Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku
Strona główna Spotkania Spis tekstów Co piszą inni Kontakt


OPINIE. Autor: Senior. Część 5.


Urzędnicy administracji

Zatrudnienie w administracji wzrosło w latach 2000 – 2009 o ponad 11 tysięcy osób, w tym w administracji państwowej o prawie 47 tysięcy, a w samorządowej o prawie 66 tys. osób. Jedna trzecia tego przyrostu przypada na rok 2009 – rok kryzysu. W Polsce mamy już armię 430 tysięcy urzędników. W 1989 roku było ich 43 tysiące, co daje wzrost dziesięciokrotny w okresie ostatnich 20 lat. Takie tempo wzrostu przydałoby się w gospodarce. Ponadto mamy czterostopniowy system władzy zarządzającej: gmina, powiat, województwo (dublowane) i rząd. Jest ponad 2500 gmin (w tym wiele bardzo słabych) i ok. 360 powiatów. Powiat średnio liczy 80 tys. mieszkańców. W Niemczech i we Francji powiat liczy średnio od 600 tysięcy do 800 tys. mieszkańców, a w małej Grecji – około 200 tysięcy. Wiele gmin jest tak biednych, że ledwo utrzymuje swój urząd. Powiaty mają małe kompetencje, niewiele znaczą i niewiele mają. Dlatego należałoby zlikwidować powiaty, a zwiększyć obszar gmin i ich kompetencje oraz siłę gospodarczą. Byłoby ideałem zmniejszyć ilość województw do ośmiu dużych makroregionów które mogłyby współpracować z innymi silnymi okręgami u naszych sąsiadów. Obecny układ generuje tylko wzrost zatrudnienia.

Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tak gwałtownego rozrostu administracji. Samorządy mogą w części wyjaśnić wzrost zatrudnienia zwiększonymi zadaniami związanymi z absorpcją funduszy unijnych, gdyż od 2007 roku mają swoje Regionalne Programy Operacyjne. Natomiast administracja powiatowa nie może uzasadniać potrzeby zwiększonego zatrudnienia obsługą o 18,5 tys. pracowników w 2007 roku, gdyż dla tych celów urzędnicy byli już zatrudniani w latach 2004 – 2006. Trudno także zrozumieć zatrudnienie w administracji państwowej i samorządowej w samym tylko 2009 roku dodatkowych 40,5 tys. osób. Nie przybyło w tym roku żadnych nowych zadań. Jeśli rząd poważnie myśli o walce z biurokracją i o obniżeniu kosztów działalności państwa, to musi nie tylko zamrozić płace, ale także zredukować zatrudnienie. Polska powinna mieć kompetentnych i dobrze opłacanych urzędników, ale nie tak wielu jak obecnie, którzy nic nie potrafią, tylko sobie przeszkadzają, a jeśli zachodzi potrzeba opracować jakiś program, opinię, czy analizę, zlecają to za duże pieniądze ekspertom. Tymi ekspertami są zwykle profesorowie, którzy są teoretykami i ich opracowania zwykle nie przylegają do rzeczywistości.

W lipcu 2009 roku premier Donald Tusk zapowiedział w ramach oszczędności zwolnienia w administracji. Zgodnie z tą zapowiedzią, minister Michał Boni plan zwolnienia 30 tys. osób opracował i przesłał do konsultacji do różnych central i ministerstw – wszyscy odpowiedzieli, że nie mogą zwolnić nikogo. Odmówił wykonania redukcji również szef kancelarii premiera Tomasz Arabski tłumacząc, że pracę musieliby stracić ludzie zatrudnieni na kierowniczych stanowiskach, w tym doradcy i członkowie gabinetów politycznych, a ich rola jest bardzo ważna. Według badań „Eurobarometru” opublikowanych w 2008 roku już wtedy Polska uplasowała się na pierwszym miejscu wśród krajów UE w kwestii zatrudnienia administracji.

Senior

Ordynariat polowy w Armii Polskiej

Jedyne, co w naszej armii jest potężne, to Ordynariat Polowy. Kościoły garnizonowe są nawet tam, gdzie od dawna wojska już nie ma. Polskie siły zbrojne w zasadzie nie istnieją, choć liczą około 100 tysięcy zawodowych wojskowych na etatach z czego większość to wysocy rangą oficerowie, w tym 150 generałów. Ci szeregowi, którzy istnieją, są źle wyszkoleni, bo brak jest pieniędzy na ćwiczenia na poligonach. Wojska lądowe nie mają nowoczesnych czołgów i armat, siłom powietrznym brakuje samolotów, a Marynarce Wojennej okrętów. Minister Bogdan Klich zapowiedział, że będzie dalej reformował, oszczędzał i odchudzał armię. Na pierwszy ogień tych oszczędności mają pójść stołówki (likwidacja połowy z około stu stołówek, oraz kucharzy z 3000 do 1700). Wojsko ma się także pozbywać garnizonów, budynków, gruntów i orkiestr. Ale można też pozbyć się z garnuszka MON parafii wojskowych szczególnie tam, gdzie nie ma wojska, a parafie istnieją. MON ma na utrzymaniu 95 parafii katolickich, w tym jedna aż w Belgii. Służbę w tych parafiach pełni około 150 kapelanów żołnierzy zawodowych. Na jednego kapelana przypada 666 żołnierzy, zakładając, że wszyscy są wierzącymi katolikami. Ale dla porównania podaję, że w Polsce obecnie jest 126 garnizonów, a więc jest więcej kapelanów niż garnizonów. Proboszczowie (wojskowi) mają w większości stopień pułkownika, lub podpułkownika, wikarzy zaś – kapitana lub majora. Wojskowa pensja dla tych stopni to 5 do 7 tys. zł. Ale pobierają też „co łaska” za śluby, pogrzeby i podróże służbowe z kasy armii, a także prawo do emerytury po 15 latach służby i wszelkie inne dodatki przysługujące oficerowi zawodowemu, a więc zakwaterowanie, świadczenia socjalno-bytowe, a nawet ordynansa. Do tego dochodzą koszty utrzymania kościołów i kaplic. Minister Klich na pytania w tej kwestii zasłania się konkordatem, gdyż zgodnie z jego artykułem 6 pkt 1 tylko władze kościelne mogą dokonać likwidacji jednostki administracji kościelnej, jaką jest parafia. Ale przecież nikt nie żąda od Klicha, by likwidował kościół, czy kaplicę. Niech przestanie płacić i przekaże te jednostki biskupom, skoro nie ma garnizonu i wojska. W budżecie MON na rok 2010 zaplanowano na utrzymanie jednostek Ordynariatu tylko polowego 20,5 mln. zł. Jest to spadek o 1,7 % w stosunku do 2009. Dopóki Wojsko Polskie składało się z poborowych, to kościoły garnizonowe i liczni kapelani mieli jakiś sens, ale przy armii 100 tysięcy żołnierzy zawodowych, którzy po służbie idą do własnych domów, utrzymywanie księży w takiej ilości mija się z sensem. Przecież taki żołnierz może udać się do najbliższego kościoła w pobliżu miejsca zamieszkania.

A tak w ogóle to należy wiedzieć, że kapelani są wszędzie w policji, straży pożarnej, w szpitalach, straży granicznej, u celników, w Ochotniczych Hufcach Pracy, a nawet w zakładach energetycznych mamy kapelana opłacanego z naszych podatków. Jeżeli dodać do tego tysiące katechetów, to są to ogromne pieniądze. Nikt tego nie potrafi lub nie chce policzyć dokładnie. Szacunkowo podaje się liczbę około 5 mld. złotych, jeżeli uwzględni się pieniądze przeznaczone na uczelnie kościelne, wydziały teologiczne w państwowych uniwersytetach, oraz fundusz kościelny wypłacany co roku w wysokości ponad 100 milionów zł. A jeżeli dodać wartość gruntów (ok. 60 tys. ha), 500 dużych nieruchomości zabudowanych, iż są to astronomiczne wielkości.

Ale to nie wszystko. Kościół otrzymuje ogromne pieniądze z dopłat do gruntów, gdyż jest największym obszarnikiem w kraju – są to tysiące euro. Ponadto korzysta z funduszy unijnych na różne projekty, aktywizacje zawodowe i społeczne, które często, w rzeczywistości są akcjami propagandowymi typu „Razem w przyszłość” (zasianie optymizmu wśród zagrożonych wykluczeniem w diecezji siedleckiej) i t. p. Dwanaście Caritasów diecezjalnych, oraz dwa centra charytatywno-opiekuńcze dostały w sumie do zagospodarowania 22.582.648,79 zł. Katolicki Uniwersytet Lubelski otrzymał w sumie ponad 144 mln. zł. W kolejce do kasy nie zabrakło żeńskich zgromadzeń zakonnych, które otrzymały ponad 19.476.317 zł. Róznież mnichom nie brakowało dobrych pomysłów. Otrzymali oni z UE ponad 90.087.739 zł. A więc biskupom i ich „spółkom-córkom” przyznano na bieżące potrzeby około 686 milionów zł. Warto pamiętać, że są to również nasze, podatników pieniądze, gdyż w 2009 roku składka Polski do budżetu UE wyniosła ponad 12,5 mld zł.

Senior

Uwaga: w artykule wykorzystano dane wg „NIE” nr 31/2010 i „Fakty i Mity” nr 36/2010.

Filozofia podatkowa

We wszystkich rozwiniętych krajach świata obciążenia podatkowe są zwykle wysokie i rozłożone nierównomiernie, co oznacza, że ich wysokość zależy od dochodów płatnika. Podatek liniowy nie występuje w żadnym z cywilizowanych krajów świata, nie licząc Europy Wschodniej. Sprawa nierównomierności podatkowej odnosi się do idei blisko związanej ze sprawą sprawiedliwości. Chodzi o kwestię zysków z cudzej pracy. Otóż właściwie nikt, kto osiąga naprawdę wysokie dochody, nie może tego dokonywać bez korzystania z zysków płynących z pracy innych osób – pracowników własnej firmy. Podobnie jest w przypadku każdego wysokopłatnego menedżera, gdy członkowie licznej podległej mu, pracującej dla niego załogi, zarabiają znacznie mniej.

Państwa demokratyczne godzą się na to, że niektóre osoby zakładają firmy, zatrudniają innych dla własnego dobra i zysku, ale każą sobie płacić wyższy podatek. Uznano, że system gospodarczy oparty o prywatną własność środków produkcji jest efektywniejszy od systemu scentralizowanego i sterowanego przez państwo. Jednocześnie jednak, dla utrzymania harmonii społecznej, osoby odnoszące z tego zmuszane są do dzielenia się z resztą społeczeństwa, aby pokryć koszty działania państwa. Przecież pracodawca utrzymuje się w dużej mierze z pracy i kwalifikacji osób przezeń zatrudnionych, nie łożył na ich wykształcenie (zapłaciło za to państwo), a z efektów tej edukacji korzysta. Dla zbudowania swojej firmy i jej funkcjonowania korzysta z zasobów będących własnością społeczeństwa, które częściowo tylko są objęte podatkami od nieruchomości, CIT i innymi opłatami. To dlatego musi on płacić więcej niż płacą inni. Płacą do kasy systemu ci, którzy bardziej z niego korzystają.

Ponadto wszem wiadomo, że płaci pracownikowi mniej, niż on wytwarza, przywłaszcza sobie nadwyżkę wytworzoną przez pracownika (wartość dodana). W Polsce przemilcza się fakt, że w krajach o najwyższym standardzie życia i najlepszych dokonaniach gospodarczych, najniższa stawka podatku dochodowego wynosi nawet 30 % (w Polsce 18 %), a najwyższa przekracza 50 % (w Polsce 32 %). W naszym kraju firmy płacą 19-to procentowy podatek liniowy (CIT), który obniżono o 8 %, podczas gdy ostatnia obniżka podatku osobistego (PIT)wyniosła jedynie 1 %. Rząd dba więc o bogatych, łatwo przecież obliczyć, ile kto zyskał. Powtarzanie w mediach, że Polska jest krajem o wysokich podatkach wprowadza społeczeństwo w błąd.

Należy jeszcze dodać, że w Polsce w ogóle nie istnieją niektóre podatki pobierane w innych krajach głównie od fortun (Francja), lub podatki katastralne (od wartości nieruchomości pobierane niemal na całym Zachodzie). Obniżka podatków dochodowych sprzed 2 lat, zaprojektowana przez PiS, a wprowadzona przez PO, była chybiona, gdyż wprowadzono ją, gdy gospodarka słabła. To musiało doprowadzić do dziury w budżecie. Warto przypomnieć, że obniżka podatków spowodowała w 2009 roku spadek dochodów budżetowych o ok. 7 mld. zł. Było to zdaniem wielu ekonomistów do przewidzenia. Ale byli też ekonomiści i dziennikarze opowiadający bajki, że spadek został nadrobiony wychodzeniem ludzi z szarej strefy, wyższą ściągalnością zobowiązań finansowych. Okazało się to fikcją. Ponad 2 mld. zł rocznie traci ZUS w wyniku obniżki stawki rentowej z 13 % do 10 % w 2007 roku. PiS-owska obniżka progów rozszerzyła z około 90 % do prawie 98 % krąg Polaków płacących najniższy 18-procentowy PIT. Był to ukłon wobec ludzi zamożnych zarabiających powyżej 85 tys. zł rocznie, którzy wcześniej płacili podatek 40-procentowy, oraz wobec tych, którzy zarabiali od 44,5 do 85,5 tys. rocznie, lub dotychczas mieli stawkę 30-procentową, a teraz 18-procentową. Każdy może sobie łatwo obliczyć, ile ci ludzie bogaci zyskali. Natomiast ci, co zarabiają 2000 zł miesięcznie, zyskali 20 zł. Naszym bogatym mogą zazdrościć ci na Zachodzie, a szczególnie Duńczycy, którzy płacą aż 59 % od swego dochodu.

Teraz rząd funduje nam podwyżkę podatków, aby dziurę załatać. Ta podwyżka jest bardzo charakterystyczna – dotyczy wszystkich, bo dotyczy podatku VAT o 1 %, ale odczują ją najbardziej ludzie mało zarabiający, emeryci i renciści, gdyż wzrosną ceny podstawowych artykułów pierwszej potrzeby. Osoba zarabiająca 2000 zł wydaje wszystko na podstawowe potrzeby. Dotychczas neoliberałowie twierdzili, że podatki się obniża, aby zwiększyć przychody, ale gdy przyszło zasypać dziurę, czyli zwiększyć przychody, to podwyższono podatek. Oznacza to faktyczną rezygnację z jednego z największych kłamstw głoszonych przez liberałów.

Senior

Trudna sytuacja lokatorów

W grudniu 2009 roku sejm, cichutko, bez rozgłosu, przegłosował nowelizację ustawy o ochronie praw lokatorów i o zmianie kodeksu cywilnego wprowadzając pojęcie tzw. najmu „okazjonalnego”. Lokator, podpisując z wynajmującym mieszkanie umowę, ma w myśl nowego prawa obowiązek notarialnie złożyć oświadczenie o dobrowolnym opróżnieniu lokalu w żądanym przez właściciela terminie. Musi również wskazać przy podpisaniu umowy lokal, do którego mógłby być przeniesiony w wypadku eksmisji. Zapisy te mają chronić właścicieli mieszkania.

W imię walki z patologią stworzono złe prawo narażające dużą grupę ludzi na bezdomność. Pozasądowy tryb eksmitowania stworzy ogromne pole do nadużyć. Dotychczas do wyrzucenia osób z mieszkania potrzebna była decyzja sądu. Najemcy „okazjonalni” będą usuwani z lokali po upływie terminu wypowiedzenia, de facto bez żadnej kontroli, czy odbywa się to zgodnie z prawem. osobom z najmu okazjonalnego nie przysługuje również prawo do lokalu socjalnego, czy pomieszczenia tymczasowego, przyjmowanych dotychczas przy okazji każdej eksmisji. Pozostaje im tylko ulica. Tak właśnie traktują obywateli rządy liberałów. Filozofia ich rządzenia polega na tym, by pozbyć się wszelkich obowiązków wobec obywatela w potrzebie. Do czego jest więc potrzebne państwo? Rządzącym wyraźnie chodzi dobro warstwy uprzywilejowanej, o te pałace, fotele, żyrandole, dywany, gabinety, limuzyny, wysokie pensje! Skrajne sytuacje mogą dziś po prostu odbywać się bez interwencji sądu przy wyparciu się przez państwo odpowiedzialności za lokatorów. Dziwny jest argument, jakoby prawo to przywracało normalność i powodowało zwiększenie rynku mieszkaniowego na wynajem. No rzeczywiście, jeżeli odpowiednia liczba rodzin znajdzie się na ulicy, to zwiększy się ilość mieszkań do wynajęcia. Jest to logika godna liberałów pozbawiona elementarnej empatii. Rządowe uzasadnienia można włożyć między bajki dlatego, że wciąż nie istnieje alternatywa dla najmu komercyjnego w postaci dostępnych lokali komunalnych, TBS-ów (Towarzystwo Budownictwa Społecznego), czy wreszcie spółdzielczości komunalnej. Najbardziej ta sytuacja dotknie studentów uczelni oddalonych od ich miejsca zamieszkania oraz osób tzw. mobilnych, idących za pracą w inny rejon Polski, gdyż aby znaleźć pracę potrzebna jest stabilna sytuacja mieszkaniowa.

Ministerstwo Gospodarki planuje dalej idące zmiany polegające na zniesieniu ograniczeń w podnoszeniu czynszów nie częściej niż raz na sześć miesięcy. Jeśli dotychczasowy trend zmian prawnych zostanie zachowany, możemy mieć do czynienia z poważnym problemem społecznym, gdyż to nie jest ustawa o ochronie praw lokatorów. Tytuł ustawy jest kpiną. To jest ustawa o ochronie właścicieli mieszkań wynajmujących lokale tym, którzy ich nie posiadają. W starej, cywilizowanej Europie Zachodniej, czy w Skandynawii władza jest dla obywatela. Rządy mają obowiązek dbać, by żyło mu się dobrze, aby nikt go nie krzywdził. Aby w razie potrzeby władza go broniła i tworzyła takie prawo, by obywatel mógł się bronić. W Polsce władza liczy się z obywatelem w okresie kampanii wyborczej, co wyraża się składaniem obietnic. Po wyborach desygnowani do rządzenia odpychają od siebie wiele obowiązków cedując je na samorządy, które nie mają możliwości sprostania tym obciążeniom.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński. Wskazane jest uzupełnienie tekstu wyjaśnieniami: czy „najm okazjonalny” jest jedyną formą dopuszczalnej umowy lokatora z właścicielem, jakie są ew. inne możliwości dla poszukujących mieszkania, lub w braku tychże jakie sankcje są przewidziane w wypadku niedopełnienia obowiązku zatwierdzenia notarialnego, oraz kto ma zapłacić notariuszowi?

IPN, PRL i tp.

CBOS w 2009 roku przeprowadził w miesiącach V, VI i VII badania na ten temat. Na istnienie IPN (Instytut Pamięci Narodowe) wydano już w ubiegłym roku 1 mld zł. Pieniądze te poszły na marne, bo przecież zadaniem IPN jest wpojenie społeczeństwu nienawiści do PRL (Polska Republika Ludowa), a tymczasem badanie wykazało zupełnie inny obraz: 44 % ankietowanych oceniło negatywnie działanie IPN, tylko 28 % pozytywnie, a reszta nie miała zdania. Krytycyzm wobec IPN rośnie wraz z wykształceniem badanych, a także w większych miastach, w których liczba niechętnych mu przekracza 50 % ogółu. 54 % uważa, że IPN dręczy generała Wojciecha Jaruzelskiego i uważa go za dobrego polityka i patriotę. Odmienną opinię wyrażało 26 % badanych. 43 % zwolenników PiS stwierdziło, że gen. Jaruzelski dobrze służył Polsce. 41 % wyborców PO, 55 % PSL i 73 % SLD oceniło go również pozytywnie. 44 % oceniło też pozytywnie okres PRL. 54 % uznało, że w PRL można było dobrze służyć Polsce zwłaszcza na wyższych i średnich szczeblach władzy. Warto podkreślić, że 80 % członków Solidarności z przed 1989 r. opowiedziało się przeciw rozliczaniu z PRL. 76 % uznało, że należy zakończyć rozliczanie, a badania przekazać zawodowym historykom.

PRL miała wymierną wartość. Pozostawiła po sobie wykształcone społeczeństwo i nowoczesne jak na owe czasy państwo. Odzyskała niepodległość nieco ograniczoną, ale jednak niepodległość, a jej zakres coraz z czasem zwiększał się. Gdyby nie PRL, to dzisiejsze rządy nie miałyby czego sprzedawać. Państwo funkcjonuje od wielu lat tylko dzięki wyprzedaży majątku narodowego powstałego w okresie PRL. Sprzedano część tego majątku za 10 % wartości. Takiego wyliczenia dokonał w książce p. t. „Wielki przekręt” wykładowca uniwersytetów w USA prof. Poznański. W sposób naukowy udowodnił, że sprzedany majątek Polski był wart 270 mld USD, a uzyskano zań 27 mld USD. Obecny rząd zamierza sprzedać w pilnym trybie ponad 800 firm. Niektóre z nich to jak rodowe srebra, lub kury znoszące złote jaja. Np. zakłady chemiczne, farmakologiczne, kopalnie miedzi, totalizator, LOT, szpitale itp. Dlatego partie postępowe, odpowiedzialne, powinny bronić polskiej gospodarki, gdyż ta sprzedaż pociągnie za sobą liczne zwolnienia z pracy. IPN poprzez nienawiść do PRL i tendencyjne publikacje, dzielenie ludzi na lepszych i gorszych traci poparcie społeczeństwa, co wykazują przedstawione wyniki badań.

Ostatnio partia „Prawo i Sprawiedliwość” chciała również katastrofę smoleńską włączyć do polityki historycznej. Chciała wmanewrować w nią parlament polski i rząd. Dlatego aby podtrzymać ten tragiczny nastrój, w maju b. r. (2010) wystąpiła do Sejmu z projektem rezolucji żądającej przeniesienia śledztwa smoleńskiego do Polski. Prof. Jan Widacki w numerze tygodnika „Przegląd” z 16 maja 2010 roku napisał: „PiS chciała, by Sejm przyjął rezolucję wzywającą premiera, by ten wystąpił do Rosji z żądaniem przekazania polskiej prokuraturze całego śledztwa w sprawie katastrofy samolotu pod Smoleńskiem”. Na szczęście Sejm projekt ten odrzucił ogromną ilością głosów. Propozycja PiS była prowokacją, polscy prokuratorzy, a także członkowie komisji badającej wypadek lotniczy, takiej potrzeby nie zgłaszali. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie potwierdzali, że współpraca ze stroną rosyjską układa się znakomicie. Propozycja ta była wyrazem nieufności do Rosji i jej organów. Jest rzeczą oczywistą, że znaczna część śledztwa musi toczyć się w Rosji, bo tam wydarzyła się katastrofa. Tam należało dokonać oględzin, tam znajdują się szczątki samolotu. W Rosji wykonano badanie zwłok, tam należy przesłuchać świadków katastrofy. Znakomitą większość czynności śledztwa tam trzeba wykonać. Złośliwi komentowali, że żądania PiS i tak były dość umiarkowane. Mogli przecież domagać się od rządu wystąpienia o zwrot Smoleńska wraz z województwem, które Polska straciła na rzecz Rosji w XVII wieku.

Można by zapytać, po co PiS się wygłupia? Chodziło o podtrzymanie napięcia w sprawie katastrofy, co leży w interesie tej partii i jej kandydata na prezydenta, a przy okazji ożywia to rusofobię i rzuca cień na polski rząd, że nie wszystko właściwie zabezpieczył i całkowicie zaufał władzom Rosji w tej sprawie.

W „Przeglądzie” w numerze 6 z 14 lutego b. r. ukazał się wstrząsający artykuł pana Krzysztofa Pilawskiego „Operacja Generał”. W tekście tym znalazł się passus na temat polityki historycznej. Autor powołał się na niemieckiego myśliciela konserwatywnego Carla Schmidta, członka NSDAP, co zostało przeniesione na polski grunt w XX i XXI wieku za sprawą Marka A. Cichockiego, doradcy prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zainspirowany niemieckim myślicielem Cichocki dowodził, że ludzie zawsze postrzegali innych jako przyjaciół lub wrogów, a zatem polityka musi kierować się podobnym podziałem, że polityka musi polegać na wynajdywaniu wroga.

Senior

Tylko Balcerowicz nie zmienia poglądów

Balcerowicz się zdenerwował, bo Stiglitz, amerykański noblista z dziedziny ekonomii, ośmiela się twierdzić, że rynki nie zawsze mają rację, a efektywnie działają tylko w sprzyjających okolicznościach. Natomiast Balcerowicz, jako ortodoksyjny wyznawca neoliberalizmu, twierdzi, że rynek zawsze ma rację. Joseph Stiglitz jest ekonomistą, którego cytuje światowa prasa jako teoretyka, ale także praktyka mającego duże osiągnięcia w gospodarce i finansach. Był on mianowicie w latach 1997-2000 głównym ekonomistą Banku Światowego, a latach 1993-1997 szefem Zespołu Doradców Ekonomicznych Prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona. Wówczas to udało się amerykańskiej administracji nie tylko zrównoważyć budżet, ale nawet osiągnąć po raz pierwszy po II Wojnie Światowej w finansach publicznych nadwyżkę (500 mld USD), podczas gdy następca Clintona pozostawił kraj obciążony na około 9 bilionów USD długu wewnętrznego i zewnętrznego. J. Stiglitz interesuje się też polityką i zagadnieniami społecznymi. Twierdzi, że Ojciec i Matka nauczyli go nie być obojętnym na krzywdę ludzką. Napisał wielkie dzieło „Globalizacja”, w którym zwraca uwagę na wybryki współczesnego kapitalizmu, na kryzysy i cykliczne recesje, na biedę i pogłębiające się nierówności społeczne.

Balcerowicz zdenerwował się, próbuje polemizować z publicystyką Stiglitza, jednak coraz więcej ekonomistów na świecie odnosi się do neoliberalizmu. Nawet przyjaciel i doradca Balcerowicza prof. Saks porzucił ten pogląd i stwierdził, że dokonana w ramach realizacji planu naprawy finansów (plan Balcerowicza) t. zw. terapia szokowa w Polsce była błędem, oraz że koszty jej poniosło społeczeństwo. Prof. Sachs stwierdził, że obecny kryzys finansowy został spowodowany neoliberalną polityką R. Reagana, który zainicjował deregulację finansową na dużą skalę. Podobnie ocenił terapię prof. G. Kołodko, a także prof. Stiglitz. Balcerowicz staje się osamotniony, ale dalej brnie w skostniałych poglądach.

Senior

Długi polskie

W latach 1995 – 2008 zadłużenie polskie przyrastało średnio o 10,44 % rocznie. Rząd Millera zadłużył Polskę na 81 mld zł., rząd Belki – na 82 mld. zł., rządy Marcinkiewicza i Kaczyńskiego – razem na ok. 60 mld zł.. Za rządów Tuska dług publiczny wzrósł już o niemal 148 mld zł.. Polski dług państwowy na koniec kwietnia br. (2010) wynosił 665 mld zł., w tym reforma emerytalna wygenerowała ok. 261 mld zł.. Już dziś sama obsługa zadłużenia (spłata odsetek) kosztuje państwo ok. 35 mld zł. rocznie, t. j. ok. 16 % rocznych wpływów, jakie państwo ma z podatków. Statystyczny Polak pracujący poza rolnictwem musi spłacać ten dług spowodowany odsetkami od długu państwowego wydatkując na to 2400 zł. rocznie.

Jeśli dalej tak będzie, Polskę może spotkać los Grecji. Już wpływowa agencja ratingowa pogroziła Polsce, że jeśli w latach 2011-2012 tak będzie dług publiczny przyrastać, to polski rząd nie będzie mógł sprzedawać obligacji bankom i tym samym straci możność pożyczania pieniędzy. Minister Rostowski zapewnia, że Polsce nie grozi utrata wiarogodności kredytowej, natomiast kilku polskich ekonomistów o międzynarodowych kompetencjach wskazuje, iż ogłoszony przez premiera Tuska i min. Rostowskiego „Plan rozwoju i konsolidacji finansów 2010-2011” tak naprawdę niczego nie rozwiązuje. Taki krytyczny punkt widzenia prezentują profesorowie Stanisław Gomułka, Jerzy Osiatyński, Robert Gwiazdowski oraz Witold Modzelewski i Stanisław Owsiak. L. Balcerowicz oraz Janusz Jankowiak prowadzący własną firmę analityczno-doradczą, czarno widzą już rok 2011. Balcerowicz nawołuje do dalszych cięć wydatków socjalnych, do tego by „rząd nie był św. Mikołajem”.

W pierwszym kwartale 2010 r. wpływy do budżetu z PIT (ang. Personal Income Tax - podatek od dochodów osobistych) spadły o ok. 3 %, akcyza (podatek pośredni nakładany na niektóre wyroby konsumpcyjne) spadła o 15 %, wpływy z CIT (ang. Corporate Income Tax – podatek od dochodów przedsiębiorstw) – aż o 24 %. Łącznie dochody podatkowe w I kwartale spadły 0 5,7 mld zł. w stosunku do początku kryzysowego roku 2009. Rząd ma dwa wyjścia: albo ciąć wydatki (także socjalne i emerytury), albo podnieść podatki pobierane od najbogatszych. Nie wiadomo, jaką drogę wybierze rząd. Zapewne liczy na wpływy z prywatyzacji, ale w „podbramkowej” sytuacji sprzedaje się tanio. W dniu 5 lipca 2010 r. w programie TVN-24 minister Rostowski uspokajał słuchaczy, ale jednocześnie m. in. powiedział, że marzy mu się podatek liniowy (obliczany wg jednej stawki procentowej od dochodów – zarówno wysokich jak i niskich). Tego to już nie mogę zrozumieć, skoro wszyscy wiedzą, że wszystkie kraje, które wprowadziły ten podatek, popadły w ogromne kłopoty finansowe.

Na temat długu polskiego wypowiedział się również prof. Grzegorz Kołodko. Uważa on, że rząd polski radzi sobie z długiem publicznym z coraz większym trudem. Dług rośnie nieustannie, a w tym roku (2010) nawet skokowo. Prawdziwe informacje są ukrywane przez rząd, a ludzie pozostają w nieświadomości. Jednak ukrywanie stanu faktycznego będzie coraz trudniejsze. Wielkość długu publicznego w 2010 roku może wahać się w przedziale od 53 do 54 % PKB (roczny produkt krajowy brutto), a będzie zbliżać się niebezpiecznie do 55 % PKB czyli do drugiego progu ostrożnościowego, ale o tym dowiemy się dopiero na wiosnę 2011 roku. Przekroczenie tego progu może nastąpić w 2011 roku, co uniemożliwi udzielanie gwarancji rządowych zwłaszcza w sprawach inwestycyjnych ważnych dla rozwoju gospodarczego. Przy długu publicznym oscylującym wokół kwoty 750 mld zł. każdy punkt jego oprocentowania, to jest 7,5 mld zł, przy wysokości 4 to jest już 30 mld zł. rokrocznie. Najgorsze jest to, że ten dług idzie nie na rozwój gospodarczy, lecz na zasypywanie dziury budżetowej, spłacanie odsetek. Dziura budżetowa poszerza się wskutek obniżonych podatków. Np. obniżenie trzeciego progu podatkowego (stawka procentowa od części dochodu przekraczającej 85528 zł) zmniejszyło wpływy do budżetu o ok. 7,5 mld zł rocznie, a drugą przyczyną obniżenia dochodów państwa jest słaba dynamika rozwoju gospodarczego.

Istnieje też zadłużenie ludności, które na koniec 2009 roku wyniosło 412 mld zł, czyli około 30 % PKB, a w połowie 2010 roku osiągnie około 450 mld zł. W sumie więc, indywidualnie i zbiorowo, jako całe społeczeństwo, jesteśmy zadłużeni na około 1200 mld (1,2 biliona) zł, co oznacza 32 tysiące na mieszkańca. Istnieje też zadłużenie przedsiębiorstw i banków w wielkości 40 tys. zł licząc na mieszkańca, co łącznie daje przypadający na każdego z nas dług około 71 tys..

Podobnie jest we wszystkich wysoko rozwiniętych krajach określanych jako grupa G-7, przy czym w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie dług gospodarstw domowych przekracza dług publiczny. Podczas gdy w Japonii, we Włoszech i Francji jest odwrotnie, w Niemczech obie te pozycje są mniej więcej równe. W Polsce łączne wierzytelności wszystkich dłużników można szacować na więcej niż 100 % PKB, co w skali porównań międzynarodowych stawia nas w tym gorszym towarzystwie.

Senior

Komentarze.

Stach Głąbiński. Ostatnie zdanie wymaga objaśnienia, gdyż zadłużenie krajów G-7 opisane jest bez odniesienia do PKB, a zarazem z tekstu nie wynika, które to kraje są „gorsze”. Należy również wspomnieć, że proste sumowanie różnych rodzajów zadłużenia może dać wynik błędny. Przecież jeżeli pan X pożyczy z PKO 1000 zł, a bank ten jednocześnie taką kwotę uzyska od Szwajcarów, to wynik jest taki, jakby X zadłużył się bezpośrednio w Szwajcarii, a PKO w którym suma plusów i minusów daje „0” spełnia jedynie rolę pasa transmisyjnego. Jeśli więc obliczając ogólną wielkość zadłużenia podamy kwotę pożyczki z PKO, należność względem Szwajcarii trzeba opuścić i vice versa.

Zarobki i koszty w PTE (OFE)

W 2008 roku, w kryzysie, średnie zarobki miesięczne członków zarządu Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego AVIVA wyniosły 42 tys. zł. Najwięcej, bo ponad 60 tys. zł. zarobili ludzie z zarządu towarzystwa, a to jest średnia, podczas gdy główni dyrektorzy dostali więcej. Dla porównania prezes ZUS, prezes największej instytucji emerytalnej w Polsce, zarabia 19,8 tys. zł. miesięcznie. Nikt w PTE nie przejął się uszczupleniem środków na emerytury. W najgorszym dla emerytów roku 2008 PTE pobrały największe wynagrodzenie w ciągu 10 lat – w wysokości 1,8 miliarda zł., a zysk wyniósł 740 milionów zł. Pobory podnosi się tam niezależnie od osiąganych rezultatów. Dlatego, jak podaje Komisja Nadzoru Finansowego, w 2007 roku łączna kwota wynagrodzeń w Towarzystwach Emerytalnych wyniosła 93,4 mln. zł., a w kryzysowym roku 2008 – aż 101 mln. zł., zaś w roku 2009 104,1 mln. zł., a w 2010 będzie jeszcze więcej. W latach 2003 – 2009 towarzystwa wypłaciły 2,5 mld. dywidend. Najbardziej bezsensowne są koszty akwizycji (namawianie), by członkowie przechodzili do drugiego OFE i to kosztuje 450 mln. zł.. W Polsce istnieje 14 OFE. W majowej sesji transferowej fundusze zmieniło 149 tysięcy osób. Dla przyszłych emerytów te przeprowadzki nie będą miały znaczenia, ale dla zarobków menedżerów z PTE – owszem, jednak kosztem zebranych składek. Zyski towarzystw wyniosły w roku 2007 696 mln. zł., w 2008 – 740 mln. zł., w roku 2009 osiągnęły 766 mln. zł. i będą stale rosnąć. Np. w pierwszym kwartale 2010 roku wyniosły już 400 mln. zł.. Dziś w funduszach emerytalnych jest 180 mld. zł. pobranych od 14 milionów Polaków. Od tej sumy towarzystwa zażądały dla siebie ok. 15 mld. zł. i są to pieniądze uzyskane bez żadnego wysiłku, bez ryzyka. Gdyby nie było tej bezsensownej reformy, napędzającej przymusem przez państwo ludzi do OFE, te pieniądze były by dla emerytów, bo koszty obsługi systemu są w ZUS o wiele mniejsze. Np. średnia płaca wynosi 3 tys. zł., a w PTE 9 tys. zł., nie ma w ZUS akcjonariuszy i czternastu zarządów. Wg ekspertów i ich wyliczeń, przy tym obecnym systemie, który znosi złote jaja dla PTE, emerytury będą wynosiły 30 % ostatniej płacy. W dotychczasowym systemie wynoszą 65 % ostatniej płacy.

Należy więc w pilnym trybie przyjąć odpowiednią ustawę, która pozwoli obywatelowi na podjęcie decyzji o wycofaniu się z OFE wraz ze zgromadzonymi tam środkami pieniężnymi do dowolnego OFE lub do ZUS. Minister finansów Rostowski uznał za absurd, że najpierw państwo sprzedaje obligacje, by zdobyć środki na transfery do OFE, a potem OFE lokują większość tych pieniędzy w rządowych obligacjach. Należy skończyć pilnie z tym chorym systemem trwoniącym pieniądze państwowe i polskich 14 milionów płatników przymuszanych do OFE jak chłopi pańszczyźniani do pana.

Senior

Ustawa dezubekizacyjna.

Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z konstytucją tzw. ustawę dezubekizacyjną, która odbiera prawo do emerytur mundurowych funkcjonariuszom organów bezpieczeństwa PRL. Sześciu członków trybunału było przeciw (Ewa Łętowska, Adam Jamróz. Marek Mazurkiewicz, Mirosław Wyszkowski i Bohdan Zdziennicki. Uzasadnienie tego wyroku neguje dotychczasowe orzecznictwo Trybunału dotyczące rozliczeń z przeszłością. Neguje fundamentalne zasady jak: 1) przyjęty we wszystkich krajach cywilizowanych zakaz stosowania odpowiedzialności zbiorowej, 2) nakaz rozpatrywania indywidualnej winy, 3) rozliczenie przeszłości nie może służyć odwetowi, a ponadto: 4) Neguje rezolucję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy z 1996 r., która mówi, że w miarę upływu czasu od obalenia totalitarnych reżimów należy nie zaostrzać, lecz wygaszać rozliczenia i 5) uzasadnienie jest napisane w duchu ideologii, a nie prawa. Sędziowie T. K. namęczyli się nad uzasadnieniem, a sędzi Maciej Rzepliński odczytując ten dokument jąkał się i dukał. Panuje opinia, że sędziowie T. K. są to wybitne osoby, specjaliści w zakresie prawa i sądownictwa. Okazuje się, że ośmiu, t. j. ponad 50% składu T. K. nie są sędziami i nigdy nie wykonywali zawodu sędziego, a trzech spośród nich zakończyło swą edukację na stopniu magistra. Pięcioro sędziów zajęło odrębne stanowisko i je w sposób merytoryczny uzasadniło, ale tym członkom T. K. w 2010 roku kończy się kadencja (Ewie Łętowskiej – w 2011 r.). Będą więc nowi członkowie i można sobie wyobrazić, jaki to będzie zespół.

Stało się coś znacznie gorszego niż zmniejszenie emerytur tysiącowi emerytów organów bezpieczeństwa, chodzi także o represje w rozumieniu socjologicznym i psychologicznym. Pozbawienie części emerytury też może być represją, podobnie jak zakaz pełnienia stanowisk. Stosowanie represji przez sądy musi odbywać się według pewnej procedury, musi to być proces sądowy z zapewnieniem elementarnych praw takich jak prawo do obrony. No i represji nie można stosować zbiorowo, lecz tylko po udowodnieniu indywidualnej odpowiedzialności za konkretny czyn niezgodny z obowiązującym wówczas prawem. Trybunał powinien sprawdzić i zdefiniować, czy ma do czynienia z odebraniem przywilejów, czy z represją. Jak emerytura może być przywilejem, kiedy przysługuje na mocy prawa? Gdyby chodziło o jej obniżenie do poziomu stosowanego dla wszystkich, np. do wskaźnika 1,3 %, można by dyskutować, ale do 0,7 % - to jest represja. Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu precyzyjnie określa, co jest przywilejem. „Przywilejem jest to, co funkcjonariusz komunistycznego państwa dostaje ponad to, co dostają inni.” Ponadto zgodnie z rezolucja Rady Europejskiej z 1996 roku wszelkie rozliczenia z komunizmem, o ile nie dotyczą ścigania przestępstw z kodeksu karnego powinny się zakończyć do końca 2000 roku. Tymczasem ustawa nie zrównuje emerytur byłych funkcjonariuszy z emeryturami pobieranymi w powszechnym systemie emerytalnym. To już nie jest wedle standardów europejskich odebrani przywilejów, to jest represja. A również wg zasad obowiązujących w polskim sądownictwie represje stosuje się wyłącznie indywidualnie.

Orzeczenie Trybunału otworzyło drogę do rozliczeń z PRL. Powołując się na wysoki T. K. można będzie wykazać konstytucyjność ustawy dekomunizacyjnej i obniżać emerytury np. nauczycielom, którzy w PRL uczyli niesłusznej historii. Zapomniano, albo zignorowano kulturę starożytnej Grecji, gdzie powszechnie zalecano i aprobowano nakaz zapominania (tzw. amnezja) o rzeczach złych w celu zapewnienia spokoju społecznego.

Nie chciano także pamiętać, że konstytucja francuska z 1814 roku zakazywała wszelkiego dochodzenia, kto kim był przed rewolucją, a także o tym, że w demokratycznej Hiszpanii nie wolno było wspominać, kto był po której stronie w wojnie domowej. Francuski pisarz, historyk i filozof, Ernst Renan (Reno) w 1882 r. uznał, że równie istotnym jak pamięć warunkiem istnienia narodu jest zapominanie, bez którego wiele narodów nie mogło by się ukształtować i przetrwać, jak np. naród francuski po rewolucji i powrocie monarchii. Piłsudski zabronił stawiania pomników niezgody narodowej z tych samych pobudek. Anglicy w czasie II Wojny Światowej zniszczyli w porcie Mars-el Kebir eskadrę floty francuskiej zabijając 1300 marynarzy, ponieważ Francuzi wycofali się z sojuszu zawartego przeciw Niemcom. Reżim Petaina zareagował jak my na Katyń, co nie przeszkodziło jednak późniejszemu porozumieniu obu krajów.

Tymczasem w XXI wieku, w Polsce, pamięć narodową prawicowi politycy usiłują przekształcić w nieznośną pamiętliwość doznanych krzywd, która dzieli Polaków i zatruwa życie społeczne.

Senior

Ludność świata.

Około 5 tys. lat p. n. e. na świecie było 30 milionów ludzi. Około 2 tys. roku p. n. e. było 300 milionów, czyli nastąpił 10-krotny przyrost w ciągu 3 tys. lat. Pierwszy miliard został osiągnięty około 1820 roku, drugi – już po 110 latach (1920 r.), trzeci, mimo wojny, - po 30 latach, w 1960 r,. czwarty – w 1979 r,. piąty – w 1988 r., a szósty – w 1999 r. Siedem miliardów będzie nas na przełomie 2011-2012 r., a dziewięć miliardów – około 2040 r.

Wraz ze wzrostem liczby ludności kurczy się obszar „zielonych płuc” naszej planety, będą ginęły kolejne gatunki zwierząt, zmaleją zasoby wody, żywności energii i paliw. Dostęp do nich stanie się powodem konfliktów i wojen, a więc i braku stabilności na świecie. Początki tego wyścigu mamy już dziś. Jest to Irak, Afganistan, próba opanowania złóż w Iranie, wykup ziemi w Afryce. Widzimy początki walki o podział pokrytej lodem Arktyki, w której uczestniczą: Rosja, Kanada, USA, Islandia, a także ludy arktyczne + Norwegia. Temu wszystkiemu towarzyszyć będą klęski głodu na niespotykaną skalę. Nie jest to wymysł szalonych futurologów, lecz taka jest zgodna opinia centrów analiz społecznych USA, UE, Rosji, Chin i Izraela. Wg demografów w 2025 roku z głodu i pragnienia może umrzeć 1,5 miliarda ludzi szczególnie w Afryce i Azji.

Uzdrowienie (ratowanie) świata należy zacząć od ograniczenia liczby urodzin w krajach ubogich, nawet prawnym nakazem posiadania nie więcej niż dwójki dzieci. Co jest lepsze: grzywna, aborcja, czy powolne konanie z głodu, na oczach rodziców, dziecka dwuletniego? Indiom i Chinom udało się zahamować przyrost naturalny, ale tam politykami nie kierują duchowni.

Senior. Opracowane na podstawie „Fakty i Mity” nr 6/2010.

Komentarz.

Stach Głąbiński. Bardzo złożony problem został z konieczności przedstawiony w uproszczeniu. Pełne omówienie jest niemożliwe, jednak uważam za konieczne dodanie kilku uwag. Oprócz obszarów nędzy mamy również nadmierną konsumpcję, która nb. w większym niż niedobory stopniu przyczynia się do wskazanych konfliktów. Wg kościelnych demagogów problem niedoboru jest możliwy do rozwiązania w drodze oddania nadmiaru dóbr głodującym bez zmiany ustroju, w wyniku dobroczynności. Proste przeliczenie wskazuje, że istniejący „brak” w ogromnej skali przeważa nad „nadmiarem”, a realizacja „wyrównywania” wymaga zastosowania środków przymusu destabilizujących świat, oraz wykonania przemieszczeń ludności i transportu dóbr na skalę przekraczającą możliwości gospodarki światowej (nawet jeśli uwzględnić realnie niewykonalne powszechne, całkowite rozbrojenie). Jeśli zaś chodzi o sposoby ograniczenia przyrostu naturalnego uważam, że przed aborcją należy uwzględnić oddziaływanie przez oświatę, a następnie użycie środków antykoncepcyjnych i przymusową sterylizację.