Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


OPINIE. Autor: Senior. Część 4.


Majstrowanie przy konstytucji.

Majstrowanie przy konstytucji to działalność szkodliwa i arogancka. Konstytucja w cywilizowanym świecie powinna być opoką, na której wspiera się państwo. Trwała, szanowana ustawa zasadnicza powinna być także gwarancją poczucia bezpieczeństwa, które należy się obywatelowi. Konstytucję można i należy zmieniać, gdy zmienia się ustrój państwa. Temu też służyła konstytucja z 1977 roku. Ale obecne pomysły zmiany konstytucji rodzą się z przyczyn małostkowych i drugorzędnych. Ich zaczynem stały się braki w wychowaniu czołowych polityków (charakterologiczne).

Nad konstytucją tą unosi się duch Okrągłego Stołu, który z perspektywy czasu uznany zostanie za jedno z największych osiągnięć polskiej myśli politycznej XX-go wieku. Tak myśli już Zjednoczona Europa, co bardzo drażni partie prawicowe. Prawo amerykańskie załatwiało np. stosownymi poprawkami poszczególne kwestie do stale obowiązującej tej samej starej konstytucji uchwalonej przez Ojców Założycieli.

Partie prawicowe i neoliberalne razi szczególnie to, że w konstytucji mówi się o sprawiedliwości społecznej, gospodarce rynkowej, a więc używa się sformułowań, których PO chce się pozbyć, gdyż już obecnie partia ta nie realizuje tego zapisu, a więc łamie konstytucję, a jest to zapis, który był na sztandarach „Solidarności”. Są tam też regulowane kwestie światopoglądowe – religijne – których obie partie chciałyby się pozbyć. Warto podkreślić, że z tą konstytucją zapoznało się całe społeczeństwo, była ona przedmiotem ogólnonarodowego referendum i więcej niż połowa obywateli głosowała za jej przyjęciem.

Obecne pomysły ze zmianą konstytucji, co ma nastąpić w wyniku partyjno-parlamentarnej machinacji, są także aktem arogancji wobec ogółu wyborców, co staje się coraz częściej praktyką obecnych rządów.

Senior

Komentarz

Stach Głąbiński. W tym artykule dostrzegam konieczność uzupełniającego wyjaśnienia, kto, kiedy i w jakiej formie zgłaszał zamiar dokonania opisanych zmian, obawiam się bowiem, że sprawa nie jest znana większości. Np. ja w ogóle nie wiem, o czym jest mowa.. Nie przypominam sobie żadnych informacji medialnych o wspomnianych inicjatywach w sprawie zmiany treści konstytucji (pozbycie się wzmianki o sprawiedliwości społecznej i usunięcie „regulacji kwestii światopoglądowych”). Nie jest również zrozumiałe, jakie są konkretne przykłady świadczące o „machinacji” i „arogancji wobec ogółu wyborców”.

Drugi etap kolonizacji Afryki.

O kilku lat, o czym w Polsce cicho, odbywa się w Afryce na ogromną skalę wykup ziemi, lub przejmowanie jej na zasadach wieloletniej (99 lat) dzierżawy. Np. konsorcjum Daewoo (z Południowej Korei), zajmujące się produkcją i handlem żywnością, miało podpisać z rządem Madagaskaru kontrakt na dzierżawę ziemi w obszarze około 1,3 mln. ha pod uprawę ryżu, kukurydzy i palm kokosowych. Z tego powodu nastąpił protest, w wyniku którego prezydent tego kraju został obalony i skazany na karę 5 lat pozbawienia wolności. 1,3 mln. ha to połowa obszaru Belgii.

Ziemię w Afryce i Południowej Ameryce kupują także Chińczycy i Hindusi. Chiny to kraj, w którym żyje 40 % całej ludności rolniczej świata, a ma tylko 9 % wszystkich gruntów uprawnych na kuli ziemskiej. Zmusza to Chiny do importu żywności na wielką skalę. Dochodzi przy tym do okrutnych paradoksów, jak na przykład w Sudanie, który jest największym odbiorcą międzynarodowej pomocy humanitarnej – żywnościowej, gdy jednocześnie Korea Południowa, Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska na podstawie wieloletnich kontraktów wywożą z głodującego Sudanu 70 % produkcji zbóż.

Afryka ma ogromne obszary ziemi i wiele zasobów wodnych, które nie są wykorzystywane z powodu braku kapitałów, technologii i wykwalifikowanej siły roboczej. Sudan, Kenia, Mozambik, Tanzania, Kongo, Nigeria, Madagaskar, Angola stają się obszarem ekspansji państw azjatyckich i innych bogatych krajów. Według Międzynarodowego Instytutu Polityki Żywnościowej w tych krajach wykupiono lub wydzierżawiono w ciągu ostatnich 3 lat 20 mln. ha gruntów rolnych, tzn. tyle, ile wynosi cały areał rolniczy Francji. Eksperci nazywają to zjawisko grabieżą lub zagarnianiem ziemi. Chińczycy chętnie inwestują tam, gdzie do niedawna Zachód nie chciał, czyli w rolnictwie. Chińska konkurencja wykańcza drobnych i średnich kupców oraz przedsiębiorców, którzy nie są w stanie konkurować z zalewem tanich chińskich towarów i usług. 70 % kontraktów na budowę dróg i inne publiczne inwestycje gospodarcze w Afryce otrzymują przedsiębiorstwa z Chin i Indii.

Europejczycy też wykupują ziemię, ale głównie w celach spekulacyjnych. Jednym z niepokojących przykładów jest Uganda. W 1985 roku, gdy liczba ludności wynosiła 14 mln., przeciętna rodzina mogła uprawiać prymitywnymi metodami nawet 15 – 20 ha ziemi, co mimo ciężkiej pracy pozwoliło jej godnie przeżyć. Dziś Uganda liczy 30 mln. mieszkańców. Wojna domowa, która zaczęła się w 1985 roku, wygnała z domów 2 mln. ludzi, a opuszczone przez nich ziemie rząd wyprzedaje za bezcen firmom azjatyckim i arabskim. Interes w Afryce wyczuł także prywatny kapitał brytyjski, niemiecki, szwedzki i duński. Za pieniądze uzyskane w formie kredytów z Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju wykupują ziemię w znacznej mierze dla celów spekulacyjnych. To tragedia Czarnego Lądu, którego bogactwa służą obcym – po ropie naftowej i minerałach przyszła kolej na ziemię. Prezes FAO Senegalczyk Jacques Diout nazwał, to co się dzieje w Afryce, nowym kolonializmem. Natomiast tygodnik „Der Spiegel” zareagował na tą dramatyczną wypowiedź uwagą, że w przypadku dawnego kolonializmu kraje afrykańskie zostały podbite, podczas gdy obecnie same chciały być podbite. „Der Spiegel” twierdzi, że inwestycje w rolnictwie Afryki pomogą wyżywić całą naszą planetę.

Były prezydent Mozambiku stwierdził, że Chińczycy przyszli do nas, bo ich zaprosiliśmy. Zobowiązali się, że pięciokrotnie podniosą wydajność naszych plantacji ryżu. Ich obecność przynosi nam wiele korzyści, ale im także.

Senior

Katyń.

W kwietniu 1990 roku podczas wizyty w Rosji prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie, Gorbaczow przyznał, że zbrodni w Katyniu dokonało NKWD i przekazał polskiemu prezydentowi pierwsze materiały archiwalne – dwie teczki z nazwiskami 10 tysięcy zamordowanych oficerów. Pierwszym przedstawicielem Polski, wolnej Polski, który odwiedził Katyń i w asyście kompanii honorowej złożył tam wieniec, był prezydent Jaruzelski. Miało to miejsce 14 kwietnia 1990 roku. To historyczne wydarzenie jakoś dziwnie jest zapomniane. Zasługi W. Jaruzelskiego dla ujawnienia prawdy o Katyniu docenił Borys Jelcyn, który w liście do generała z listopada 1992 roku pisał m. in. „wiemy dobrze, że i pan, panie Jaruzelski, uczynił wiele dla ukazania całej prawdy o Katyniu, ustawicznie wysuwając tą problematykę wobec przywódców radzieckich”. Także Jelcyn przekazał prezydentowi Wałęsie, kolejną partię dokumentów archiwalnych w tej sprawie.

Uroczystości z 7 kwietnia 2010 r. z udziałem premierów Polski i Rosji zamykają 20-letni okres odsłaniania prawdy o Katyniu. Dlatego obecność na uroczystości byłego prezydenta Wałęsy i byłego premiera T. Mazowieckiego była zrozumiała i oczywista. Tego, że zabrakło tam generała Jaruzelskiego, racjonalnie wytłumaczyć się nie da. Jest to kolejne świadectwo małości i kolejna próba zakłamania historii. Obecność premiera Putina w Katyniu miała znaczenie szczególne. Putin potępił zbrodnie stalinowskie, których ofiarą padło tysiące Polaków, w tym, jeszcze przed wojną, także tysiące polskich komunistów. Padły także miliony Rosjan i innych narodowości. Rosjanie sami nie potrafią obliczyć, ilu ich ziomków zginęło w latach 20- i 30-tych. Ocenia się szacunkowo, że z różnych powodów, z głodu, zimna, nieludzkich warunków w jakich dokonywano tzw. wywózek, a w końcu z premedytacją zamordowanych, śmierć poniosło około 30 milionów. Putin oddał hołd wszystkim tym pomordowanym i tysiącom żołnierzy Wojska Polskiego, czy to walczących na froncie wschodnim, czy w armii Andersa, Armii Krajowej i innych formacjach na terenach okupowanych przez hitlerowców, którzy zginęli na frontach II Wojny Światowej. Potwierdził sowiecką odpowiedzialność za zbrodnię, zbrodnię nazwał zbrodnią. Oddał hołd pomordowanym Polakom. Także w Krakowie, na pogrzebie prezydenta Kaczyńskiego, prezydent Rosji miedwiediew wyraźnie potępił zbrodnie i wskazał, kto je popełnił.

Nie leży w naszym interesie, aby stosunki między Moskwą a Paryżem i Berlinem były cieplejsze niż między Moskwą i Warszawą. Teraz czas, aby te stosunki ocieplać.

Senior

Komentarz:

Stach Głąbiński. Należy dodać, że w ogóle uzależnianie polityki i opinii publicznej od zaszłości historycznych jest pozbawione sensu. Dotyczy to nie tylko praktykowanego przez rozhisteryzowanych demagogów nieustającego rozpamiętywania zbrodni dokonanych na Polakach przez Rosjan, lecz również pamięci o morderstwach, których dopuścili się Niemcy, Ukraińcy, litewscy Szaulisi i inni. Ta zasada obowiązuje zawsze i wszędzie. Pozytywnych skutków jej stosowania dowodzą np. najnowsze dzieje Zachodniej Europy i RPA, a zarazem w b. Jugosławii, czy w Palestynie widoczne są zgubne rezultaty nie mającego końca „rozliczania” przeszłych krzywd i pretensji.

George Soros.

Profesor amerykański pochodzenia amerykańskiego G. Soros mając szesnaście lat w okresie II Wojny Światowej wyemigrował najpierw do Wielkiej Brytanii, a następnie do USA. Tam pracował i studiował system gry giełdowej, co zaowocowało pozyskaniem fortuny liczącej miliony dolarów. Gdy zarobił pierwsze 100 milionów, postanowił zakładać w różnych krajach świata fundacje mające pomagać potrzebującym, głównie promując kształcenie. Założył dziesiątki takich fundacji. W 2007 roku obliczono jego finanse na około 8 miliardów dolarów USA. Siedząc w środku tego amerykańskiego i zglobalizowanego kapitalizmu niemiłosiernie go krytykuje. W książce „Ameryka zbuntowana”, w której wypowiada się trzynastu uczonych amerykańskich, jest też jego obszerny wywód. Ta krytyka ma szczególny smak, gdyż pochodzi od człowieka, który sam w tym systemie dorobił się wielkich pieniędzy, ale miliony dolarów wydaje na działalność społeczną w wielu krajach. Wypowiedzi Sorosa, choć dotyczą USA, pozwalają lepiej zrozumieć także sytuację w Polsce, gdyż współczesna Polska jest pomyślana jako odbicie lustrzane USA. Przecież Leszek Balcerowicz planowi zwanemu jego imieniem jedynie nadał twarz, oraz wygłaszał na jego temat pogadanki i udzielał wywiadów zachwalając, jak to będzie ładnie, podczas gdy rzeczywistym autorem tego programu reform jest przybyły do nas z USA prof. Sachs. Znamienne jest przy tym, iż Sachs ostatnio dokonał samokrytyki: twierdzi, że to był błąd, natomiast L. Balcerowicz dalej, z uporem trwa w swych poglądach, które dziś, w obliczu wypowiedzi wielu ekonomistów jak noblista Stiglitz, Kołodko i inni, stają się śmieszne.

Soros pokazuje podstawową sprzeczność, jaka istnieje pomiędzy demokracją, a rynkiem. To, co dla społeczeństwa jest najwyższą wartością, nie musi nią być dla podmiotów gospodarczych działających na rynku. Tym drugim chodzi o maksymalizację zysku, a społeczeństwu powinno zależeć na rozwoju wszystkich obywateli. Soros podkreśla sprzeczność między podstawowym założeniem demokratyzmu, że politycy mają reprezentować obywateli, a faktem, że są oni sponsorowani przez wielkich rynkowych graczy. Politycy są lojalni wobec sponsorów, a nie tych, którzy ich wybrali. Przykładem może być ostatnia afera, zwana hazardową, w Polsce.

„Urynkowienie” Polski i demokracji jest początkiem ich końca. Rynek korumpuje politykę na wszystkich szczeblach i prowadzi do uwiądu demokracji. Skutki są takie, że polityka nie służy obywatelom, lecz staje się zniechęcającą grą pozorów. Podstawowym grzechem tego układu jest to, że służy on najbogatszym. Polskim przykładem może być obniżenie podatku bogatym o 8 %, a biednym o 1 %. Ponadto ta grupa interesu manipuluje opinią publiczną za pośrednictwem mediów, uciekając się do kłamstw i przekręcania danych statystycznych. Np. w USA ta grupa, prospołeczną reformę służby zdrowia proponowaną przez prezydenta Obamę, obecnie zwalcza z poparciem biednych ludzi ogłupionych przez prawicowe media. Ostatnio w Polsce w Polsce PO, choć jest popierane przez media, rzuciło hasło zmniejszenia składki emerytalnej przekazywanej do OFE. Te same media przypuściły atak na partię. Dlaczego? – bo lobby bankiersko-ubezpieczeniowe poczuło się zagrożone planem reformy chorego systemu emerytalnego zafundowanego Polsce przez neoliberałów dla dobra obcych właścicieli banków i firm ubezpieczeniowych.

Senior

Komentarz

Stach Głąbiński. Konieczne jest wyjaśnienie, kiedy i w jakiej formie dokonano wspomnianej 8-o i 1-o procentowej korekty podatku, oraz czy rzeczywiście zmiana ta nie miała podstaw rzeczowych. Bez uzasadnień podane są liczne tezy. Np. wątpliwe jest tło sprzeciwu wobec reformy Obamy, wykluczająca („PO, choć jest popierane przez media”) zależność PO od mediów, oraz atak tych ostatnich, jak również kwestia wzmiankowanego zagrożenia lobby.

Straty w II Wojnie Światowej.

Wg Piotra Zychowicza (Rzeczpospolita) 9 maja to święto sowieckiego imperializmu, które przyniosło Polsce utratę połowy terytorium i suwerenności na pół wieku. Święto sowieckiego imperializmu nie gorszy jednak Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i wielu innych krajów, bo właśnie to imperium ocaliło Europę. Państwa te wysłały do Moskwy na tegoroczną jubileuszową defiladę swoje wojska i delegacje. W II Wojnie Światowej poległo 25 milionów żołnierzy wszystkich walczących państw. ginęło też 30 milionów cywilów, z tego w Europie 15 mln. 60 % poległych to czerwonoarmiści. Od 1940 roku ZSRR powołał do wojska 34 mln. mężczyzn i kobiet (kraj liczył 194 mln. ludzi). Ponad 9 mln. poległo lub zaginęło (w tym 600 tysięcy w trakcie walk na terenie Polski). 15 mln. odniosło rany t. j. co drugi żołnierz. Natomiast armia amerykańska straciła w Europie 200 tys. żołnierzy, a brytyjska 300 tys. Spośród 4,6 mln. poległych żołnierzy Wehrmachtu 4 mln. zginęłóy na froncie wschodnim. Kto więc wykrwawił armię niemiecką? Prof. Norman Davies zbierając materiały do książki „Europa walczy 1939 – 1945” odkrył, że według niemieckich danych trzy czwarte potencjału militarnego hitlerowskich Niemiec zostało zniszczone na froncie wschodnim. Na początku maja 1945 roku walczące u boku Armii Czerwonej polskie siły zbrojne liczyły 400 tys. żołnierzy – dwie pełne armie oraz korpus pancerny i korpus lotniczy. Polscy żołnierze stanowili 10 % biorących udział w operacji berlińskiej. Polska flaga już 2 maja zawisła na pruskiej Kolumnie Zwycięstwa. Mocarstwa zachodnie nie kwestionowały tej historycznej prawdy, dlatego bez oporów świętują wspólne zwycięstwo w Moskwie. Nic nie pomogą polskie dąsy, bo taka jest prawda. Niemcy hitlerowskie szykowały narodowi polskiemu całkowitą likwidację państwa i degradację narodu – wyniszczenie narodu. Wykazały, że potrafią to zrobić, gdyż już w czasie wojny wymordowały około 6 mln obywateli polskich. Polska Ludowa mimo zależności od ZSRR oznaczała wyzwolenie od tego koszmaru. Granice powojennej Polski wyznaczały mocarstwa, ale tylko granicę wschodnią – jednomyślnie. W sprawie granicy zachodniej były różnice. USA i W. Br. były przeciw obecnym granicom. Churchill uważał, że Polska udławi się tą „tłustą gęsią ziemi niemieckiej”. Obecne granice Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej ze Szczecinem i Wrocławiem zawdzięczamy, czy tego chcemy, czy nie, Stalinowi. Jakimi pobudkami się kierował to inna sprawa, ale ziemie należą do Polski.

Ale także bez powstania Polski Ludowej i bez udziału I i II Armii Wojska Polskiego walczących na froncie wschodnim nie byłoby to możliwe. Natomiast rząd polski w Londynie walczył o ziemie wschodnie, co było juyż dawno przesądzone przez mocarstwa, a ziem zachodnich nie chciał.

Polska Ludowa stała się pełnoprawnym państwem, członkiem założycielskim ONZ, uznana przez wszystkie państwa świata. Tylko przez nikogo nieuznawany polski rząd londyński tego do wiadomości nie przyjmował.

Senior

Kryzys grecki.

Kryzys grecki wstrząsnął całą strefą euro i osłabił atrakcyjność wspólnej waluty. Przyczyn kryzysu w Grecji należy upatrywać w błędnej polityce gospodarczej oraz w prowadzeniu podwójnej statystyki danych makroekonomicznych na wzór podwójnej rachunkowości prowadzonej przez niektóre firmy. Takie firmy w końcu upadają, ale państwo nie może zbankrutować, natomiast może pogrążyć się w stagnacji gospodarczej, z której trudno im się wydobyć bez pomocy instytucji finansowych. Grecja od 1986 roku jest krajem członkowskim UE i od 2001 roku należy do strefy euro., może więc liczyć na wsparcie UE. Należy przypomnieć, że spośród 15 krajów „starej” UE, tylko 11 krajów członkowskich zdecydowało się w 1999 r. wprowadzić u siebie wspólną walutę euro bez Gracji, która wówczas nie spełniała kryteriów. W latach 1999-2001 w sposób dość tajemniczy wskaźniki ekonomiczne radykalnie się poprawiły. Dlatego Europejski Bank Centralny (EBC) zgodził się (wprawdzie bez entuzjazmu), aby Grecja stała się 12-tym krajem strefy euro. Grecy bez żalu pożegnali się z najstarszą walutą świata – drachmą. Wtedy jeszcze ani władze UE ani EBC nie wiedziały, że przedstawione im przez rząd grecki dane statystyczne, były nieprawdziwe. Dopiero w 2004 roku rząd grecki przyznał się, że wejście do strefy euro zawdzięcza manipulacji statystycznej. Tymczasowo UE przyznała 10 miliardów euro pomocy, a drugie tyle dołożył MFW (Międzynarodowy Fundusz Walutowy). Grecja miała już deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 12,7 % PKB, a jej dług publiczny przekroczył 120 % PKB i wynosił ponad 300 mld euro. Niemcy są głównym przeciwnikiem ratowania Grecji pieniędzmi z budżetów innych państw liczącej obecnie 16 członków strefy euro. Kanclerz Angela Merkel stwierdza, że należy usunąć oszustów ze strefy euro. Uważa ona, że stabilność wspólnej waluty musi pozostać priorytetem. Wspólna waluta musi opierać się na dwu filarach: stabilności cen i odpowiedzialności fiskalnej (ponoszenie kar finansowych przez skarb państwa). Eksperci wyliczyli, że przy zastosowaniu sankcji fiskalnych, już w 2009 r. Włochy powinny zapłacić 8,7 mld euro, Niemcy - 3,2, Francja - 4,8, Belgia – 1,3, a Hiszpania – 0,9, gdyż w tym czasie dług publiczny każdego z tych państw przekroczył dopuszczalną wielkość. Polska, gdyby w 2009 r. należała do strefy euro, musiałaby zapłacić 200 mln euro, czego powodem był wysoki, około 7 % deficyt budżetowy. Wg ekspertów trzeba by zebrać około 120 mld euro, by uratować Grecją przed bankructwem.

Senior

Moralność Polaków po dwudziestu latach przemian.

CBOS przeprowadził badania na ten temat w 2008 i 2009 roku, a oto wyniki:

Ponad 90 % uważa się za katolików, a 50 % regularnie raz w tygodniu uczęszcza do kościoła. Aż 59 % Polaków uważa, że to czym jest zło i dobro powinno być wewnętrzną sprawą każdego człowieka, a 18 % jest zdania, że powinno o tym decydować społeczeństwo. Tylko 18 % stwierdza stanowczo, że o tym powinny decydować prawa boże.

Z badań jawi się obraz selektywnego podejścia do zasad moralnych katolicyzmu oraz traktowanie ich jako moralności nie do końca przystającej do obecnej rzeczywistości. Znajduje to wyraźne odzwierciedlenie w stosunku Polaków do takich kwestii i zachowań jak antykoncepcja, seks przedmałżeński, rozwód, eutanazja, zdrada, czy aborcja. Aż 75 % uznaje za dopuszczalne stosowanie środków antykoncepcyjnych oraz współżycie seksualne przed ślubem. 60 % daje przyzwolenie na rozwód, ponad 30 % popiera przerywanie ciąży, a 48 % jest za eutanazją. Polacy w większości (65 %) akceptują obecność lekcji religii w szkołach publicznych. Tylko jedna trzecia jest temu przeciwna. Natomiast większość obywateli (58 %) uważa, że na lekcjach tych powinno się przekazywać wiedzę o różnych religiach i wierzeniach. Tylko 30 % uważa, że katecheza powinna dotyczyć jedynie religii katolickiej. Polacy w większości nie chcą też indoktrynacji i domagają się, jedynie wiedzy (64 %). Także większość, bo 55 % nie życzy sobie wystawiania ocen z religii, a za katechezą „na stopień” opowiedziało się tylko 38 %. Zdecydowana większość (79 %) jest zdania, że religia powinna być na początku lub na końcu dnia nauki, tak aby osoby nieuczęszczające na nią nie musiały czekać na kolejne zajęcia i tracić czas. Tylko 10 % nie widzi potrzeby wprowadzenia takich rozwiązań.

Polskie społeczeństwo coraz bardziej idzie pod prąd nauk i polityki Kościoła. Co prawda zdecydowana większość deklaruje przywiązanie do Kościoła, ale jednocześnie prezentuje relatywizm moralny sprzeczny z jego naukami. Dlatego też księża już nie mogą tak bardzo liczyć na to, że ich agitacja polityczna będzie miała znaczny wpływ na wyniki wyborów.

Poglądy znacznej części respondentów przypominają poglądy francuskiego pisarza i filozofa, laureata Nagrody Nobla Jana Paula Sartre’a, który twierdził, że „człowiek jest wolny całkowicie, lub nie jest wolny wcale”. Sartre to jeden z najwybitniejszych myślicieli XX wieku, który przyczynił się do radykalnych przemian w życiu społeczeństwa. Rozwinął i zinterpretował filozofię egzystencjalną t. j. zajmującą się człowiekiem jako jednostką i jego egzystencją, która twierdzi, że poza życiem doczesnym nie ma nic, a więc nie ma innego świata i żadnej innej etyki. Daje to człowiekowi pełną wolność w wyborze własnej drogi, własnej etyki, wartości i zasad postępowania.

Egzystencjalizm jest więc pełnym humanizmem wyrażającym całkowite zaufanie do człowieka, do jego zbiorowej mądrości. Zdaniem katolickich krytyków Jan Paul Sartre to ktoś w rodzaju XX-wiecznego Woltera, którego uważano za wcielenie diabła, a najłagodniejszym epitetem był „wieczny buntownik przeciw Bogu”. Człowiek – pisał Sartre – „jest skazany na wolność”. Istota ludzka jest też twórcą wartości – co zdaniem Kościoła – stanowi bluźnierstwo.

P. S. Po napisaniu niniejszego tekstu wziąłem do ręki poczytny tygodnik i w rubryce dla czytelników trafiłem na informację pewnej Pani, która udała się ze skierowaniem od lekarza rodzinnego do specjalistki – laryngologa, z małym dzieckiem, gdyż leki zaaplikowane przez lekarza rodzinnego nie dały pożądanego efektu. Lekarka odmówiła zbadania dziecka, gdyż spieszyła się na rekolekcje. Tak wygląda moralność lekarza katolika. I inny przykład: w maju b. r. ksiądz podczas kazania w katedrze przemyskiej, w obecności biskupa powiedział, dlaczego trzy dni wcześniej nie rozbił się samolot. Biskup Kazimierz Ryczan oficjalnie popiera PiS. Oświadczył, że dziennikarze to hieny, a Polska przypomina Białoruś. Zdumiewa krótkowzroczność hierarchii. Zaangażowanie polityczne, pazerność, tuszowanie skandali obyczajowych i pedofilskich zniechęcają do Kościoła coraz więcej osób. Ten proces będzie narastał.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński: sądzę, że wspomniane przez Seniora „chodzenie pod prąd” wynika nie tylko ze wzmiankowanego relatywizmu, lecz również jest rezultatem niezgodności z doktryną stosowanych przez hierarchię zasad, co dotyczy m. in. postępowania w kwestii finansów, zaangażowania politycznego, tworzenia nie mających uzasadnienia w treści Ewangelii nakazów i zakazów itp. W drugim przykładzie moralności w dodatku P. S. nie rozumiem związku między kolejnymi zdaniami.

Jednomandatowe okręgi wyborcze zagrażają demokracji.

Idea wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych jest w Polsce promowana przez środowisko narodowo-konserwatywne. Jest to pomysł dość chwytliwy w obliczu krytyki działania partii politycznych. Jednakże społeczeństwo w niewielkim stopniu zdaje sobie sprawę z daleko idących skutków wprowadzenia tzw. większościowej ordynacji wyborczej. Cechuje ją niereprezentatywność i bezprogramowość. Ponadto w polskich warunkach wymagana byłaby zmiana konstytucji, co całkowicie zmieniło by życie polityczne. Według tego systemu olbrzymia część społeczeństwa nie będzie w ogóle reprezentowana w parlamencie, gdyż nie będzie tam miała swego przedstawiciela.

Ten system działa tak, jak np.. w Wielkiej Brytanii w 1951 roku, gdy w całym kraju więcej głosów otrzymała Labour Party, ale więcej mandatów przypadło konserwatystom. Częste są sytuacje, gdy partie zbierają 30 procent głosów, a dostają ponad połowę mandatów i rządzą. W wyborach w maju 2010 roku w W. Br. partia Ludowych Demokratów dostała 23 procent głosów, a tylko 57 miejsc w 650-osobowej Izbie Gmin. Laburzyści, którzy mieli niewiele więcej głosów (29 %), uzyskali 258 miejsc, zaś konserwatyści (36 %), zdobyli 306 mandatów. Np. w 2005 roku jednego posła laburzystów wybierało średnio 27 tysięcy wyborców, jednego konserwatystów 44 tys., a jednego deputowanego Liberalnych Demokratów – prawie 100 tysięcy. Jak widać, system większościowy powoduje ogromne nierówności w przeliczaniu głosów na mandaty. Ponadto około 70 % głosów oddanych na kandydatów innych niż ten pierwszy, marnuje się. W W. Bryt. zbierają się siły, które chcą zmienić ten niesprawiedliwy, przestarzały system wyborczy.

Skutki trwałego pozostawiania olbrzymiej części wyborców poza systemem politycznym w takim kraju jak Polska mogą być dla demokracji zabójcze. Np. w USA frekwencja w wyborach do Kongresu wynosi z reguły około 40 %. W Polsce nastąpiłby prawdopodobnie podział na orientację liberalno-wielkomiejską, oraz konserwatywno-plebejską (wiejska, małomiasteczkowa). Można się tego spodziewać biorąc pod uwagę ostatnie wybory, iż wschodnie, południowo-wschodnie i częściowo centralne rejony zostałyby zdominowane przez tradycyjno-nacjonalistyczną prawicę, a reszta przez PO. Byłaby to deformacja faktycznych sympatii politycznych Polaków. Wyborca lewicowy musiałby oddać głos na obcej mu partii, który miałby szanse być wybranym. Największym dramatem byłoby to, że jednomandatowe okręgi stałyby się dla SLD, PSL, KPEiR, SD i innych mniejszych partii śmiercią polityczną. Lewica może uzyskałaby mandat w Zagłębiu Dąbrowskim. Zwolennicy tego systemu argumentują tym, że stabilizuje on rządy. Casus brytyjski wskazuje jednak, że zmiany rządów odbywały się tam wielokrotnie i stabilizacji nie było. Teoretycznie może się zdarzyć, że mandaty zdobędzie duża liczba partii.

Inną negatywną stroną byłaby dezideologizacja polityki i bezprogramowość. W wyborach takich miałyby szanse osoby znane, ale z poza polityki: np. znani aktorzy, filmowcy, prezenterzy, lokalni biznesmeni i ludzie mający pieniądze. Osłabione partie nie miałyby możliwości pomóc finansowo swoim kandydatom. Takim przykładem może być ex-senator Stokłosa, największy w danym okręgu pracodawca. Ponadto gigantyczną rolę odgrywałaby problematyka lokalna – skoro poseł zależy od określonego okręgu wyborców. To zachwiałoby zrównoważony rozwój całego kraju. Tak właśnie bywa w USA, gdzie senatorowie walczą między sobą w danym okręgu o przedsiębiorców, a nie o przeciętnego obywatela – wyborcę. Nastąpi osłabienie partii wobec wielkiego kapitału, który będzie lobbował posłów tak w sprawach lokalnych, jak i ogólnonarodowych. Doprowadzić to może do tego, że faktycznie rządzić będą oligarchowie poprzez odpowiednie wpływy.

Wprowadzenie okręgów jednomandatowych, czyli system większościowy doprowadzi do dwupartyjności, co stwarza możliwość przemiany wyborów w plebiscyt, a to ogranicza możliwość kompromisów. Przykładem tego może być Polska w ostatnich wyborach będących rywalizacją między PiS i PO – to był plebiscyt. Poparcie zaledwie 1/3 wyborców może gwarantować większość ponad 50 %. Takie rozwiązania zagrażają demokracji, pozbawiają przeciętnego obywatela wpływu na rządzenie. To wszystko jest już sprawdzone na świecie a także w Polsce po 1926 roku, gdy obóz sanacji zagarnął wszystko. Dlatego partie lewicowe i mniejsze powinny na ten temat rozpocząć szeroką pracę wyjaśniającą wśród swych członków i w całym społeczeństwie, aby nie było za późno.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński. Jestem zwolennikiem ordynacji wprowadzającej okręgi jednomandatowe (OJ) jednak z zastrzeżeniem możliwości drugiej tury, w której wzięli by udział kandydaci o największym poparciu sumarycznie przekraczającym 50 %. Twierdzę, że większość argumentów przytoczonych przez Seniora przeczy jego tezom. W małych okręgach, gdzie możliwy jest osobisty kontakt wyborcy z kandydatem, zależność od informacji medialnej, o której decydują koszty, jest zminimalizowana, co zmniejsza wpływ poparcia finansowego uzależniającego wynik od wspomnianej przez Seniora oligarchii wielkokapitałowej. Nie przekonuje również argument o skutkach nieproporcjonalnej reprezentacji stronnictw. Przecież znikoma ilość członków wszystkich partii dowodzi, że ogół obywateli nie utożsamia swoich poglądów z żadną z nich, że reprezentują one znikomą część społeczeństwa. Właśnie system OJ, w którym wzrasta rola osobistych cech kandydata widoczna w kontaktach bezpośrednich, daje możność ludziom wyartykułowania w głosowaniu swoich poglądów niezwiązanych z niezrozumiałymi, mętnie sformułowanymi programami, które w pracy sejmowej czy samorządowej – jak pokazuje praktyka – pozostają pustym frazesem, w ogóle nie są realizowane. Ten system zwiększa możliwość uzyskiwania informacji o postępowaniu wybranego delegata, co zarówno wpływa dyscyplinująco na niego samego, jak i daje wyborcom poczucie realnego oddziaływania na władzę, oraz uświadamia odpowiedzialność za udział w głosowaniu. Podstawowa słabość naszego parlamentaryzmu wynika z zależności posłów od bossów partyjnych cynicznie przedkładających korzyść swojej organizacji nad dobro ogólne, oraz wynikający z tego brak ich powiązania z wyborcami, co – jak sądzę – system OJ w sposób odczuwalny może naprawić.

Mądrość ministra?

W 2009 roku w obchodach święta niepodległości Polski upamiętniającego wydarzenia z listopada 1918 r. brała udział pani prezydent Litwy. Zabierając z tej okazji głos, kurtuazyjnie nie wspomniała ona, że na początku istnienia II RP generał Lucjan Żeligowski, na poufne polecenie Józefa Piłsudskiego napadł na Litwę i przyłączył jej środkową część do Polski. Czy pan Radek Sikorski słyszał to przemówienie i zrozumiał pominięcie wyrażające takt i kulturę?

Natomiast pan Radek Sikorski – minister spraw zagranicznych, a więc niby dyplomata – chce rozebrać warszawski Pałac Kultury i Nauki, który pełni wiele pożytecznych funkcji oświatowych, kulturalnych, naukowych, sportowych, a także politycznych, gdyż odbywają się tam ważne wydarzenia polityczne. Proponuje zburzyć ten relikt komunizmu i w tym miejscu posiać trawkę oraz postawić ławeczki. Stwierdził też „to była by nasza wspaniała odpowiedź na zburzenie muru berlińskiego i rozliczenie się z komunizmem. Powiedział to całkiem poważnie i oświadczył, że spróbuje zachęcić do tego pomysłu władze Warszawy. Taki człowiek, o takiej mentalności ma kierować polityką zagraniczną? A dlaczego nie proponuje rozebrać cytadelę, którą zbudował car, by zburzyć Warszawę, gdy powstanie bunt przeciw zaborcy? Widocznie uważa, że za cara było lepiej i sprawiedliwiej. Dlaczego nie proponuje zburzenia MDM-u z całą odbudowaną przez komunistów stolicą i resztą Polski? Pan minister Sikorski wielokrotnie udowodnił, że nie nadaje się na ministra w ogóle, a szczególnie na ministra spraw zagranicznych. Czy taki człowiek może ułożyć dobre stosunki np. z Rosją? Czy może dobrze współpracować z prezydentem Lechem Kaczyńskim, skoro publicznie mówił, że ten nie oddał mu pożyczonej stówy?

Będąc na tzw. szczycie ministrów w Brukseli stwierdził, że omijający Polskę rurociąg gazowy zwany północnym, to tak jak „Pakt Mołotow-Ribentrop”. Engela Merkel ostro zareagowała i sprowadziła go na ziemię. Ma on też krótką pamięć – czyż nie pamięta, kto przeszkadzał w budowie tej rury przez Polskę? Kto unicestwił chęć budowy przez Rosjan tej linii przesyłowej gazu i ropy? Nikt tak celnie nie wykpił polskiej polityki zagranicznej jak prof. Zbigniew Brzeziński w obszernym wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Oto fragment tego wywiadu:

„W Warszawie panuje zadziwiający zastój umysłowy. Nie pojmuje się tam, że świat zawsze był w ruchu, a dziś ten ruch jest szybszy niż kiedykolwiek. Szybko zmieniają się środki militarne, zmieniają się też linie podziału, nie ma dziedzicznych wrogów, ani dziedzicznych sojuszników. Polska ma rządy wyjątkowo infantylne i niezaradne i te rządy chcą decydować o tym, jak przebiegają linie frontów na świecie, kogo Ameryka ma nominować na swego wroga, a kogo na sojusznika. Jeżeli decyduje inaczej, niż tego sobie życzą te osóbki warszawskie, to świadczy, że jest naiwna i nic nie rozumie.”

„W polskim nastawieniu typowe jest dopraszanie się słów uznania. Jeszcze z lat dziecinnych pamiętam, jak podkreślano, że Amerykanie powiedzieli, iż Polska jest sumieniem świata. Ponieważ mocno widać, jak bardzo polskiej stronie zależy na różnych komplementach, to Amerykanie, nie ponosząc z tego tytułu żadnych kosztów zdecydowali się je wypowiadać.”

Nic dodać, nic ująć, jest to bardzo trafna i szczera ocena. Na politykę rządów zachodnich, a amerykańskich w szczególności wywarło myślenie naukowe a nie życzeniowe.

Senior

Komentarz.

Stach Głąbiński: opisując fatalny stan polskich relacji z zagranicą można wspomnieć także panią Fotygę, nieudolnie kierującą MSZ w rządzie Kaczyńskich. W tym wszystkim jednak najgorzej przedstawia się zdolność naszego społeczeństwa do oceniania osób zajmujących odpowiedzialne stanowiska. Przecież Kaczyński mimo rażących błędów nadal ma poparcie 1/3 naszych obywateli, a Radek Sikorski o mały włos nie kandyduje na prezydenta kraju.

Zarazem mam zastrzeżenie do braku wyraźnego powiązania w treści artykułu Seniora: cytowane fragmenty wywiadu stawiają pod pręgierzem Polaków w ogóle, gdy w rzeczywistości wskazane patologie rozumowania charakteryzują głównie środowisko PiS i w mniejszym stopniu ogółu polityków wywodzących się z „Solidarności”, natomiast nie osobiście, szczególnie Sikorskiego.

Długi Polaków w bankach.

Firmy windykacyjne mają pełne ręce roboty, bo przeterminowanych dłużników przybywa w zastraszający sposób. Kłopoty ze spłatą długów wobec banków ma już 1,62 mln. osób, a długi niezapłacone w terminie wynoszą już 14,31 mld. zł t. j. o 76 % więcej niż w roku 2008. Ale są to dane niepełne, gdyż pochodzą tylko z jednego źródła, z „Info Dług”. Prawda jest taka, że problemy z regulowaniem zaciągniętych długów ma 20 % dorosłych Polaków. Wielu z nich to kandydaci na wisielców. Od roku 1990 powiesiło się 100 tys. osób w większości z przyczyn ekonomicznych. W 2007 roku zanotowano 3530 samobójstw, rok później 3964, a w 2009 r. 4384 osoby. Przyczyn ponad 200 samobójstw nie ustalono. Samobójstwo nie jest rozwiązaniem, gdyż dług nie umiera i obowiązek spłaty spoczywa na najbliższej rodzinie. Firmy windykacyjne nie przebierają w środkach: np. telefony do dłużnika o każdej porze dnia i nocy, kartki na drzwiach „tu mieszka dłużnik”, śledzenie dłużnika, nakłanianie do sprzedaży narządów do przeszczepu, przeszukiwanie mieszkań, straszenie pobiciem, pobicie itp. Tego wszystkiego nie wolno im robić, ale robią.

Ogólne zadłużenie w bankach wynosi 267 mld zł.. Aż 153 mld. zł. wydano na zakup nieruchomości, z których co roku około 1500 jest licytowanych. Winę za taki stan ponoszą również banki, bo udzielają kredytów nie sprawdzając zdolności kredytowej petenta, czy będzie on w stanie spłacić zaciągniętą pożyczkę. Zachęta ze strony banków bije w oczy i uszy obywateli. Np. „prosta pożyczka do 20 tys. zł. na dowód bez poręczycieli”, „marzenia szybko nabierają kształtów”, „sfinansujemy Twoje marzenia”, „weź kredyt dziś, a spłacać możesz za trzy miesiące”, „co jeszcze możemy dla Ciebie zrobić?”, „kredyt na zimę”, „kredyt na wakacje” itp. Ofiarami banków i firm windykacyjnych często bywają emeryci, z których najstarszy ma 99 lat. Rządzący naszym krajem nie zauważają tego problemu, albo udają, że go nie widzą. W każdym razie nic nie robi się, by skłonić banki do zaniechania lekkomyślnego, nieodpowiedzialnego udzielania kredytów, a urzędnicy bankowi są motywowani jedynie perspektywą premii za wykonanie planowanej ilości pożyczek.

Banki w Polsce nie doznały kryzysu i mają dobre wyniki, jednak są wobec dłużników bezwzględne. Dobre wyniki zawdzięczają Komisji Nadzoru Bankowego (KNB), która w roku 2008 nie pozwoliła bankom wypłacić dywidendy. W rezultacie tej decyzji fundusze banków wzrosły o 90 mld. zł., tj. o 15 %, co zagwarantowało ich płynność finansową. Działały jednak szkodliwie w stosunku do przedsiębiorstw utrudniając im uzyskanie kredytów na działalność gospodarczą. Np. w 2009 r. zmniejszono kwotę kredytów dla firm o 2 mld. zł. Banki zwiększyły opłaty za różne operacje, co w okresie trzech kwartałów dało im dochód w wysokości 900 mld. zł. Takich operacji banki wykonują w roku około 2 mld. Przychody z tego tytułu dają rocznie 16 mld. zł. Istnieją sygnały, że KNB zezwoli na wypłacenie dywidend za rok 2009 i w ten sposób banki zachodnie poprawią swoją sytuację finansową kosztem polskiego społeczeństwa i polskich firm.

Senior