawdopodobne, że finansjera wykorzystuje koniunkturę stworzoną przez korupcję i chwiejność władz Iraku oraz ich zależność od różnych form pomocy USA. W tych warunkach zrozumiały jest krytycyzm odniesiony do zawieranych umów, jednak kwestia czy odpowiedzialność za ew. powstałe przy tym nadużycia obciąża USA (co - jak sądzę - sugeruje Senior), czy system kapitalistyczny, który Polska od 1989 roku dobrowolnie wspiera, czy wreszcie samych Irakijczyków, jest dyskusyjna.

Wysiłki pani minister Jolanty Fedak (PSL)

Od dwu lat zjednoczeni skrajni liberałowie, narodowo-katolicka prawica i niektórzy inni prowadzą wojnę z Jolantą Fedak (minister pracy i polityki społecznej), gdyż chce ona wprowadzić w Polsce odrobinę normalności w polityce społecznej i w relacjach pracownicy - pracodawcy. Jolanta Fedak to jasna strona rządu Tuska. Jeżeli pani minister uda się przepchnąć przez Radę Ministrów i Sejm projekty, nad którymi pracuje, Polska zyska szansę zbliżenia się do standardów, jakie panują w Skandynawii. Zdaniem analityków Komisji Europejskiej nasz wzrost gospodarczy znacząco by przyspieszył. Przez 20 lat minister pracy i polityki społecznej był chłopcem na posyłki., którego nawet nie informowano o szczegółach decyzji. Dodatkowym elementem utrudniającym wdrażanie racjonalnych reform był w ostatnich latach tzw. program polityki rodzinnej. Jego autorami są de facto katoliccy biskupi. Opierali się oni na następujących założeniach:

Państwo ma promować rodzicielstwo bez względu na warunki, w jakich żyje dana rodzina. Miejsce kobiety jest w domu, ponieważ nie jest ona stworzona do kariery zawodowej. Środki antykoncepcyjne powinny być drogie i trudnodostępne, najlepiej zakazane. Aborcja ma być ścigana z całą surowością. Edukacja seksualna młodzieży jest niedopuszczalna, a zamiast niej państwo powinno propagować wstrzemięźliwość. Wsparcie dla rodziny powinno być uzależnione nie od jej sytuacji materialnej, lecz od ilości posiadanych dzieci. Najlepszą pomocą ze strony państwa jest ulga podatkowa na dzieci. Państwo winno zlecić dystrybucję świadczeń rodzinnych Kościołowi jako instytucji zaufania społecznego. Docelowo świeckie prawo rozwodowe musi być zniesione. Państwo nie powinno mieszać się w sprawy rodziny.

Znaczna część tych postulatów została urzeczywistniona. Tak zwana polityka prorodzinna powstawała na początku lat 90-tych na tajnych posiedzeniach Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu i Konferencji Episkopatu Polskiego. Odbywały się one bez udziału resortu polityki społecznej. Zwycięstwo PO w 2007 roku niczego w tej sprawie nie zmieniło.

W 998 roku do biskupów rządzących resortem pracy i polityki społecznej dołączyli niektórzy bankierzy zarządzający tzw. Funduszami Emerytalnymi. Te OFE, które w 1999 r. uruchomiono w Polsce, to wielki przekręt finansowy, po 10 latach gromadzenia tam składek w wysokości 7,3 % od płacy pracownika, wypłaciły pod koniec 2009 roku pierwsze emerytury i najwyższa wynosiła 64 zł. a najniższa – 26 zł. Ponadto OFE na giełdzie straciły 24 mld. zł. podczas gdy średnia płaca ich urzędników wynosi 9 tys. zł., co szokuje np. w porównaniu z wynoszącą średnio 3 tys. zł. miesięczną płacą pracowników znacznie rozsądniej gospodarzącego powierzonymi sobie funduszami ZUS. Jolanta Fedak w porozumieniu z min. Rostowskim wystąpiła z wnioskiem o ich likwidaję, co zasiliło by budżet kwotą około 80 mld. zł., jednak Donald Tusk zgody nie dał, wręcz stwierdził, że będziemy OFE chronić. A przecież budżet Polski zbliża się do granicy, którą określa Konstytucja (zakaz przekroczenia). Należy przypomnieć, że doradcą premiera we wszystkich sprawach jest min. Boni, który był członkiem rad nadzorczych OFE. Zarazem minister Lewicka, która wprowadziła te rozwiązania obecnie jest prezesem stowarzyszenia Towarzystw Ubezpieczeniowych, do których należą OFE. Kto więc rządzi w Polsce?

Mimo oporu ze strony premiera minister J. Fedak twardo obstaje przy zmianach w systemie emerytalnym. Oprócz ograniczenia wydatków na OFE i ich zysków zakładają one zmniejszenie obciążeń polskich pracodawców i pracowników. Każde zmniejszenie składki, to zwiększenie zatrudnienia, co z kolei zwiększa wpływy podatkowe do budżetu. Celem pani minister jest doprowadzenie do tego, by obowiązujące u nas regulacje stosunków pracy i polityka zwalczania bezrobocia zbliżyły nas do rozwiązań skandynawskich. W Polsce urzędy pracy zajmują się wszystkim, tylko nie zwalczaniem bezrobocia. Na szkolenia, interwencyjne roboty publiczne i staże wydajemy najmniej spośród 27 krajów UE. Relacja polskiego zasiłku do ostatniego wynagrodzenia należy do najniższych w Europie. Przodujemy za to w rozmiarach szarej strefy w gospodarce. Nieformalne zatrudnianie bez umów o pracę dotyka zwłaszcza ludzi młodych i w średnim wieku. Jak wynika z szacunków GUS, szara strefa obejmuje około 20 – 23 % sektora produkcji przemysłowej, a w usługach nawet 35 %. Zdaniem ekspertów niezbędna jest także reforma prawa pracy. Wg badań dra Herberta Kohla z Fundacji im. Elberta, Polska znajduje się na czwartym od końca miejscu pod względem minimalnych europejskich standardów prawa pracy (m. in. zasady BHP, regulacje czasu pracy, równouprawnienie płci, wartość płacy minimalnej, dialog społeczny). Wyprzedza nas nawet Rumunia.

Projekt ministerstwa pracy mogłyby wesprzeć związki zawodowe, których w Polsce właściwie nie ma, a jeśli są, to skrajnie upolitycznione i stanowią przybudówki partii politycznych. Do zw. zaw. należy u nas zaledwie około 12 % zatrudnionych, podczas gdy np. w Niemczech i Francji – od 60 do 80 %. Taka sytuacja powoduje kryzys dialogu społecznego. Warto wspomnieć, że w europejskim rankingu relacje między płacą minimalną a kwotą odpowiadającą granicy ubóstwa (wg standardów UE) zajęliśmy piąte miejsce od końca; wyprzedzają nas Węgry, Czesi i Słowacy. Gorzej mają tylko Rumuni, Bułgarzy oraz objęte recesją Litwa i Łotwa.

Ambitnym planom minister Jolanty Fedak nie towarzyszy dobra atmosfera w rządzie. Część rządu chce nam zamiast rozwoju społecznego zafundować niedorozwój i rosnące rozwarstwienie społeczne, które pod względem zarobków już wynosi 1 do 13,6, podczas gdy średnia w UE jest 1 do 4 lub 5. Do tego prowadzą niekorzystne rozwiązania w polityce podatkowej, mieszkaniowej, rozwoju lokalnego (biedne gminy), dostępu do edukacji, chora służba zdrowia, zastój w rozwoju nauki. Skutkiem polityki rządu będzie napędzanie emigracji i frustracja tych, którzy pozostaną. Minister J. Fedak należy do PSL, dlatego może sobie pozwolić na twarde stanowisko. Gdyby nie to, sprawy nigdy nie ujrzałyby światła dziennego.

Senior

Sytuacja energetyczna w Polsce.

Ostatniej zimy jak Polska długa i szeroka media pełne były dramatycznych doniesień o przerwach w dostawach prądu. Dziesiątki tysięcy ludzi na całe tygodnie przeniosły się w epokę kamienia łupanego, bo ekipy naprawcze nie dawały sobie rady z usuwaniem awarii. Sieć energetyczna nadaje się na złom. Grozi nam ogólnokrajowe zaciemnienie. Awarie te tłumaczono opadami śniegu i zrywaniem sieci. My starsi pamiętamy z lat 60-tych większe opady śniegu, takie, że pogotowie ratunkowe jeździło transporterami wojskowymi w Gdańsku, a sieci energetyczne nie rwały się, bo były nowe i w dobrym stanie. Rządzący dyskutują o tym, jakie paliwo da nam bezpieczeństwo energetyczne: gaz, ropa, atom, wiatr, czy Słońce. To nie ma znaczenia, ponieważ prąd i tak nie dotrze do odbiorców.

Przypomnijmy, że w 1950 roku Sejm przyjął uchwałę o powszechnej elektryfikacji wsi i osiedli. Sprawę załatwiono w ciągu 5 lat, co było dużym osiągnięciem. Z kolei w latach 70-tych zmodernizowano znaczną część linii przesyłowych, a wreszcie nastąpił kapitalizm, nastała nowa władza nie mająca zielonego pojęcia o rządzeniu państwem i sieci przesyłowe rdzewiały przez dwadzieścia lat i w rezultacie mamy tragedię. NIK w latach 1990 – 1991 przeprowadziła wnikliwą kontrolę i stwierdziła, że stan jest dramatyczny. W 2009 roku NIK ponownie skontrolowała stan sieci przesyłowych i ponownie stwierdziła, że stan jest dramatycznie niedobry. Niemal połowa linii niskiego napięcia ma ponad 40 lat, czyli tyle, ile wynosi dopuszczalny okres ich eksploatacji. Podobnie jest z liniami średniego napięcia. Niewielkie obciążenia wystarczą, by słupy łamały się jak zapałki, a druty także. Awaryjność sieci wzrasta – np. w roku 2007 roku była dwukrotnie większa niż w 2005. Psują się wiekowe transformatory. Stowarzyszenie Elektryków Polskich obliczyło, że odtworzenie sieci będzie nas kosztować 3 mld. zł. rocznie. Powinny te pieniądze wyłożyć spółki, ale mówią one, że zrobią to pod warunkiem, że pieniądze te zarobią, co jest możliwe tylko w wypadku podwyższenia ceny energii elektrycznej. Potrzebna jest zatem, aby nie było napięć społecznych, aktywność rządu w tej sprawie. Nie można przerzucać na obywatela kosztów wynikających z własnych zaniedbań. Rząd z pomocą Unii Europejskiej powinien skierować fundusze na modernizację starych wyeksploatowanych linii energetycznych.

Senior

Komentarze:
Stach Głąbiński. Do zgrażającej budżetowi pilnej
konieczności inwestowania wynikającej z kryzysu energetyki, przyczyniło się również zaniedbanie po 1989 roku nakładów na środki wytwarzania energii elektrycznej. W rezultacie, około 44 proc. generatorów prądu w elektrowniach ma więcej niż 30 lat, co powoduje nie tylko ich wysoką awaryjność, lecz konieczność likwidacji (Dziennik Gazeta Prawna 30-11-2009). Zarazem, ponieważ po zmniejszeniu spożycia prądu będącym konsekwencją terapii szokowej zastosowanej w postaci tzw. planu Balcerowicza, nastąpił powolny wprawdzie, lecz stały, wzrost zapotrzebowania, samo odtworzenie stanu sprzed 89 roku nie wystarcza; oprócz modernizacji istniejących, konieczna jest budowa nowych siłowni o mocach liczonych w tysiącach MW. Niestety, cykl budowy takiego zakładu to czas rzędu 10 lat, a braki występują już teraz i będą narastać – zaniedbania powodują konieczność importu, a to kosztuje. I tu powstaje dylemat: ponieważ niedobór energii najbardziej będzie odczuwany w północnej części kraju, gdy realizacja wspólnej polsko-litewskiej elektrowni jądrowej staje się coraz bardziej odległa w czasie, pozostają tylko dwie możliwości czerpania prądu: od Niemców, lub z Okręgu Kaliningradzkiego. Oczywiście realizacja każdej z tych możliwości wymaga budowy linii przesyłowych, co jest znacznie prostsze niż budowa nowej elektrowni, jednak nie da się wykonać z dnia na dzień, a kosztuje niemało. Niepokojące jest, że w doniesieniach prasowych dotyczących tego tematu bierze się pod uwagę tylko wywołane importem uzależnienie od Rosji z pominięciem porównania ceny, oraz ew. innych okoliczności warunkujących zgodę Niemiec na odsprzedanie nam energii, której oni sami nie mają w nadmiarze.

Transformacja - Balcerowicz

W 2005 roku premier Belka mówił, że na czele gospodarki stanął młody 31 letni teoretyk ekonomii i podjął się transformacji ustrojowej. Na czele gospodarki stanął człowiek o wielkim uporze, darze organizowania ludzi i niewielkiej wiedzy o procesach gospodarczych i społecznych. Ta niewiedza pozwoliła mu nie widzieć trudności i iść naprzód. Po prostu nie wiedział, że robi rzeczy niemożliwe.

O szokowym skoku do basenu, o którym nie wiedziano, czy jest w nim woda, a nawet czy jest basen” – mówił sam Balcerowicz. Rezultat był taki, że już w 1990 roku spadek produkcji przemysłowej okazał się pięciokrotnie większy niż zakładał plan Balcerowicza. Stopa inflacji miała stać się jednocyfrowa, co jednak nastąpiło dopiero po prawie dziesięciu latach. Bezrobocie planowane jako przejściowe na 400 tysięcy, już w pierwszym roku transformacji dotknęło ponad milion osób, w drugim zaś 2 miliony, a w trzecim osiągnęło 3 miliony ludzi pozbawionych pracy. Małachowski powiedział: ”byliśmy trochę jak barany prowadzone na rzeź i łatwo ulegaliśmy obietnicom polityków mających decydujący wpływ na wcielenie w życie szkodliwych rozwiązań.”

Profesor Kowalik podsumowując nie tylko ekonomiczne, ale i społeczne skutki planu Balcerowicza, stwierdza, że nastąpiło przesunięcie dochodów i majątku od biednych do bogatych, posłano 3 miliony pracowników na zieloną trawkę, obniżono zatrudnienie rencistów i wprowadzono wcześniejsze emerytury (od półtora do dwu milionów). Ponadto pogorszono higienę i bezpieczeństwo pracy, obniżając tym jej prestiż. Złamano kręgosłup klasie robotniczej, osłabiono ruch związkowy na długie lata, usankcjonowano ofiarowanie pracy za niską płacę. Dziś, w 2009 roku przynależność do zw. zaw. wynosi zaledwie 12 % pracujących, gdy w Niemczech i Francji jest to 70 do 80 %. Polska współczesność jest konsekwencją tamtych wydarzeń. Z ogromną skalą społecznego i ekonomicznego wykluczenia o którym mówi się niechętnie, z zacofaniem cywilizacyjnym i naukowym, o którym prof. Janusz Czapiński mówi, że wkrótce zostaną wyczerpane rezerwy, stracimy naszą przewagę nad innymi państwami. Już dziś część firm przenosi fabryki z Polski na wschód. Nie zauważamy, że mentalnie od europejskiego Zachodu dzieli nas coraz większy dystans.

Plan Balcerowicza był ciosem w „Solidarność”, ponieważ stanowił zaprzeczenie prospołecznego stanowiska, jakie związek ten reprezentował przy okrągłym stole. Pod koniec życia Jacek Kuroń pisał, że wstyd mu z tego powodu, co się stało, a także za to jak próbował ratować sytuację „zupkami”. Doradzał L. Balcerowiczowi uczony w USA prof. Sachs neoliberał, który za doradztwo otrzymywał dziesiątki tysięcy dolarów, a który dziś twierdzi, że to był błąd. Natomiast L. Balcerowicz z uporem twierdzi, że było to właściwe działanie. Nawet obecnie, w grudniu 2009 roku w TV powiedział, że należy ciąć wydatki socjalne i prywatyzować, bo prywatne jest lepsze od państwowego. W Polsce sprywatyzowano prawie wszystkie banki, w Czechach zaś zaledwie 15 – 20 % i wiedzie się im lepiej niż nam. Profesor Tadeusz Kowalik – humanista i ekonomista napisał książkę, w której m. in. ocenia plan Balcerowicza jako szokową terapię oraz jako polski skok w wolny rynek i w obu wymiarach był to zabieg chybiony. W grudniu 1989 roku nie było konieczności walki z inflacją i stosowania metody szokowej czy wstrząsowej. Twierdzi, że nie było pożaru inflacyjnego. Rząd straszył inflacją, podczas gdy w IV kwartale 1989 r. inflacja szybko spadała: w październiku wynosiła 54 %, w listopadzie – 23 %, a w grudniu już tylko około 18 %. W tym czasie – co jest ważne – na rynku nie było na rynku pustego pieniądza, nie mającego pokrycia w masie towarowej. Tym bardziej, że w ostatnich dniach swojego premierostwa Mieczysław Rakowski uwolnił ceny żywności, co spowodowało, że już połowa cen miała charakter rynkowy. Nastąpił równowaga popytu i podaży. Zatem należało spokojnie, długofalowo ograniczać inflację, bez histerii i szoków. Zgodnie z założeniami planu inflacja pod koniec roku 1990 miała być jednocyfrowa, a stało się to dopiero 10 lat później. Nierealistyczne planowanie przyniosło gospodarce i społeczeństwu ogromne straty. Rząd sam napędzał inflację wprowadzając aż sześciokrotną podwyżkę cen energii. Tak wysoka podwyżka nie była potrzebna. Prawie całkowicie zniesiono cła, co było także szkodliwe dla polskiej gospodarki a faworyzowało interesy obce. Nastała bieda i bezrobocie. Według założeń rządowych z grudnia 1989 roku dotyczących budżetu na rok 1990 spadek PKB za ten rok miał wynosić 2 %. Jak na rok tak wielkich zawirowań gospodarczych i społecznych, to niewiele. W sklepach mięsnych mieliśmy gołe haki, ale faktyczne spożycie mięsa było wyższe niż obecnie. Inne kraje przyjęły znacznie łagodniejszy model transformacji. W Czechach, Słowenii i na Węgrzech stopa bezrobocia była średnio o połowę mniejsza niż u nas i znacznie mniejszy był obszar biedy. Słowacja ma wysokie bezrobocie, ale nierówności i zakres biedy znacząco mniejszy. Słowenia mimo nacisków nie przyjęła szokowej recepty. We wszystkich tych krajach dochód na głowę mieszkańca jest znacznie wyższy niż w Polsce.

Joseph Stiglitz ekonomista amerykański, noblista w dziedzinie ekonomii dokonywaną szokową terapię i transformację porównał do rewolucji kulturalnej w Chinach. Za pomocą przemyślanej strategii zagranicznych korporacji, przy braku doświadczenia polskich elit gospodarczych opanowano przez obcy kapitał sieć hurtowego handlu. Taka polityka importuje bezrobocie. Kapitał zagraniczny wprowadza nowoczesne metody organizacji pracy, ale nie wykazuje zainteresowania technologią i modernizacją naszej gospodarki. Polska stała się rynkiem zbytu towarów wyprodukowanych za granicą. Gospodarka polska została zamrożona. Starsi ludzie pamiętają, jak to wyglądało w praktyce. Już w styczniu 1990 r. produkcja spadła o 30 %. To był szok. Tymczasem w ministerstwie finansów opracowano prognozę przewidującą wysoką stopę wzrostu PKB (6 – 8 %) i dwa razy wyższą stopę bezrobocia na całe dziesięciolecie – 16 % w 2000 r. Jeśli chodzi o bezrobocie, to był to jedyny wskaźnik, który się sprawdził. Z trzech przedstawionych przez MFW wariantów przemian rząd polski, ku zdziwieniu zachodnich ekspertów, jednogłośnie wybrał najostrzejszy. A te propozycje nigdy w Polsce nie zostały przetłumaczone i nie były opublikowane. Sam prof. Soros (ekonomista USA) opracował bezinteresownie w 1989 r. aż pięć różnych wariantów „planu dla Polski”, które rozsyłał ludziom władzy i działaczom opozycyjnym. Leszek Balcerowicz w chwili powołania na ministra finansów nie miał żadnego planu poza ogólnym przekonaniem, że gospodarka rynkowa i prywatna jest najbardziej efektywna. Zamówił u prof. Sachsa i Liptona zarys programu gospodarczego. Sam programu nie pisał, udzielał wywiadów, lub wygłaszał przemówienia i dał temu programowi swoją twarz. Program ten przeszedł do historii jako plan Balcerowicza.

Były też propozycje polskich uczonych ekonomistów. Był np. raport zespołu dziewięciu ekonomistów nawiązujący do modelu szwedzkiego, ale bez zaplecza politycznego nie miał siły przebicia. Dziś prof. Stiglitz, a podobnie Soros, i nawet Sachs, mówi, że był błąd. Terapia odbyła się kosztem społeczeństwa polskiego. Z kolei prof. Kołodko pisze w swojej książce „Wędrujący świat”, że nie była to” terapia szokowa, lecz szok bez terapii”, a tą „bestię neoliberalizmu trzeba dobić”. Oryginalność książki Tadeusza Kowalika polega nie tylko na jej bardzo krytycznej treści, ale także na tym, że autor od pierwszych dni „Solidarności” należał do ścisłej czołówki tej organizacji. Przyjaźnił się z Bronisławem Geremkiem, Tadeuszem Mazowieckim, Jackiem Kuroniem i wieloma innymi. Spał z nimi na styropianie, informował i dyskutował o możliwościach jednego systemu lub drugiego. Również pisemnie ostrzegał przed błędami wyżej wspomnianych osób. Pozostawały one bez odpowiedzi. Prof. Kowalik tłumaczy to niekompetencją informowanych działaczy. Chcieli zmienić rzeczywistość na lepszą. lecz większość z nich nie miała zielonego pojęcia, jak to zrobić, a rad nie potrafili zrozumieć. Prof. T. Kowalik powątpiewa również w kwalifikacje zespołu fachowców prof. Sachsa, Balcerowicza, Stanisława Gomułki i Vincenta Rostowskiego.

Senior

Suwerenność żywnościowa.

Kryzys żywnościowy jest najbardziej drastycznym przejawem globalnego załamania gospodarczego. Klęska głodu pogłębia się, choć obecny poziom produkcji żywności wystarczył by na wykarmienie populacji większej niż ta, która obecnie zamieszkuje naszą planetę. Oznacza to, że winą jest nieefektywny system dystrybucji żywności oparty na całkowitym urynkowieniu produkcji i handlu. Liberalizacja pozwala koncernom opanować rynki rolne, narzucać ceny, a na gruntach rolnych uprawiać biopaliwa. Czynnik biopaliw wywarł wpływ głównie na rolnictwo amerykańskie, gdzie duża część kukurydzy została przeniesiona z rynku żywności na rynek biopaliw. Prezydent G. Bush przeznaczał duże dopłaty, które uzasadniano niezależnością energetyczną i walką ze zmianą klimatu. W Kongresie USA nawet przegłosowano ustawę o preferowaniu biopaliw. Ustawa zakładała nawet 8-krotne zwiększenie tej produkcji z 4,7 milionów galonów w 2007 roku do 37 milionów w 2022 roku. W USA działa 135 rafinerii etanolu, a 74 jest budowanych lub rozbudowywanych. Ponad 30 % tej produkcji było przeznaczone na biopaliwa, co wpływało na wzrost ceny tego ziarna. Obecnie na świecie jest miliard ludzi, którzy muszą walczyć z głodem, co ilościowo odpowiada ludności Europy i Stanów Zjednoczonych. W 2009 roku było głodnych o 100 milionów więcej niż w 2008.

Kraje bogate podczas krachu finansowego błyskawicznie wpompowały miliardy dolarów w systemy finansowe. W 2000 roku społeczność międzynarodowa zobowiązała się zmniejszyć liczbę głodujących o połowę do 2005 roku, lecz zadania tego nie wykonała. Problem głodu najbardziej występuje w Afryce i Azji. Okazuje się, że kontynent afrykański posiada największą rezerwę ziem uprawnych na świecie i możliwa jest tam produkcja, jeśli dostarczyć odpowiednie środki produkcji i wiedzę. Dowodem jest na przykład to, że Arabowie, Chińczycy i Koreańczycy wykupują lub dzierżawią całe obszary ziemi, do czego zachęcił ich Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wykorzystują to inni i będą produkować, a nie zatrudniają afrykanów, lecz przywożą własną siłę roboczą, a więc dokonuje się kolejny rabunek Afryki. Najbardziej kontrowersyjnym działaniem była próba wydzierżawienia na 99 lat ponad 3 milionów akrów ziemi na Madagaskarze przez koncern koreański Daewoo pod uprawy biopaliw. Stanowiło by to ponad połowę ziem uprawnych tego kraju. Podpisano już umowę, ale opór społeczny i zamach stanu, który obalił władzę, doprowadziły do anulowania tej umowy.

W dniach 8 – 10 lipca 2009 roku mimo kryzysu odbyło się we Włoszech spotkanie państw grupy G-8 plus kilka krajów rozwijających się. Podpisano tam „Deklarację dotyczącą bezpieczeństwa żywnościowego na świecie”. W ciągu najbliższych trzech lat zostanie uruchomionych 20 miliardów dolarów na ten cel. Wg raportu ONZ na temat sytuacji żywnościowej (2 lipca 2009 r.) 30 państw znajduje się w sytuacji alarmującej. W Afryce Środkowej odsetek osób niedożywionych, który na początku lat 90-tych XX wieku wynosił 36%, 10 lat później, w 2000r., wzrósł do 56%. Nawet drobni producenci padają ofiarą głodu i stanowią 70% cierpiących głód w krajach nierozwiniętych. Mają problem z dostępem do ziemi, do ziarna siewnego, narzędzi do pracy a także brak edukacji i środków finansowych. Wskutek tego wzrosła cena ryżu, pszenicy, olejów roślinnych i kukurydzy. Koszty importu żywności w krajach nierozwiniętych wzrosły w 2008 roku o 37% w stosunku do roku 1007. Takie kraje jak Chiny, Argentyna wprowadziły cła lub kontyngenty na eksport ryżu i pszenicy aby zapobiec własnym niedoborom. W Kambodży, Egipcie, Indiach, Indonezji i Wietnamie eksport ryżu został zabroniony. Kryzys żywnościowy dla 30 krajów był przysłowiową kroplą, która przelała czarę goryczy. Powstały tam wybuchy społeczne przeciw wzrostowi cen. Najbardziej dramatyczne zajścia miały miejsce na Haiti, gdyż 80% populacji żyje tam za mniej niż 1 dolar dziennie.

Globalny kryzys żywnościowy ostatnich kilku lat należy uznać za krytyczny moment trwającego wieki procesu wypierania rolnika chłopskiego przez kapitalizm na rzecz kapitalistycznego modelu rolnictwa.

Senior
Autor korzystał m. in. z wiadomości podanych w październikowym 2009 r. zeszycie polskiego wydania miesięcznika Le Monde Diplomatique.

Otwarte fundusze emerytalne (OFE) - cd.
poprzedzającą częścią tematu jest artykuł p. t.
Zlikwidować drugi filar Otwartych Funduszy Emerytalnych

Rządzący straszą społeczeństwo, a szczególnie obecnych i przyszłych emerytów, że już w 2010, a zwłaszcza w 2011 roku zabraknie pieniędzy na emerytury. Te pieniądze, których brakuje, leżą na kontach w OFE. Jest tam 80 miliardów złotych. Urzędnicy OFE bawią się nimi na giełdach, ale zamiast zarabiać - tracą je. W ostatnich dwóch latach "wyparowały" im 24 miliardy złotych. Ponadto OFE są najważniejszym czynnikiem narastania długu publicznego i stanowią zagrożenie dla finansów państwa.

OFE istnieją od 1999 r. Ponad 14,5 mln pracujących Polaków przekazuje obowiązkowo za pośrednictwem ZUS część składki ubezpieczeniowej do OFE. Cała składka przekazywana do ZUS wynosi 19,52 proc. miesięcznie od zarobków. Jest ona dzielona pomiędzy ZUS - 12,22 proc. i OFE - 7,3 proc. Przez przeszło 11 lat do OFE trafiło ponad 140 miliardów złotych (!). Środki te zostały praktycznie wyjęte z finansów publicznych i przekazane do zarządzania prywatnym firmom, jakimi są powszechne towarzystwa ubezpieczeniowe (PTE). Bo liberałowie cenią prywatne, gdyż ich zdaniem jest lepsze. Ten ogromny ubytek w dochodach budżetowych trzeba było pokryć dodatkową emisją obligacji skarbowych, a państwo musiało się dodatkowo zadłużyć, by pokryć wydatki budżetowe. Ale faktyczny wzrost zadłużenia to nie tylko owe 140 mld zł, lecz także odsetki od narastającego długu za 11 lat, co daje dodatkowo kilkadziesiąt miliardów złotych.

Niepokój budzi także mechanizm przepływu pieniędzy publicznych. Jego istota polega na tym, że najpierw rząd przekazuje pieniądze publiczne instytucjom prywatnym, a potem zabiega o to, by zechciały one pożyczyć mu te pieniądze na procent i za dodatkową opłatą.

PTE czerpią olbrzymie zyski z przekazywanych im przez ZUS składek. Od 2010 roku PTE pobierają od całości otrzymywanych składek opłaty w wysokości 3,5 proc. (do końca 2009 r. było to 7 proc., a poprzednio nawet 10 proc.). Oprócz tej opłaty PTE pobierają także opłaty za zarządzanie aktywami, co w ciągu 40 lat oszczędzania na emeryturę powoduje uszczuplenie kwoty składek, przekazanych do OFE, nawet o kilkanaście procent. Miesięcznie w 2010 r. trafi do OFE średnio około 2 mld zł, czyli przez cały rok ok. 24 mld zł. Rząd musi więc emitować dodatkowe obligacje, by w budżecie zrekompensować brak tej kwoty.

OFE zostały zainwestowane w polski dług. Już dziś widoczne jest rysujące się uzależnienie władz naszego kraju od dobrej woli zagranicznych banków i innych instytucji finansowych, będących głównymi udziałowcami PTE. Proces ten będzie narastał i w pewnym momencie spowoduje, że pod znakiem zapytania stanie suwerenność rządu. Na świecie jest już wiele krajów, gdzie rządy są fikcją, a rządzi kapitał.

Martwić powinno również to, że Polska była i jest zmuszona kontynuować prywatyzację w warunkach światowego kryzysu, kiedy uzyskanie godziwej ceny za nasz majątek jest mało prawdopodobne. Niebawem niemal wszystko będzie sprywatyzowane i przychody z prywatyzacji nie będą już w stanie łagodzić trudności finansów publicznych, powodowanych przez OFE.

Pierwsza wielka prywatyzacja sprawiła, że sprzedano zakłady za 10 proc. ich wartości i uzyskano 27 mld dolarów, a ich rzeczywistą wartość wyliczył prof. Poznański z USA na 270 mld dolarów. W 2010 roku rząd przeznaczył do sprzedaży ponad 860 firm, najlepszych firm - polskie srebra (całą chemię, energetykę, miedź itp.).

OFE okazały się największym źródłem narastania długu publicznego w Polsce, mianowicie około 1/4 tego długu. W końcu 2009 r. mógłłby on wynosię ok. 37 proc. PKB, a nie 50 proc. Obecnie przekracza już znacznie 700 miliardów złotych, a istnieje poważna obawa, że zbliży siź do poziomu 55 proc. PKB i będzie bardzo bliski przekroczenia 60 proc. PKB, czyli dopuszczalnej górnej granicy zadłużenia, określonej w konstytucji RP. Jej art. 216 bowiem głosi: "Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto". W takiej sytuacji nie będzie już można uchwalić budżetu z deficytem. Wówczas konieczne będzie podjęcie szerokiego programu sanacyjnego, przewidującego drastyczne cięcia wydatków budżetowych oraz zwiększenie podatków. Może to spowodować ucieczkę kapitału z kraju i gwałtowną deprecjację złotego.

Samo zbliżenie się do konstytucyjnego limitu długu narazi nasz kraj na znaczną utratę wiarygodności kredytowej i może spowodować, że Polska znajdzie się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znalazła się Grecja.

OFE są samonapędzającym się mechanizmem tworzenia długu publicznego, powodując przyrastanie długu o ok. 2 proc. PKB rocznie. Dojście do 60 proc. zadłużenia to tylko kwestia czasu, zważywszy na roczny deficyt budżetowy w wysokości 5-6 proc. PKB w tym i w następnym roku.

W OFE jest zgromadzonych ponad 80 mld zł. To pieniądze społeczeństwa. Należy sprawić, aby znalazły się w ZUS, a więc w budżecie. Byłby to poważny zastrzyk dla budżetu, ratunek.

Dlatego należy podjąć radykalne kroki ku uzdrowieniu sytuacji w tej dziedzinie: przede wszystkim wprowadzić zasadę dobrowolności przynależności do OFE lub do ZUS, a pieniądze same przepłynęłyby do budżetu. Ale premier Tusk nie wyraża na to zgody, mimo że inne państwa w Europie - Litwa, Łotwa, Estonia, Węgry, Słowacja, Rumunia - rozwiązały już ten problem albo przez drastyczne obniżenie składki do 2 proc., albo nacjonalizację, albo dobrowolność. Dlaczego Polska chroni ten przekręt? Czy dlatego, że Boni - prawa ręka Tuska - był w radach nadzorczych tych funduszy? A może są inne przyczyny? Jakie?

Ewa Lewicka, gdy była członkiem rządu, przygotowała i wprowadziła reformę emerytalną, w tym OFE. Po odejściu z rządu została szefową towarzystwa skupiającego PTE i OFE, którym wcześniej - jako funkcjonariusz publiczny - urządziła rynek, i obecnie broni ich dalszego istnienia, choć rujnują system emerytalny. Broni też swojej dobrze płatnej posady, a nie emerytów.

To wszystko, co pokrótce napisałem na temat OFE, potwierdza minister finansów Jacek Rostowski w "Przeglądzie" z 7 marca 2010 r. Mówiąc o reformie emerytalnej, powiada: "Główny element słabości reformy to niska efektywność finansowa OFE. Drugi to dość duże ryzyko połączone ze środkami, które mamy w tych funduszach. Trzeci element to naprawdę wysokie prowizje OFE". Jest to wypowiedź prawdziwa, ale nie wyczerpująca wszystkich ujemnych i szkodliwych aspektów tych rozwiązań emerytalnych.

Senior